Wielbłąd pod blokiem

twojacena.pl 5 dni temu

Mój sąsiad z czwartego piętra, pan Zbyszek, przez dwadzieścia dwa lata pracował jako technik RTG w szpitalu na Józefowie w Radomiu. Znał się na ludziach, bo widział ich od środka, dosłownie. Zawsze powtarzał, iż człowiek w trudnych czasach nie potrzebuje wielkiej gromady, tylko jednego solidnego towarzysza. Albo chociaż wielbłąda. Tak mówił: „Miej swojego wielbłąda i się go trzymaj".

W listopadzie zeszłego roku, kiedy jego zakład zaczął się sypać, a na ulicach zrobiło się nerwowo, Zbyszek stracił etat. Siedemnaście osób zwolnili jednego dnia, bez odpraw, z kartką na drzwiach. Wrócił do mieszkania o trzynastej czterdzieści, zdjął buty w przedpokoju i przez godzinę stał przy oknie, patrząc na parking przed blokiem. Nie zapalił światła, chociaż robiło się ciemno.

Następnego ranka zrobił jedyną rzecz, która trzymała go w kupie, odkąd umarła mu żona: poszedł nakarmić gołębie na skwerku przy bibliotece. Miał swoją stałą ławkę, trzecią od fontanny, z wybitym jednym szczebelkiem w oparciu. Siedział tam codziennie o siódmej, choćby w niedzielę. Gołębie go znały. Jeden, z ciemnym piórkiem na lewym skrzydle, siadał mu na kolanie, czekał na siemię z torebki po pieczywie.

To była jego rutyna. Jego wielbłąd, jakby to ująć.

Sąsiedzi różnie gadali. Jedni, iż Zbyszek się poddał i teraz będzie tylko karmił ptaki, aż go z mieszkania wyrzucą. Inni, żwawsi i głośniejsi, urządzali wieczorami spotkania przy trzepaku: iż trzeba się zebrać, iż trzeba iść, iż wina tych i tamtych. Krzyczeli przez okna, trzaskali drzwiami samochodów, palili opony na rogu Moniuszki i Wierzbickiej. Zbyszek im schodził z drogi. Nie podnosił głosu, nie chodził na ich zebrania. Kiedy raz młody Lisowski z siódemki zaczepił go przy skrzynkach pocztowych, żeby się przyłączył, Zbyszek przeprosił i powiedział, iż ma swoje sprawy.

— Jakie sprawy? Siedzenie na ławce z gołębiami? — Lisowski się zaśmiał, aż echo poszło po klatce.

— Dokładnie takie — odpowiedział Zbyszek i zamknął skrzynkę, z której wyjął samą ulotkę marketu budowlanego.

Miał jednak coś więcej. W szufladzie kuchennej, pod pożółkłymi rachunkami za prąd, trzymał teczkę z dokumentami. Świadectwo pracy, zaświadczenie o dwudziestu dwóch latach stażu, ksero książeczki wojskowej i spisany manualnie wykaz kursów, które robił jeszcze za czasów, kiedy szpital wysyłał ludzi na szkolenia. Co wieczór po powrocie ze skwerku wyjmował tę teczkę, rozkładał papiery na stole i sprawdzał, czy niczego nie brakuje. Nie szukał w nich pracy. Porządkował je, jakby od tego zależało, czy rano wstanie i pójdzie na ławkę.

Kiedyś, przy praniu w łazience, usłyszał jak Magda z parteru mówi do swojej córki, iż stary Zbyszek chyba postradał zmysły, skoro codziennie o siódmej rano paraduje przez osiedle z reklamówką siemienia.

Nie odpowiedział. Odsunął zasuwkę w pralce, przełożył mokre rzeczy do miski i wyszedł na balkon rozwieszać koszule. Miał ich siedem, wszystkie w kolorze popiołu, po jednej na każdy dzień tygodnia. To też była jego rutyna. W poniedziałek prał koszule z całego tygodnia. Przez dwadzieścia dwa lata robił to samo, z tą różnicą, iż kiedyś prał o siódmej wieczorem, po powrocie z dyżuru.

W połowie marca, kiedy w sklepach brakowało drożdży i papieru, a po mieście krążyły coraz gorsze wieści, Zbyszek dostał list polecony. Z administracji osiedla. Zaległości czynszowe, cztery miesiące, kwota: dwa tysiące osiemset sześćdziesiąt złotych. Gdyby nie zapłacił do końca kwietnia, sprawa idzie do sądu i wniosek o eksmisję.

