Próg mieszkania Marii Karoliny przekroczyła niepozorna dziewczyna. Ubrana w sprane dżinsy, przydużą koszulkę i znoszone trampki, z torbą przewieszoną przez ramię. Jasne, falujące włosy miała zebrane w prosty kucyk, a na jej twarzy nie było ani grama makijażu. Jej spojrzenie jednak przyciągało uwagę – wielkie, błękitne oczy, błyszczące inteligencją.
Maria Karolina przyjrzała się dziewczynie i skinęła głową: „Wejdź, proszę”.
– Słuchaj, kochanieńka, elektryczności nie marnować, wody nie lać. Wszystko z umiarem, zrozumiano? Ma być czysto! Żadnych gości! Jakieś pytania?
Dziewczyna uśmiechnęła się i kiwnęła głową: „Tak, dobrze!”
– Uległa – pomyślała Maria – Rzadkość w dzisiejszych czasach… Od razu widać, z małego miasteczka przyjechała.
Z dalszej rozmowy wynikało, iż dziewczyna nazywa się Elżbieta, rzeczywiście przyjechała ze wsi, gdzie jej rodzina prowadzi własne gospodarstwo, a sama zamierza studiować weterynarię.
– No tak! Świnie będziesz leczyć! – podsumowała Maria Karolina.
Elżbieta nie okazała najmniejszej urazy, tylko uśmiechnęła się: – I świnie, i krowy, i konie, a także kotki, pieski – wszystkie! Zwierzęta też chorują.
– No tak, no tak! Ludzi nie ma kto leczyć, ale świnie – proszę bardzo! – oburzyła się kobieta.
***
Ogólnie lokatorka wywarła na Marii pozytywne wrażenie: skromna, nie była bezczelna, cicha, posłuszna, porządna, porządek w mieszkaniu utrzymywała, gotowała dla siebie, a i gospodynię potrafiła poczęstować.
Szczególnie dobrze Elżbiecie wychodziły naleśniki: apetyczne, cienkie jak papierosowa bibułka, dziurkowane i rumiane. Ręka Marii sama sięgała po takie smakołyki! Te naleśniki były prawdziwym cudem kulinarnym: topniały w ustach, zanim dotarły do żołądka.
Maria Karolina i Elżbieta, można powiedzieć, zaprzyjaźniły się i czasem spędzały wieczory przy filiżance herbaty.
Połowa roku minęła, a życie u Marii Karoliny toczyło się spokojnie, Elżbieta kończyła swoje studia. Ale oto, po półrocznej pracy za granicą, wrócił do domu syn Marii – Michał. Pokaźnej postury młodzieniec, można powiedzieć – piękny („cały w ojcu” – wzdychała w myślach matka).
Sama Maria Karolina lubiła nazywać ukochanego synka na francuską modłę „Michel”. Sam Michał na to krzywił się, jakby z bólu zęba, ale znosił: „w końcu to mama”.
Trzeba przyznać, iż wychowywała syna samotnie, i chyba dlatego uważała go za swoją własność.
Może dlatego fakt, iż jej Michel uprzejmie rozmawia z lokatorką w kuchni i pałaszuje jej naleśniki, wprawił Marię w szok. I gdyby tylko naleśniki! Ten „hultaj” równocześnie pożerał wzrokiem tę „wieśniarę”. Maria Karolina osiwiała przy tej odkrywczej myśli.
– Mój syn nie ma zupełnie gustu! – przerażająca myśl przeszła przez jej głowę.
***
Od tego momentu Maria zaczęła nie znosić swojej lokatorki: i podłogi teraz myła nie tak, i mówiła nie tak, a naleśniki już się nie wydawały takie smaczne. Najbardziej jednak Matkę przerażał ten zakochany wzrok, którym jej syn, jej ukochany syn patrzył na tę „bladziutką bidulkę”, „wieśniaczkę z obory”…
– Na mnie, swoją matkę, jedyną bliską osobę, nigdy tak nie patrzył! – oburzona myślała, dusząc się nocami łzami w poduszkę.
– Żmiję to na piersi wyhodowałam! – płakała do słuchawki, dzieląc się zmartwieniem z bliską przyjaciółką, równie samotną panią w podeszłym wieku, Irmą Wiktorowną.
