Wiem o twoich wyskokach powiedziała żona. Marek poczuł, jak robi mu się zimno.
Nie drgnął ani nie pobladł, ale coś ścisnęło się w środku, jakby ktoś zgniatał kartkę papieru przed wyrzuceniem do kosza. Po prostu zastygł na miejscu.
Kinga stała przy kuchence, mieszała coś w garnku. Klasyczny widok plecami do męża, fartuszek w drobne kropki, zapach smażonej cebuli. Domowa sielanka. Przytulny obrazek. Ale głos głos miała jak spikerka radiowych wiadomości.
Marek aż zaczął się zastanawiać, czy się nie przesłyszał? Może mówi o ogórkach, iż wie gdzie najlepsze sprzedają? Albo o sąsiedzie z trzeciego piętra, który ponoć sprzedaje samochód?
No ale nie.
O wszystkich wyczynach powtórzyła Kinga bez obracania się.
W tym momencie naprawdę zrobiło mu się zimno. Bo w jej głosie nie było ani krzyku, ani żalu. Zabrakło też tego, czego się najbardziej obawiał: łez, wyrzutów, trzaskania talerzami. Było tylko stwierdzenie faktu. Tak, jakby poinformowała, iż skończyło się mleko.
Marek skończył już pięćdziesiąt dwa lata. Dwadzieścia osiem z nich spędził z tą kobietą. Znał ją na wylot: gdzie ma pieprzyk na lewym ramieniu, jak marszczy nos, próbując zupy, jak wzdycha rankiem. Ale takiego tonu u niej jeszcze nie słyszał.
Kinia zaczął, ale głos mu ugrzązł w gardle.
Odchrząknął, spróbował jeszcze raz.
Kinia, o czym ty mówisz?
Odwróciła się. Popatrzyła mu w oczy spokojnie, długo, jakby go widziała pierwszy raz. Albo bardziej tak jakby oglądała stare zdjęcie, na którym już trudno coś rozpoznać.
O Monice, na przykład powiedziała. Z twojego działu finansowego. Dwa tysiące osiemnasty rok, jeżeli się nie mylę.
Marek poczuł, jak pod nim zapada się podłoga. Naprawdę nie jest to żaden frazes, ziemia naprawdę znikała mu spod nóg.
Boże, Monika?!
Twarzy choćby nie pamiętał wyraźnie. Coś tam było impreza firmowa? Albo po niej? Szybki epizod. Nic poważnego. Sam sobie przysiągł: już nigdy więcej.
I o Sylwii ciągnęła spokojnie Kinga. Tej, co podeszła do ciebie w siłowni. Dwa lata temu.
Otworzył usta. Znów zamknął.
A o Sylwii skąd ona wie?!
Kinga wyłączyła kuchenkę. Zsunęła fartuszek, starannie i bez pośpiechu złożyła na pół. Usiadła przy stole kuchennym.
Chcesz wiedzieć, jak się dowiedziałam? zapytała. Czy może ważniejsze dla ciebie, czemu milczałam?
Marek nie odpowiadał. Nie dlatego, iż nie chciał, tylko po prostu nie był w stanie.
Pierwszy raz zauważyłam coś chyba z dziesięć lat temu zaczęła Kinga. Zacząłeś siedzieć dłużej w pracy. Zwłaszcza w piątki. Wracałeś taki rozbawiony, z błyskiem w oku. Pachniałeś perfumami.
Uśmiechnęła się smutno, bez cienia radości.
Wtedy sobie tłumaczyłam, iż może mi się wydaje? Może ktoś u was nowych perfum używa? Miesiąc się sama oszukiwałam. Aż znalazłam paragon z restauracji w kieszeni twojej marynarki. Kolacja dla dwojga. Wino. Deser. My tam nigdy razem nie byliśmy.
Marek chciał coś powiedzieć skłamać, jak zwykle, albo się wykręcić, ale słowa ugrzęzły mu w przełyku.
