Widziałem to wszędzie. Filmu – nigdy. O kostiumach, które uciekły z ekranu

gazetafenestra.pl 2 dni temu
Ikony mody / Źródło: Szymon Filipiak (Fenestra) – kolaż

Kostiumy filmowe posiadają własne życie – są na plakatach, krążą w social mediach, wkradają się do popkultury i zostają w pamięci odbiorców na zawsze. Marilyn Monroe w białej sukience, Audrey Hepburn w małej czarnej, Julia Roberts w czerwieni – rozpoznajemy je z większą łatwością niż sam film, z którego pochodzą. Dlaczego to właśnie kostiumy mają życie wieczne?

„To, co robi projektant kostiumów, to połączenie magii i kamuflażu. Tworzymy iluzję, iż zmieniamy aktorów w kogoś, kim nie są. Chcemy, aby publiczność uwierzyła, iż za każdym razem, gdy widzi aktora na ekranie, staje się on inną osobą”. Takie słowa wypowiedziała prawdopodobnie najwybitniejsza kostiumografka w historii kina – Edith Head. Kobieta najczęściej nagradzana w historii Akademii, laureatka ośmiu Oscarów, więc trudno nie wspomnieć o niej, pisząc o tworzeniu wizerunku postaci w produkcji filmowej. Jak słusznie zauważyła, ubranie w filmie pełni funkcję symboliczną – to znaczy staje się nośnikiem informacji, kodem, który widz, oglądając dzieło, ma zinterpretować w odpowiedni sposób. Dlaczego więc to właśnie ubranie czasami przechodzi do historii, a film staje się tłem, które znają nieliczni?

Kostium jako język znaków

Kostium, w ujęciu semiologicznym, jak zauważa Gillian Rose, autorka „Interpretacji materiałów wizualnych. Krytycznej metodologii badań nad wizualnością”, nie posiada znaczenia sam w sobie. Powstaje ono podczas procesu tworzenia struktury wizualnej i sposobu jej odbioru. Ubiór można podzielić na taki, który jest monosemiczny, czyli ten, który ma wąski zakres znaczeniowy, zakodowany w społeczeństwie i trudny do „przekłamania” – przykładem może być mundur. Natomiast ubiór polisemiczny to właśnie ten, który zwykle tworzą kostiumografowie, ponieważ tutaj możliwa jest szeroka interpretacja.

Taka opcja występuje tylko wtedy, gdy nadawca i odbiorca posługują się tym samym kodem kulturowym, czyli zestawem reguł pozwalających odczytać znaczenie stroju (na przykład czerń jako elegancję, złoto jako luksus). Kody te funkcjonują w ramach paradygmatów, czyli zbiorów możliwych wyborów. Dopiero ich odpowiednie zestawienie tworzy syntagmę – układ elementów, który warunkuje nam konkretny odbiór, na przykład strój sportowy, liturgiczny lub wieczorowy. W tym mogą zawierać się barwy, tekstury, makijaż czy wybrane elementy garderoby. To oczywiście ulega zmianie wraz z przemianami gospodarczymi, kulturowymi, politycznymi czy ekonomicznymi. Tak więc znaczenie stroju nie leży w samym ubraniu, a w jego społecznym odbiorze.

Mężczyźni wolą blondynki?

Jeśli kostium działa jako system znaków, to naturalne staje się pytanie, dlaczego niektóre z tych znaków zaczynają funkcjonować niezależnie od filmu, z którego pochodzą. To, iż rozpoznajemy Marilyn Monroe w białej sukience unoszącej się nad kratką metra, ale nie potrafimy wskazać filmu, z którego pochodzi, nie jest przypadkiem ani „zanikiem pamięci”. To efekt procesu mitologizacji opisanego przez Rolanda Barthes’a. Symbol przestaje być częścią źródła i zaczyna funkcjonować jako „oddzielny byt”. Dzieje się tak w wyniku powielania obrazu przez osoby odpowiedzialne choćby za marketing aktorki. Jej wizerunek w delikatnej, białej sukience, w kolorze kojarzonym z niewinnością, był masowo powielany na plakatach i zdjęciach. To zestawienie bieli z otwarcie promowaną seksualnością gwiazdy oraz sukienką, która jakby „przypadkiem” miała odsłaniać znacznie więcej niż tylko nogi, sprawiło, iż kadr ten przestał być elementem narracji filmu, a stał się autonomicznym znakiem. Tak więc najprawdopodobniej nigdy nie widziałeś „Słomianego wdowca”, być może choćby nie wiedziałeś, iż to kadr z filmu, ale zdjęcie Marilyn w tej sukience znasz doskonale.