– Ja myślałam, iż na tę bladziutką bidulkę Michel choćby nie spojrzy! Dlatego wpuściłam do domu! A ona, spojrzenie swoje podkreśliła, włosy rozpuściła i naleśnikami go zwabiła!
Irma wysłuchała, pojęczała, potakiwała, po czym wyraziła swoje autorytatywne zdanie:
– Uważaj, Marysiu, aby ona twojego syna nie zaczarowała! Tymi słowami Irma dolała oliwy do coraz większego ognia nienawiści i niezrozumienia, doprowadzając tym samym przyjaciółkę niemal do zawału serca.
Nie żeby Maria wierzyła w takie rzeczy jak czary czy uroki… wszystko to nazywała „mrokowiskiem i dzikusem”, ale sam
a myśl
, iż obca kobieta zdobyła uwagę syna, doprowadzała ją do szaleństwa.
Całymi dniami teraz myślała, co zrobić i jak odciągnąć syna od tej „wieśniaczki”. Jednak z natury nie zamierzała pokazywać chamstwa i wyrzucać dziewczyny za drzwi. Przynajmniej wtedy. W końcu mogła w ten sposób stracić syna.
– Nieee! Trzeba działać mądrzej, wystawić dziewczynę w złym świetle, żeby syn sam się od niej odwrócił.
***
Maria Karolina kilka dni myślała, jak zniechęcić syna do lokatorki.
Ta zaś chodziła jak gdyby nigdy nic, piekła swoje naleśniki, gotowała barszcze i udawała, iż nie widzi przenikliwego spojrzenia Marii. Pewnego razu zapytała tylko:
– Maria Karolino, czy nie jest Pani przypadkiem chora? Jakaś taka smutna i blada się Pani wydaje… i nic Pani nie je…
– Wszystko w porządku! – burknęła Maria pod nosem, po czym zniknęła w swoim pokoju, aby obmyślić dalszy plan zniszczenia „łachudry”. Głowa jej pęczniała od pomysłów… choćby przez myśl przyszło jej otruć bezczelną. ale gwałtownie się przeżegnała: – Przebacz, Boże! Co za grzeszna myśl przyszła do głowy.
Podczas gdy Maria Karolina nad tym rozmyślała, Michał pewnego dnia wrócił do domu z pierścionkiem i kwiatami i oświadczył się Elżbiecie! Maria Karolina straciła wtedy całkowicie nad sobą kontrolę i dosłownie „odleciała”.
– choćby przed matką się nie wstydził, niegodziwiec! – znów płakała całą noc w poduszkę – Już się ze mną nie liczy! Kocha tylko tamtą dziewczynę!
Maria z gniewem wytarła łzy, podeszła do okna… i nagle jej wzrok padł na nocną szafkę. Leżały tam jej kolczyki z szmaragdami. Stare kolczyki o niemałej wartości. Przekazane jej w spadku przez matkę, a jej matce przez jej matkę… Przypomniała sobie, z jakim podziwem Elżbieta przyglądała się tym kolczykom i zachwycała się ich pięknem.
– No to zobaczysz! – wysyczała Maria w złości, stanowczo chwytając kolczyki, zawinęła je w chusteczkę i wsunęła je do swojej torebki. Prawdę mówiąc, wcale nie rozumiała wtedy, co robi i jak zamierza działać dalej.
***
Rano Maria obudziła się w doskonałym humorze, zamierzała dziś pozbyć się tej wieśniaczki z domu. Na zawsze.
Wyszła na śniadanie, sztucznie się uśmiechając… i smarując masłem chleb, zwróciła się do syna: – Michale, przypadkiem nie brałeś moich kolczyków z szmaragdami, bo znaleźć ich nie mogę…
– Mamo, a po co mi one? Czy jestem panną na wydaniu? – zdziwił się Michał.
Wtedy Maria Karolina z uśmieszkiem zwróciła się do Elżbiety: – A ty nie widziałaś moich kolczyków?
Elżbieta zarumieniła się, sama myśl, iż mogłaby być oskarżona o kradzież, zmieszała ją, kazała spuszczać wzrok i płakać.
– Nie wzięłam niczego! – powiedziała cicho Elżbieta, dławiąc się łzami.
– No, co mówiłam?! To ona! Przywłaszczyła sobie moje kolczyki i wysłała je swoim biednym krewnym na wieś…
– Ale nasi krewni wcale nie są biedni – odpowiedziała dziewczyna – Nigdy nie braliśmy cudzej własności! Dlaczego Pani tak mówi?
