Widok na szpital od numeru 14, czyli jak zobaczyłam prawdę o rodzinie Nowackich

twojacena.pl 1 dzień temu

Mam na imię Halina, pracuję jako recepcjonistka w Szpitalu Powiatowym w Tarnobrzegu od jedenastu lat i przez ten czas widziałam niemal wszystko. Ludzi przywożonych po wypadkach na A4, dzieci z połamanymi rękami po zjeżdżalniach, staruszków czekających na łóżko na korytarzu, bo sezon grypowy zapełnił nam salę do ostatniego miejsca. Ale tamtej środowej nocy, dwudziestego trzeciego września, zapamiętam do końca życia.

Była za piętnaście jedenasta, kończyłam zmianę, już zdjęłam identyfikator i sięgałam po torebkę, kiedy karetka wjechała na podjazd z włączonym sygnałem, choć do nas normalnie przyjeżdżają bez syreny, bo to ostatni odcinek. Sanitariusze wciągnęli wózek, a ja zobaczyłam kobietę, może trzydzieści pięć lat, z obiema nogami w takich metalowych stabilizatorach, jakby ktoś ją złożył na pół i potem próbował złożyć z powrotem. Twarz miała spuchniętą z jednej strony, a oczy zamknięte, tylko wargi się ruszały, powtarzała jedno słowo, które z początku brzmiało jak bełkot, a potem rozpoznałam — imię. Dawid. Tak się później okazało, iż to było imię jej męża.

Siostra Ewelina, która wtedy przyjmowała, zadzwoniła do niego z telefonu dyżurki, bo w portfelu pacjentki była karteczka z numerem „w razie wypadku — mąż, misja zagraniczna, Drawsko Pomorskie, jednostka". Stałam przy szafce z aktami, niby szukałam czegoś, a naprawdę słuchałam, bo ten telefon brzmiał inaczej niż setki innych, które tam odbierałam. Ewelina płakała, mówiła cicho, iż pani Marta ma wielokrotne złamania obu kończyn dolnych i urazy głowy. A potem — i to jest ten moment, który mnie ścięło z nóg — ktoś jej wyrwał słuchawkę.

Usłyszałam to, bo stała blisko, głośnik nie był przyciśnięty mocno do ucha. Męski głos, taki rozbawiony, aksamitny, powiedział: „Przyjeżdżaj, żołnierzu, i spróbuj coś z tym zrobić. Mój ojciec jest komendantem powiatowym". Ewelina odłożyła słuchawkę tak, jakby ją poparzyła, i popatrzyła na mnie, a ja popatrzyłam na nią, i obie wiedziałyśmy, iż właśnie usłyszałyśmy coś, czego nie powinnyśmy.

Pani Marta — tak się nazywała, jak wynikało z dowodu — była żoną sierżanta Dawida Kowalika, który akurat odbywał szkolenie poligonowe gdzieś pod Drawskiem, odcięty od normalnej łączności. Facet, który wyrwał Ewelinie telefon, to był Patryk Ossowski, syn komendanta powiatowego Ryszarda Ossowskiego, który rządził tym powiatem od dwudziestu dwóch lat, tak mówiono w miasteczku, jakby to był jakiś tytuł dziedziczny. Patryk prowadził firmę deweloperską, budował osiedla na obrzeżach miasta, a ostatnio coś koło stawów pod lasem, gdzie jeszcze niedawno była ziemia gminna.

Dawid wylądował na Okęciu czternaście godzin później. Wiem to, bo sama widziałam, jak wchodził na oddział — w mundurze polowym, z workiem marynarskim przewieszonym przez ramię, jakby prosto z samolotu biegł do żony, nie zdążywszy się choćby przebrać. Przed szpitalem, powiedziała mi później pani z ochrony, stały dwa radiowozy, a jakiś dzielnicowy próbował go zaprosić „na rozmowę" do komendy, zanim jeszcze dotarł do windy. Dawid miał spokojny głos, ale taki spokój, który brzmi bardziej niepokojąco niż krzyk — zapytał tylko, czy jest zatrzymany. Milczenie, które usłyszał w odpowiedzi, powiedziało mu więcej niż jakiekolwiek słowa.

Na oddział wszedł do żony dopiero nad ranem, bo komendant chciał z nim „prywatnie porozmawiać" najpierw. Siedziałam wtedy na korytarzu, czekałam na zmiennika, bo akurat mieliśmy dziury w grafiku, i widziałam, jak wracał — twarz miał bez wyrazu, ale ręce zaciśnięte w pięści po bokach, jakby cały trzymał się tylko siłą woli. Nie powiedział nikomu nic, tylko wszedł do sali i zamknął za sobą drzwi.

