Śniło mi się, iż moje małżeństwo było idealne, dopóki Krysia nie rzuciła tego pytania jak granat. Pobraliśmy się z Wojtkiem zaraz po maturze, szaleńczo zakochani. Cztery lata chodziliśmy ze sobą, zanim stanęliśmy przed ołtarzem w kościele św. Anny w Poznaniu. Przetrwaliśmy razem burze i słoneczne dni.
Od sześciu lat dzielimy mieszkanie na Woli. Ufam mu jak sobie samej a to w Polsce rzadkość. Mój Wojtuś ma serce jak świeżo upieczony drożdżowiec ciepłe, miękkie i słodkie. Zamiast przynosić zarobki jak hrabia Potocki, pierze moje bluzki i gotuje żurek. Nie jest przystojny jak jakiś filmowy Maciej Zakościelny, ale gdy się uśmiecha, całe nasze kawalerkowe wypełnia światłem.
Problem w tym, iż mój małżonek boi się własnego cienia. Gdy trzeba podjąć decyzję, zamiata temat pod dywan jak babcine pyry pod pierzyną. Dziesięć lat między nami to jak przepaść ja mam dwadzieścia sześć i szaleję w klubie nad Wartą, on woli herbatę z sokiem malinowym przed „Wiadomościami”. Mamy kredyt we frankach, samochód (małego Fiata), a Krysia wczoraj rzuciła: „Po co ci ten niedorajda?”.
I nagle zrozumiałam, iż śnię na jawie. Siedzę teraz w kuchni, pijąc tanią herbatę z Biedronki, i myślę: „Czy ja naprawdę potrzebuję faceta, który boi się własnego odbicia w lustrze?”.