Wiesz co zrobiłam? spojrzała mu w oczy. Popłakałam w łazience. Potem umyłam twarz. Ugotowałam kolację. Powitałam cię z uśmiechem. Ani słowa nie powiedziałam Zuzi miała wtedy piętnaście lat. Egzaminy, pierwsza miłość. Po co jej taki ciężar na sercu
Urwała. Przesunęła dłonią po stole, jakby ścierała niewidzialny kurz.
Myślałam, iż to przejdzie. Że jakoś to przetrwam. Kryzys wieku średniego, hormony, facetom czasem odbija. Najważniejsze żeby rodzina była cała.
Kinga wyszło z Marka.
Nie przerywaj, pozwól mi skończyć.
Zamilkł.
Potem była następna. I kolejna. Pogubiłam się w rachubie. Twój telefon zawsze był bez hasła. Myślałeś, iż nie zaglądam? Przeczytałam niejedną rozmowę. Te wiadomości: Tęsknię, kotku, Jesteś najlepszy. Zdjęcia, gdzie się śmiejesz, obejmujesz inną. Po raz pierwszy głos jej się łamał. Ale gwałtownie wzięła się w garść, głęboko odetchnęła.
Raz po raz pytałam siebie: po co mi to? Po co być z kimś, kto mnie nie kocha?
Kocham cię! wyrwało się Markowi. Kinga, ja
Nie, nie kochasz odpowiedziała stanowczo. Kocha ci się wygodę. Wysprzątane mieszkanie. Ciepły obiad. Wyprasowane koszule. Kobietę, która o nic nie pyta.
Wstała. Podeszła do okna, patrzyła w ciemność.
Wiesz, kiedy podjęłam decyzję? odezwała się, nie odwracając. Miesiąc temu. Zuzka przyjechała na weekend. Siedziałyśmy w kuchni, piłyśmy herbatę. Powiedziała mi: Mamo, jakaś dziwna jesteś Milcząca, nieobecna. I wtedy mnie uderzyło ona ma rację. Już dawno nie żyję dla siebie.
Marek patrzył na jej wyprostowane, napięte plecy. Wtedy nagle zrozumiał właśnie ją traci. Nie iż może, tylko naprawdę, właśnie w tym momencie.
Nie chcę rozwodu powiedział zachrypniętym głosem. Kinga, proszę.
A ja chcę stwierdziła spokojnie. Wczoraj złożyłam papiery. Za miesiąc mamy sprawę w sądzie.
Dlaczego dopiero teraz?! wybuchnął Marek.
Kinga się odwróciła. Spojrzała długo i głęboko. I uśmiechnęła się smutno.
Bo zrozumiałam, iż nigdy mnie nie zdradzałeś, Marek. Zdradzić można tylko kogoś, kto jest dla ciebie ważny. Ja po prostu byłam. Zawsze. Jak powietrze.
I to była prawda.
Marek siedział na kanapie nagle jakby o dziesięć lat starszy. Kinga stała w progu. Między nimi dwadzieścia osiem lat małżeństwa, wspólna córka, mieszkanie, które pamiętało ich każdy krok. I przepaść, której nic nie da się zasypać.
Przecież rozumiesz powiedział cicho iż bez ciebie sobie nie poradzę.
Poradzisz sobie. Jakoś ucięła. Każdy sobie jakoś radzi.
Nie! zerwał się, i zrobił krok do przodu. Kinga, zmienię się! Przysięgam! Nigdy więcej żadnej…
Marek uniosła rękę. To nie o nie chodzi. Zupełnie nie o nie.
Więc o co?!
Milczała chwilę. Szukała słów, które chciała powiedzieć już dawno, ale nie miała odwagi. Albo nie wiedziała, czy ma prawo być wysłuchaną.
Wiesz, jak się czułam? Za każdym razem, gdy wracałeś od jakiejś Moniki czy Sylwii leżałam przy tobie i czułam się niewidzialna. choćby się nie starałeś ukryć! Nie chowałeś telefonu. Przynosiłeś do prania koszule z jej szminką na kołnierzyku. Byłeś pewny, iż jestem głupia. Albo ślepa.