Siedział z tym listem na taborecie w kuchni i patrzył na czajnik. Woda wystygła, a on nie zauważył. Na parapecie stała saszetka z rumiankiem, rozdarta i niezalana. Nie miał zamiaru płakać, nie miał też ochoty na herbatę. Po prostu nie wiedział, co zrobić z rękami, więc trzymał kopertę.

Następnego dnia, zamiast na skwerek, poszedł do urzędu pracy. Kolejka od wejścia, ludzie w maseczkach, ktoś kłócił się o zaświadczenie. Zbyszek poczekał czterdzieści minut, a kiedy przyszła jego kolej, urzędniczka choćby nie podniosła oczu znad monitora.

— PESEL.

Podał.

— Ostatni pracodawca.

— Wojewódzki Szpital w Radomiu.

— Data ustania zatrudnienia.

— Czternasty listopada.

— Następny.

Zbyszek otworzył usta, ale nic nie powiedział. Wziął z biurka ulotkę o zasiłku dla bezrobotnych i wyszedł na ulicę. W kieszeni miał dwanaście złotych, starczyło na bilet i suchą bułkę. Wrócił do domu na piechotę, półtorej godziny, chociaż wiał wiatr i zbierało się na deszcz.

Wieczorem Lisowski znów palił opony na rogu. Tym razem z trzema kolegami, wszyscy w czarnych kurtkach, śmiali się głośno i pokrzykiwali do przechodniów. Zbyszek mijał ich, wracając z nocnego, bo zamienił poranny spacer na wieczorny. Jeden z nich — młody chłopak, może dwudziestoletni — podstawił mu nogę. Nie przewrócił, tylko tak, dla żartu. Zbyszek złapał równowagę, oparł się o latarnię i poszedł dalej. Nie obejrzał się.

— Stary dziad! — usłyszał za plecami.

Na trzeci dzień po liście z administracji Zbyszek wyjął spod łóżka słoik po ogórkach. Trzymał w nim oszczędności od dwóch lat: drobne z emerytury po żonie i to, co odkładał z wypłat. Przeliczył: tysiąc czterysta. Brakowało prawie połowy. Zamknął słoik, odstawił pod łóżko.

Wtedy przyszła sąsiadka z naprzeciwka, pani Grażyna. Zapukała, weszła z talerzem pierogów, bo — jak powiedziała — „dzieci naroobiły, a mąż nie zje". Postawiła talerz na stole i zanim wyszła, dodała, iż słyszała o liście. Że wie, ile trzeba.

Zbyszek podziękował. Nie wziął pierogów, dopóki nie zamknęła drzwi. Potem zjadł osiem, resztę włożył do lodówki, talerz umył i odniósł pod drzwi Grażyny, nie pukając.

Kilka dni później znalazł w skrzynce kopertę bez adresu zwrotnego. W środku pięćset złotych w banknotach po sto. Na świstku napisane długopisem: „Na czynsz. Nie oddawaj". Pismo mu nie pasowało do nikogo z klatki. Schował kopertę do teczki z dokumentami, ale pieniędzy nie ruszył. Nie wiedział, skąd są. A Zbyszek z pieniędzy, które nie miały źródła, nie korzystał. Nauczył się tego w szpitalu, przy oknie, przez które czasem wsuwano mu koperty za „przesunięcie terminu".

Pod koniec kwietnia, w piątek, urzędniczka z administracji, młoda, z rudym warkoczem przerzuconym przez ramię, zawołała go, kiedy wychodził z budynku. Wręczyła mu wydruk: zaległość maleje, ale komornik już dostał wniosek. Procedura ruszyła. Zbyszek złożył kartkę na cztery, schował do wewnętrznej kieszeni kurtki i poszedł do biblioteki na Moniuszki. Chciał sprawdzić, czy na tablicy ogłoszeń nie ma czegoś o zbiórce żywności. Nie było.

Po drodze minął bank. Zatrzymał się przy bankomacie. Włożył kartę, wybrał „stan konta". Ekran pokazał: tysiąc czterysta. Plus pięćset w kopercie. Razem tysiąc dziewięćset. Wciąż za mało.

Kiedy wrócił do bloku, zobaczył, iż Lisowski z kolegami wynoszą z piwnicy cudze rowery. Trzy sztuki, oparte o ławkę przed klatką. Kręcili nimi, oglądali, jakby to był targ. Zbyszek wszedł do klatki i bez słowa zaczął wchodzić po schodach. Lisowski ruszył za nim.

— Stary! Co jest, głuchy? Pytam, ile dałbyś za taki rower!

Zbyszek przystanął na półpiętrze, nie odwracając się.

— Nie jeżdżę na rowerze.

— No to na co wydajesz kasę? Na gołębie?