Zostając w temacie Marilyn i jej ikonicznych kostiumów, warto przywołać ten z filmu ,,Mężczyźni wolą blondynki”. Jedną z pierwszych osób, która odtworzyła słynny wizerunek aktorki ze sceny z różową sukienką, była Madonna. Zrobiła to w swoim teledysku promującym singiel ,,Material Girl” w 1985 roku. Co ciekawe, w rozmowach z osobami niezwiązanymi z modą czy kinem powtarza się ten sam schemat – obraz jest rozpoznawalny, ale jego źródło pozostaje niejasne. Niektórzy przypisują go teledyskowi, inni nie są w stanie wskazać żadnego kontekstu. Oczywiście interpretacji i wykorzystania tego wizerunku jest zdecydowanie więcej – był pokazany między innymi w popularnym serialu dla nastolatków ,,Gossip Girl” czy podczas performansu piosenki ,,I’m Just Ken” Ryana Goslinga w trakcie rozdania Oscarów w 2024 roku. Tak więc poprzez wielokrotne powielanie – nie piosenki „Diamonds Are a Girl’s Best Friend”, a samego kostiumu i towarzyszącej mu scenografii – wizerunek ten utrwala się wyłącznie w sferze wizualnej. Czy to w wiernej kopii u Madonny, czy w swobodnej interpretacji u Goslinga, znaczenie przenosi obraz, niekoniecznie dialog.

Biżuteria za tysiące, wizerunek wart miliony

Kolejny przykład zakodowanego w kulturze wizerunku jest ten z filmu ,,Śniadanie u Tiffany’ego”. Główna bohaterka, Holly Golightly, grana przez Audrey Hepburn, przeszła do historii przede wszystkim jako uosobienie klasycznej elegancji, a zarazem jako najbardziej precyzyjny w historii kina komunikat o sile wizualnego minimalizmu. Sukcesem okazała się tutaj prostota syntagmy, czyli czarna, o prostym kroju sukienka w połączeniu z ozdobną biżuterią od samego Tiffany’ego. To bardzo łatwy do zinterpretowania kod, w którym zakochały się kobiety w latach 60. i który wciąż nie traci na aktualności. Sukces tego wizerunku polegał i polega na tym, iż najprawdopodobniej większości kobiet nie stać na sukienkę od Givenchy (którą na potrzeby tej roli zaprojektował właśnie ten dom mody) czy luksusową biżuterię od Tiffany’ego. Kilka dekad przed filmem „małą czarną” zaprojektowała Coco Chanel, a sztuczną biżuterię, wcześniej zarezerwowaną dla niższych klas społecznych, uczyniła elementem powszechnego stylu. To właśnie ta zmiana sprawiła, iż filmowy wizerunek, którym zachwyciły się miliony kobiet, okazał się wyjątkowo łatwy do skopiowania i zapamiętania.

Z jednym z najbardziej rozpoznawalnych momentów przemiany w historii kina i kultury mamy do czynienia w filmie ,,Pretty Woman”. Oto prostytutka, która na naszych oczach wkracza do świata kultury wysokiej – posągowa, ubrana w długą, czerwoną suknię. Widz nie ma wątpliwości, iż właśnie obserwuje moment przejścia. To sytuacja, w której dialogi i fabuła ustępują miejsca kostiumowi, który staje się czytelnym znakiem zmiany statusu społecznego.

Ubiór Julii Roberts nie składa się jednak wyłącznie z samej sukni. Kluczowa jest tutaj ponownie cała syntagma, czyli dopełniające stylizację białe rękawiczki i biżuteria, które razem budują przekaz przynależności do wyższej klasy. Szczególne znaczenie ma naszyjnik, wart około 250 tysięcy dolarów, pilnowany na planie przez ochroniarza wysłanego ze sklepu jubilerskiego, z którego pochodziła biżuteria. Nie tylko pełni on funkcję estetyczną, ale również symbolizuje dostęp do luksusu wcześniej dla bohaterki nieosiągalnego. W tym przypadku kostium nie jest więc dodatkiem, ale narzędziem narracyjnym. To właśnie poprzez jego elementy widz odczytuje przemianę bohaterki, choćby jeżeli nie potrafi przywołać szczegółów samej sceny.

Kiedy kostium przestaje być tylko ubraniem

Przykładów takich jak te można mnożyć. Kolorowe stylizacje z ,,La La Land”, pełna przepychu estetyka ,,Wielkiego Gatsby’ego” czy teatralność kostiumów w ,,Moulin Rouge” pokazują, iż obraz zapisuje się w pamięci widza równie silnie jak sama historia. I to właśnie ten obraz zaczyna funkcjonować dalej – poza filmem, poza kontekstem, często całkowicie niezależnie od swojego źródła.

Tak działa język wizualny. W ujęciu semiologicznym kostium nie ma jednego, stałego znaczenia – staje się nim dopiero w momencie odczytania przez odbiorcę. To, czy rozumiemy dany obraz, zależy od kodów kulturowych, którymi się posługujemy, oraz od tego, jak poszczególne elementy zostają ze sobą zestawione. Właśnie dlatego nie zapamiętujemy całych historii, ale ich uproszczone fragmenty – te wyraziste układy znaków, które łatwo rozpoznać i jeszcze łatwiej powielić. Problem nie polega więc na tym, iż filmów nie pamiętamy, ale na tym, iż pamiętamy konkretne kody, które stanowią esencję ich narracji. Z czasem zaczynają one żyć własnym życiem, a kostium, jako najbardziej widoczny i najłatwiejszy do odczytania element, staje się naturalnym ambasadorem całej filmowej opowieści.

Alicja HELAK

Idź do oryginalnego materiału