— Weź, córeczko, od mamy, dla ciebie i twoich braciszków. Jedzcie, dzieci. Nie grzechem jest się dzielić, grzechem jest zamknąć oczy. Alinka miała zaledwie sześć lat, ale życie już nałożyło jej na barki ciężar, jakiego inne dzieci choćby nie potrafią nazwać. Mieszkała w małej, zapomnianej przez świat wiosce, w starej chałupie trzymającej się bardziej na modlitwach niż na fundamentach. Gdy wiatr mocno wiał, deski skrzypiały jak płacz, a nocą zimno wślizgiwało się przez szpary bez pytania. Rodzice pracowali dorywczo — dziś coś było, jutro nie. Czasem wracali zmęczeni, ze spierzchniętymi dłońmi i pustym spojrzeniem, innym razem z kieszeniami prawie tak pustymi jak nadzieja. Alinka zostawała w domu z dwoma młodszymi braciszkami, tuliła ich, kiedy głód stawał się silniejszy niż zimno. Tego dnia był grudzień — prawdziwy polski grudzień, z szarym niebem, powietrzem pachnącym śniegiem. Święta Bożego Narodzenia pukały do drzwi, ale nie do ich domu. W garnku na kuchni gotowała się prosta kartoflanka bez mięsa i przypraw, ale z całą matczyną miłością. Alinka mieszała powoli, jakby chciała, by jedzenia starczyło dla wszystkich. Nagle z podwórka sąsiadów uniósł się kuszący, ciepły zapach, który trafiał prosto do duszy, zanim dotarł do żołądka. Obok sąsiedzi przygotowywali świniobicie na święta. Słychać było wesołe głosy, śmiechy, brzęk talerzy i skwierczenie mięsa na ogniu. Dla Alinki te dźwięki były jak bajka opowiadana zbyt daleka. Podsunęła się do płotu, z braciszkami trzymającymi się jej spódnicy. Przełknęła ślinę. Nie prosiła o nic, tylko patrzyła. Jej wielkie, brązowe oczy przepełniało ciche marzenie. Wiedziała, iż nieładnie jest chcieć to, czego się nie ma — mama tak uczyła — ale jej małe serce nie potrafiło przestać marzyć. — Boże, szepnęła, choć odrobinkę… I wtedy, jakby niebo ją usłyszało, łagodny głos przeciął mroźne powietrze: — Alinko! Dziewczynka drgnęła. — Alinko, podejdź tu, dziecko! Przy kotle stała babcia Wioleta, z rumieńcami od ognia i ciepłym spojrzeniem jak przytulny piec. Mieszała w garnku i patrzyła na dziewczynkę z czułością, której Alinka dawno nie czuła. — Weź, córeczko, dla siebie i braciszków, powiedziała z prostą, naturalną dobrocią. Alinka stała chwilę niepewna — wstyd ściskał jej pierś. Nie wiedziała, czy wolno się cieszyć. Ale babcia kiwnęła jej jeszcze raz, a jej drżące ręce napełniły pojemnik gorącym, rumianym mięsem, pachnącym prawdziwymi świętami. — Jedzcie, dzieci — bo nie grzechem jest się dzielić. Grzechem jest zamknąć oczy i udawać, iż nie widzisz. Łzy Alinki popłynęły same — nie z głodu, ale dlatego, iż pierwszy raz ktoś ją naprawdę zobaczył. Nie jako „biedną dziewczynkę”, ale po prostu jako dziecko. Pobiegła do domu ze skarbem przyciśniętym do piersi, jakby dostała święty dar. Braciszkowie pisnęli z euforii — przez chwilę ich mały dom wypełniły śmiech, ciepło i zapach, jakiego nigdy tam nie było. Gdy rodzice wrócili wieczorem, zmęczeni i zmarznięci, zastali dzieci jedzące i uśmiechnięte. Mama cicho zapłakała, tata zdjął czapkę i podziękował Bogu. Tego wieczoru nie było choinki. Nie było prezentów. Ale była ludzka dobroć. A czasem to wystarczy, żeby poczuć, iż nie jest się samym na świecie. Są dzieci jak Alinka — właśnie teraz — które nie proszą… tylko patrzą. Patrzą na rozświetlone podwórka, suto zastawione stoły, na święta innych. 🤍 Czasem talerz ciepłej strawy, drobny gest, dobre słowo mogą stać się najpiękniejszym prezentem w życiu. 👉 jeżeli ta historia poruszyła twoje serce, nie przechodź obojętnie.

twojacena.pl 5 godzin temu

Weź, kochanie, od mamy, dla ciebie i twoich braciszków. Macie jeść, dzieci, bo dzielić się to nie grzech, grzechem jest odwrócić wzrok.

Mała Jagoda miała zaledwie sześć lat, a życie już obciążyło jej barki troskami, których nie potrafią choćby nazwać inne dzieci. Mieszkała w zapomnianej przez Boga i ludzi wiosce, w starej chałupie trzymającej się jeszcze tylko dzięki modlitwom, nie fundamentom. Gdy silny wiatr hulał po polach, deski skrzypiały jak stłumione łkania, a nocą chłód wślizgiwał się przez każdą szparę, nie pytając nikogo o pozwolenie.