Później, kiedy pani Marta już trochę doszła do siebie, wpadałam czasem z termosem herbaty, bo tak mam, przynoszę pacjentkom ciepłą herbatę, jeżeli akurat mam chwilę — i usłyszałam fragment rozmowy przez niedomknięte drzwi. Ona szeptała, iż „nie zdążyli zabrać nagrań", iż Patryk kradnie ziemię gminną pod pretekstem inwestycji, iż miała dowody na dysku, zdjęcia dokumentów z urzędu, nagrania rozmów z urzędnikiem od geodezji, który brał łapówki za przepisywanie granic działek. Dawid siedział przy łóżku, trzymał jej dłoń tak, jakby się bał, iż jeżeli puści, to coś się jeszcze stanie.

Okazało się — i to już wyszło w gazecie lokalnej dwa tygodnie później, sama czytałam w poczekalni — iż pani Marta pracowała w fundacji monitorującej przetargi gminne i od miesięcy zbierała dokumentację na firmę Patryka. Tamtego wieczoru poszła na plac budowy przy stawach, żeby sfotografować coś, co potwierdzało przesunięcie granic działki gminnej o dwadzieścia metrów w stronę lasu komunalnego — dwadzieścia metrów, które na papierze nagle stały się własnością prywatną. Patryk ją tam złapał z ochroniarzami. Policyjny raport, który komendant Ossowski osobiście podpisał, mówił, iż weszła bez pozwolenia, groziła pracownikom i „przypadkowo" spadła z niewykończonej klatki schodowej. Nikt w tym raporcie nie wspomniał o złamanych kościach w miejscach, które nie powstają przy zwykłym upadku.

Dawid nie krzyczał, nie groził, nic takiego nie było. Poszedł po prostu do prokuratury rejonowej w Rzeszowie, a nie do miejscowej komendy, bo — jak się potem dowiedziałam od Eweliny, która znała jego siostrę — wiedział coś, czego komendant Ossowski nie wiedział. Dawid przez ostatnie trzy lata służył w jednostce zajmującej się między innymi współpracą z Centralnym Biurem Śledczym Policji przy sprawach korupcyjnych na terenach wiejskich, tam gdzie lokalne układy bywały zbyt silne dla powiatowej policji. To nie było przypadkowe skierowanie — jego przełożeni wiedzieli dokładnie, jaką robotę odwala.

Przyszłam na dyżur trzy tygodnie później i usłyszałam od sanitariusza Grzegorza, który woził pacjentów na USG, iż w powiecie było przeszukanie. W biurze komendanta. W biurze geodety. W biurze Patryka. Grzegorz akurat dowoził kogoś na prześwietlenie klatki, kiedy zobaczył na parkingu nieoznakowane samochody z centralnego biura, i mówił, iż nigdy czegoś takiego w tym mieście nie widział.

Finał zobaczyłam sama, bo akurat miałam dzień wolny, a szpital leży przy tej samej ulicy co sąd rejonowy, więc wpadłam pod budynek z ciekawości, kiedy dowiedziałam się z plotek w kiosku, iż będzie rozprawa w sprawie zabezpieczenia majątku. Stałam po drugiej stronie ulicy, trzymając w ręku papierową torbę z bagietką, i widziałam, jak Patryk Ossowski wychodzi z sądu bez uśmiechu, który zwykle miał przylepiony, kiedy jechał swoim czarnym BMW X5 przez rynek. Komornik sądowy niósł za nim teczkę z dokumentami zabezpieczenia — dwa miliony trzysta tysięcy złotych z rachunków firmy, zablokowane do czasu wyjaśnienia sprawy. Komendant Ossowski stał trochę dalej, rozmawiał po telefonie, a jego twarz była biała jak te ściany u nas na korytarzu.

Pani Marta przyszła na rozprawę o własnych siłach, na dwóch kulach, w towarzystwie Dawida, który niósł jej teczkę z dokumentami — tę samą teczkę, z której w szpitalu robiła kopie, gdy już mogła usiedzieć na wózku. Nie krzyczała na nikogo, nie patrzyła w stronę Patryka, kiedy przechodził obok. Po prostu podała teczkę adwokatowi fundacji, powiedziała coś krótko, podpisała coś na blacie stojącym na korytarzu, i to było wszystko.

Dawid wrócił do jednostki miesiąc później, bo jego urlop się skończył, a żona już chodziła o własnych siłach, choć jedną nogę jeszcze ciągnęła. Widziałam ją raz w rejestracji, przyszła po zwolnienie lekarskie do pracy, uśmiechnęła się do mnie, jakby pamiętała, iż to ja przynosiłam jej herbatę. Nie powiedziała nic specjalnego, tylko podziękowała za kartonik z kubkiem, który wtedy zostawiłam na szafce przy łóżku, bo szpitalna herbata jest do niczego, a ona akurat lubiła z cytryną.

Idź do oryginalnego materiału