Marek drgnął jak po ciosie.
Nie chciałem cię ranić.
Nie chciałeś? podeszła bliżej. W oczach nie było łez, tylko złość. Prawdziwa, długo tłumiona złość. Po prostu w ogóle o mnie nie myślałeś. Co miałeś w głowie, kiedy całowałeś inną? Żona się nie dowie? Albo Co za różnica?
Milczał.
Bo prawda była gorsza.
Nie myślał o niej. W ogóle. Kinga była po prostu stałym elementem jego życia. Uważał, iż nigdzie nie odejdzie. Zawsze będzie.
Wracałeś po tych swoich wycieczkach i wszystko było po staremu. Żona na miejscu. Rodzina w komplecie. Święty spokój.
Odwróciła się.
A mnie w twoim świecie po prostu nie było. W ogóle.
Marek zrobił ruch w jej stronę, wyciągnął rękę chciał złapać za ramię, przytulić, zatrzymać.
Kinga odsunęła się.
Nie trzeba powiedziała cicho. Już za późno.
Złapał ją za dłonie.
Kinga, błagam! Daj mi szansę! Zmienię się, przysięgam!
Spojrzała na ich splecione dłonie. Na jego twarz wykrzywioną, wystraszoną. I nagle pomyślała: on naprawdę się boi. Ale nie tego, iż ją straci.
Boi się być sam.
Wiesz powiedziała, wyciągając dłonie ja też się bałam. Samotności. Że nie dam rady. Ale już wiem.
Sięgnęła po torebkę, klucze.
Ja już jestem sama. Od lat. choćby będąc przy tobie.
I wyszła.
Minęły trzy tygodnie.
Marek siedział sam w mieszkaniu Kinga zaraz po tamtej rozmowie przeniosła się do Zuzi i przewijał kontakty w telefonie. Monika z finansów. Sylwia z siłowni. Jeszcze dwie, trzy, które kiedyś coś znaczyły.
Wybrał numer Sylwii.
Nie odebrała.
Napisał do Moniki odczytała, nie odpowiedziała.
Reszta choćby nie przeczytała.
Dziwnie się człowiek czuje jak miał rodzinę, wszystkim było go pełno. Teraz, kiedy jest wolny…
Nikomu niepotrzebny.
Tak więc siedział na kanapie, w tej nagle obcej i ogromnej przestrzeni, i pierwszy raz w życiu naprawdę poczuł się samotny.
Znowu wyjął telefon, znalazł Kingę. Długo patrzył na ekran. Palce mu drżały.
Wystukał wiadomość. Skasował. Znowu napisał znowu skasował.
W końcu wysłał: Możemy się zobaczyć?
Odpowiedź przyszła po godzinie: Po co?
Zastanowił się, co napisać. Przepraszam? Za późno. Wróć? Bez sensu. Zmieniłem się? Bzdura.
Wysłał więc najprostsze:
Chciałbym zacząć od nowa. Możemy spróbować?
Pojawiły się trzy migające kropki. Znikły. Znowu się pojawiły.
I w końcu odpowiedź:
Przyjdź w sobotę. Do Zuzi na drugą. Porozmawiamy.
Marek wypuścił powietrze.
Nie wiedział, co będzie dalej. Czy wybaczy. Czy wróci. Czy w ogóle zasługuje na tę szansę.
Spojrzał na obrączkę.
I pierwszy raz od lat poczuł, iż naprawdę chce zacząć wszystko od nowa.
Jeśli mu na to pozwoli.
A jak ty uważasz, powinna była przymykać oko na jego romanse? Może lepiej zrobić awanturę już przy pierwszej zdradzie, zamiast latami udawać, iż nic się nie dzieje? Jak ty byś się zachowała?