Jej rodzice pracowali na dniówki. Dziś robota była, jutro nie. Nieraz wracali zdyszani, ze spękanymi dłońmi i pustymi spojrzeniami. Innym razem mieli kieszenie równie puste jak nadzieja. Jagoda zostawała sama z dwoma młodszymi braćmi, przytulając ich do siebie, gdy głód zaczynał boleć mocniej niż mróz.

Tego dnia był grudzień. Prawdziwy, polski grudzień ołowiane niebo, mroźne powietrze pachnące zbliżającym się śniegiem. Święta Bożego Narodzenia pukały do wszystkich drzwi, tylko nie do ich domu. Na kuchence gotował się prosty, ziemniaczany gulasz bez mięsa, bez przypraw, ale pełen matczynej miłości. Jagoda mieszała go powoli, jakby miała nadzieję, iż tej strawy starczy dla wszystkich.

Nagle z podwórka sąsiadów dotarł zapach, który grzał duszę, zanim zdążył dosięgnąć żołądka. Sąsiedzi zabijali świnię na święta. Na podwórzu rozchodziły się wesołe głosy, gwar, śmiech, brzęk talerzy i skwierczenie mięsa na patelni. Dla Jagody te odgłosy były jak bajka opowiadana z bardzo daleka.

Podeszła z braćmi do płotu. Przełknęła ślinę, nie prosząc o nic, tylko patrząc. Z jej dużych, piwnych oczu wyzierało nieme pragnienie. Wiedziała, iż nie wypada chcieć tego, czego się nie ma. Tak nauczyła ją mama. Ale jej małe serce nie umiało przestać marzyć.

Panie Boże, szepnęła cicho chociaż odrobinę…

Tymczasem, jakby niebo ją usłyszało, przez mroźne powietrze przebił się spokojny głos:

Jagódko!

Dziewczynka zadrżała.

Chodź tu, dziecko!

Stara pani Wioletta stała przy wielkim, parującym garnku, z policzkami rumianymi od ognia i oczami ciepłymi jak rozżarzone węgle. Ciężko mieszała kaszę i patrzyła na Jagodę z łagodnością, jakiej dziewczynka dawno nie poczuła.

Weź, kochanie, od mamy, dla siebie i braciszków. powiedziała prosto, z wielkim sercem.

Jagoda zawahała się na moment. Wstyd ścisnął ją za gardło, nie wiedziała czy może się cieszyć. Ale stara sąsiadka uśmiechnęła się jeszcze serdeczniej i napełniła pojemnik gorącym, pachnącym świątecznym mięsem.

Macie jeść, dzieci, bo nie grzechem się podzielić. Grzechem jest zamykać oczy na człowieka.

Łzy Jagody popłynęły mimowolnie. Płakała nie z głodu, ale dlatego, iż po raz pierwszy ktoś ją tak naprawdę zobaczył. Nie jako biedną dziewczynkę, ale po prostu dziecko.

Pobiegła do chaty, mocno ściskając pojemnik jakby to był największy dar na świecie. Braciszkowie podskoczyli z radości, a maleńka izdebka wypełniła się śmiechem, ciepłem i zapachem, jakiego tam nigdy nie było.

Kiedy wieczorem rodzice wrócili zmęczeni i przemarznięci, zastali dzieci jedzące i roześmiane. Mama cicho zapłakała, a ojciec uchylił czapkę i podziękował niebu.

Tego wieczoru nie mieli choinki, nie było prezentów.

Ale była ludzka dobroć.

A czasem to wystarczy, by poczuć, iż nie jest się na tym świecie samym.

Takich dzieci jak Jagoda jest wiele nie proszą o nic… tylko patrzą.

Patrzą przez okna na świąteczny blask, na suto zastawione stoły, na Boże Narodzenie innych.

Czasem talerz jedzenia, drobny gest, dobre słowo może okazać się najpiękniejszym prezentem w życiu.

jeżeli ta opowieść Cię poruszyła, nie przechodź obojętnieA kiedy nagle na szybie pojawił się pierwszy płatek śniegu, Jagoda uśmiechnęła się do braci przez łzy, wiedząc, iż to nie magia prezentów buduje święta tylko serce gotowe przyjąć i podarować dobroć. W ciszy, pomiędzy uśmiechami, dom ich stał się większy niż największe pałace.

Na zewnątrz pani Wioletta spojrzała ku skromnej chałupie i widząc światło rozpalone nową nadzieją, uśmiechnęła się pod nosem. W takich chwilach choćby najcięższa zima i najdłuższa bieda nie wydają się już straszne. Bo wystarczy jeden ludzki gest, by odmienić czyjeś święta. I na nowo przypomnieć sobie, czym naprawdę jest cud Bożego Narodzenia.

Idź do oryginalnego materiału