Wierzyłam, iż moje małżeństwo jest idealne, dopóki najlepsza przyjaciółka nie zadała mi tego jednego pytania

polregion.pl 17 godzin temu

Śniło mi się, iż moje małżeństwo było idealne, dopóki Krysia nie rzuciła tego pytania jak granat. Pobraliśmy się z Wojtkiem zaraz po maturze, szaleńczo zakochani. Cztery lata chodziliśmy ze sobą, zanim stanęliśmy przed ołtarzem w kościele św. Anny w Poznaniu. Przetrwaliśmy razem burze i słoneczne dni.

Od sześciu lat dzielimy mieszkanie na Woli. Ufam mu jak sobie samej a to w Polsce rzadkość. Mój Wojtuś ma serce jak świeżo upieczony drożdżowiec ciepłe, miękkie i słodkie. Zamiast przynosić zarobki jak hrabia Potocki, pierze moje bluzki i gotuje żurek. Nie jest przystojny jak jakiś filmowy Maciej Zakościelny, ale gdy się uśmiecha, całe nasze kawalerkowe wypełnia światłem.

Problem w tym, iż mój małżonek boi się własnego cienia. Gdy trzeba podjąć decyzję, zamiata temat pod dywan jak babcine pyry pod pierzyną. Dziesięć lat między nami to jak przepaść ja mam dwadzieścia sześć i szaleję w klubie nad Wartą, on woli herbatę z sokiem malinowym przed „Wiadomościami”. Mamy kredyt we frankach, samochód (małego Fiata), a Krysia wczoraj rzuciła: „Po co ci ten niedorajda?”.

I nagle zrozumiałam, iż śnię na jawie. Siedzę teraz w kuchni, pijąc tanią herbatę z Biedronki, i myślę: „Czy ja naprawdę potrzebuję faceta, który boi się własnego odbicia w lustrze?”.

Idź do oryginalnego materiału