– To po co tak robisz? – natychmiast oddaj mi moje kolczyki i wynoś się stąd.
– Nie mam niczego Waszego… Możecie choćby wezwać policję!
– Co z tego, iż ich wezwiesz, kolczyki dawno są u twojej rodziny!
Maria całkowicie straciła panowanie nad sobą, jakby toczyła się w przepaść, nie mogąc powstrzymać potoku nieprzyjemnych słów w stronę dziewczyny.
– Mamo, co ty mówisz? Liza nie mogła tego zrobić! Pewnie sama zapomniałaś i gdzieś je zostawiłaś.
Wszyscy trzej dokładnie przeszukali mieszkanie, aż Michał przypadkowo uderzył matczyną torebkę i z niej wypadła chusteczka z kolczykami.
Mężczyzna stał z tym znaleziskiem w ręku, zamrożony.
– Jak mogłaś, mamo? – tylko tyle był w stanie powiedzieć, patrząc na matkę rozczarowanymi oczami.
– To była pomyłka, synku, zrozum, zapomniałam! – próbowała wykręcić się Maria Karolina.
– Mamo, wszystko widziałem! Zachowałaś się paskudnie! My z Lizą się wyprowadzamy – oznajmił Michał.
– Poczekaj, z tą dziewczyną jeszcze gorąco popatrzysz! – krzyknęła Maria Karolina przez łzy.
Michał milcząc, wyszedł z pokoju, chwycił Elżbietę za rękę i wyprowadził ją z mieszkania Marii Karoliny.
Wynajęli mieszkanie, pobrali się i byli szczęśliwi we dwoje. Pewnego razu Michał otrzymał telefon od Irmy Wiktorowny.
– Michale, twoja mama jest w szpitalu! Ma zawał. Płacze, chce cię zobaczyć…
Elżbieta, dowiedziawszy się, iż teściowa jest w kiepskim stanie, od razu zaczęła się szykować, zrobiła jej parowane kotlety, ugotowała rosół z babeczkami, po drodze kupiła owoce…
Michał do matki nie poszedł, powołując się na zajętość.
***
Gdy Elżbieta pojawiła się w drzwiach jej sali, Maria Karolina zapłakała. Miała nadzieję, iż przyjdzie syn, a przyszła ta znienawidzona dziewczyna, która zniszczyła jej życie, odebrała to, co najdroższe.
– Dlaczego Pani się rozchorowała, mamo? Proszę, zjeść to ten rosołek z babeczkami… – mówiła Elżbieta. – Może chce Pani, aby nakarmić Panią łyżeczką, zanim ostygnie?
– A czemu Michel nie przyszedł? – cicho, z rozczarowaniem zapytała Maria.
– Michał jest bardzo zajęty pracą…
Maria Karolina ze zrozumieniem kiwnęła głową i zapłakała…
– Przepraszam cię, Lizo, czyn wszelką winna… Wróćcie do domu, tak źle mi bez was…
– Nie o czym Pani mówi, mamo, nie ma Pani za co przepraszać, pomyłka, zapomnienie, zmartwienie! Wszystko będzie dobrze.
Gdy Elżbieta wyszła, sąsiadka z sali powiedziała do Marii Karoliny: – Dobra z ciebie córka! Piękna, uprzejma, troskliwa!
Maria się uśmiechnęła – Tak, dobra!
Gdy Maria Karolina wyzdrowiała, wyszli ze szpitala razem z Michałem i Elżbietą. Żyli sobie we trójkę w mieszkaniu Marii, aż Liza skończyła studia. Potem wszyscy razem przenieśli się na wieś, do rodziców Lizy. Dom duży, miejsca pod dostatkiem… a i dodatkowe ręce się przydadzą.
Marię Karolinę tak urzekło życie na wsi, iż teraz nie chce wracać do miasta. Tym bardziej, iż młodym urodził się chłopiec, Aleksander, którego wszyscy uwielbiają. Podczas gdy rodzice Lizy zajmują się gospodarstwem, Liza leczy zwierzęta, a Michał zarządza sklepem z artykułami rolnymi, całe swe serce poświęca małemu Aleksandrowi.
Teraz często można od niej usłyszeć:
– Taka lokatorka to dar z nieba!
No właśnie, jak to bywa!.