Wigilijny wieczór w PRL: wymarzone czerwone sukienka z „Smyka”, świąteczny stół z ziemniakami i masł…

polregion.pl 3 dni temu

W przeddzień Nowego Roku wybraliśmy się z mamą do sklepu Smyk. Weszliśmy tam po jakąś drobnostkę może bombki, a może srebrną lametę na choinkę… I nagle w oczy wpadła mi jedna sukienka. Czerwona, robiona na drutach, z jaskrawoniebieską lamówką na dole i na rękawach. Tak mi się spodobała, iż aż serce mocniej mi zabiło.

Zaczęłam namawiać mamę, żeby pozwoliła mi ją przymierzyć. Uległa w końcu założyłam i miałem wrażenie, iż była szyta specjalnie dla mnie. Wyobraźnia już pracowała w mojej klasie był chłopak, który bardzo mi się podobał. Tak chciałam, żeby na klasowej zabawie zobaczył mnie właśnie w tej sukience! Stałam więc w przymierzalni i aż zbierało mi się na płacz, bo bałam się, iż mama nie pozwoli jej kupić.

Mama spojrzała na mnie i powiedziała: Za parę dni dostanę wypłatę, weźmiemy ją. Wracaliśmy do domu, a ja aż fruwałem ze szczęścia.

W mieszkaniu zaczęliśmy stroić mieszkanie choinkę i okna lampkami. Ale w lodówce zostało już tylko trochę masła i goły lód. Wszyscy czekaliśmy na wypłatę mamy jak na cud. Pamiętam, iż w PRL-u choćby 31 grudnia ludzie musieli pracować, tylko trochę wcześniej ich puszczali do domu.

Mama wróciła tego dnia smutna jak nigdy okazało się, iż pensji nie dostała, wszystko się opóźniło. W oczach miała łzy i była zła na siebie, bo zostawiła mnie bez porządnej kolacji na Sylwestra.

Pamiętam jednak bardzo dobrze, iż choćby mnie to wszystko nie zmartwiło. Miałem mimo to świetny nastrój. Siedziałem przed telewizorem i oglądałem noworoczne filmy tylko podczas świąt leciało ich tak dużo, a zwykle przecież w telewizji było tylko dwa kanały i dość monotonnie.

Mama ugotowała ziemniaki, polała resztą masła, starkowała marchewkę i posypała ją cukrem. Nic więcej w domu nie było. Usiadłem z mamą przy stole, a ona się rozpłakała. Zacząłem ją pocieszać i nie wiedząc choćby kiedy, sam ryczałem razem z nią. Nie przez brak jedzenia, tylko ze strasznej litości i miłości do mamy aż ściskało w gardle.

Na koniec położyliśmy się obok siebie pod kocem na kanapie i oglądaliśmy koncert sylwestrowy.

O północy sąsiedzi zaczęli wychodzić na klatkę schodową z kieliszkami szampana, składali sobie życzenia, śpiewali i krzyczeli. My nie wychodziliśmy wtedy zadzwonił do drzwi dzwonek, uporczywie, kilka razy. Mama poszła otworzyć, a za drzwiami zobaczyła sąsiadkę panią Halinę. To była ta sama, która zawsze na mnie krzyczała, iż nie szoruję dobrze schodów albo iż biegam za głośno po klatce. Całe podwórko jej nie lubiło, bo wiecznie wszystkich ganiała.

Tego wieczoru była już mocno w świątecznym nastroju, nie słyszałem, co mówiła do mamy, ale zobaczyłem jak wpycha się ciężko do mieszkania. Przeszła do pokoju, obejrzała nasz stół z ziemniakami i bez słowa wyszła.

Po jakichś dwudziestu minutach w drzwi już nie dzwoniono, tylko ktoś porządnie kopał z buta. Aż się przestraszyliśmy mama zabroniła mi się ruszać i sama poszła zobaczyć. Po chwili do pokoju wpadła pani Halina. W rękach trzymała siatki, w których były różne słoiki, talerze, pudełka, pod pachą flaszka szampana. Krzyknęła na mamę, żeby nie stała jak słup, tylko pomagała. Z toreb zaczęła wykładać sałatki, wędlinę, słoik ogórków kiszonych, kawałek gotowanego kurczaka, cukierki i choćby kilka mandarynek.

Mama rozpłakała się znowu, ale tym razem inaczej. Pani Halina nazwała ją głupią, otarła jej nos wielkim rękawem, odwróciła się i wyszła.

Po Nowym Roku pani Halina jak zwykle rządziła na klatce i podwórku. Nigdy nie wspomniała o tamtym sylwestrowym wieczorze…

A kiedy po latach pożegnaliśmy panią Halinę całym blokiem,
okazało się, iż wszyscy ją kochali, bo każdemu w czymś kiedyś pomogła…

Idź do oryginalnego materiału