Zbyszek wszedł wyżej. Lisowski coś krzyknął, ale drzwi od mieszkania pani Grażyny zagłuszyły dalszy ciąg. Otworzyła szeroko i wyszła z pustą reklamówką, a kiedy zobaczyła Zbyszka, powiedziała, iż dzwoniła do spółdzielni. Że jak znajdzie się poręczyciel, można rozłożyć dług na raty.

Zbyszek stanął przy drzwiach swego mieszkania, przekręcił klucz. Z kieszeni wypadła mu kartka z administracji, ta złożona na cztery. Schylił się, podniósł. Grażyna patrzyła na niego z tym swoim miękkim uśmiechem, który zawsze wydawał mu się bardziej zmartwiony niż ciepły.

— Sąsiad ma swojego wielbłąda — powiedział cicho Zbyszek, bardziej do siebie.

Grażyna zmrużyła oczy.

— Co?

— Nic. Dziękuję za raty. Pomyślę.

Wszedł do mieszkania i zamknął drzwi na zamek, potem na drugi, ten górny. W kuchni położył na stole teczkę z dokumentami i kartkę z administracji. Spojrzał na słoik z pieniędzmi pod łóżkiem. Potem wyjął z portfela kartę bankomatową, położył ją obok teczki. Z salonu słyszał krzyki Lisowskiego z podwórka — coś o rowerach, coś o sukcesie, coś o frajerach.

Zbyszek podszedł do okna. Na parapecie stała stara fotografia żony, oparta o doniczkę z paprotką. Poprawił ją delikatnie, tak żeby nie dotykała zimnej szyby. Przez chwilę patrzył na podwórko. Lisowski podnosił rower nad głowę, koledzy bili brawo.

Wtedy Zbyszek zrobił coś, czego nie planował. Otworzył teczkę, wyjął z niej dowód osobisty i legitymację emeryta, a potem spod łóżka wyciągnął słoik. Wsypał wszystkie pieniądze do reklamówki, którą wciąż trzymał od Grażyny. Tysiąc czterysta z oszczędności i pięćset z koperty. Chwilę patrzył na banknoty. Potem zawiązał reklamówkę na supeł, włożył do niej klucze od mieszkania i wyszedł na klatkę.

Na dole minął Lisowskiego, który właśnie chwalił się rowerem.

— Stary, a ty gdzie z reklamówką? Na pocztę? — zawołał.

Zbyszek nie zatrzymał się. Poszedł prosto do spółdzielni. Tam, przy okienku numer cztery, położył reklamówkę na blacie i powiedział, iż chce zapłacić całość.

Kasjerka przeliczyła. Cztery miesiące zaległości, odsetki, opłata sądowa — razem dwa tysiące siedemset dwadzieścia. Zostało mu osiemdziesiąt złotych.

— Chce pan pokwitowanie?

— Tak.

Wziął wydruk, złożył go na cztery i schował do wewnętrznej kieszeni kurtki. W drodze powrotnej kupił bochenek chleba za trzy dziewięćdziesiąt i torebkę siemienia za cztery złote. Zostało mu siedemdziesiąt dwa.

Kiedy wchodził na klatkę, Lisowski patrzył na niego spode łba. Pod ścianą stały dwa rowery. Trzeciego już nie było.

— Nie znalazłeś frajera? — mruknął Zbyszek, nie zwracając się do nikogo konkretnie.

Lisowski wyprostował się.

— Coś powiedział?

Zbyszek podszedł do swojej skrzynki pocztowej. Klucz przekręcił dwa razy, wyjął ulotkę supermarketu i rachunek za gaz. Wsadził je do kieszeni. Potem odwrócił głowę w stronę Lisowskiego.

— Powiedziałem, iż jutro rano idę karmić gołębie. O siódmej. Może przyjdziesz, nauczysz się czegoś.

Lisowski otworzył usta, ale Zbyszek już wchodził po schodach. W mieszkaniu usiadł na taborecie w kuchni, rozłożył pokwitowanie obok teczki z dokumentami. Przez chwilę patrzył na obie kartki. Pokwitowanie z napisem: „Zapłacono w całości". Teczka — wypchana pismami z dwudziestu dwóch lat pracy. Obok na stole worek z siemieniem. Jutro rano, punkt siódma, trzecia ławka od fontanny.

Wyjął z kieszeni garść pestek, przesypał je z ręki do ręki. Za oknem słychać było, jak Lisowski kopie w rowerowe koło i klnie, iż gumy zdarte. Zbyszek zgasił światło w kuchni i poszedł spać bez kolacji. Nie czuł głodu. Czuł, iż jutro wstanie z jasnym planem.

Idź do oryginalnego materiału