Zacznę od tego, iż nazywam się Bartek Nowicki, mam trzydzieści cztery lata i od ośmiu miesięcy jestem mężem Marty. To ja, nie ona, opowiadam tę historię — bo to ja przez cały ten czas byłem tym, którego moja teściowa nazywała złodziejem, oszustem i człowiekiem, który "poluje na gospodarstwo".
Siódma rano, ja w stodole na naszym gospodarstwie pod Sękocinem, w butach jeszcze mokrych od błota z lasu, w którym poprzedniej nocy znaleźliśmy Martę przywiązaną do drzewa. Policja już tu była, zrobili zdjęcia, spisali protokół i pojechali. Nikt jednak nie ruszył desek podłogi. A ja wiedziałem, iż trzeba je ruszyć — bo Marta, zanim ją zabrali karetką, zdążyła mi wyszeptać jedno zdanie: "Pod trzecią deską od pieca". Nie wiedziałem wtedy, co tam znajdę. Uklęknąłem, deska ustąpiła łatwiej, niż się spodziewałem, jakby ktoś ją podważał już wcześniej i nie zdążył dobrze wcisnąć z powrotem.
W środku, zawinięta w foliową torbę zasypaną wapnem murarskim, leżała plastikowa teczka. Wapno miało zabić zapach — jakby coś tam gniło. A może po prostu ktoś nie chciał, żeby pies wywęszył. W teczce list, napisany drżącym pismem Marty, niedokończony, bez pełnego podpisu na dole. Obok jej podpisu — parafka ciotki Danuty, jako "świadka". I pieczątka notarialna z datą sprzed czterech miesięcy, chociaż działka wciąż figurowała w księgach wieczystych na babcię Marty, Zofię Wesołowską.
Zadzwoniłem do szpitala. Marta odebrała słabym głosem, ale powiedziała jasno: "Jak znajdziesz ten list, nie oddawaj go nikomu poza prokuraturą. To jedyny dowód, iż ja tam nie wyjechałam z własnej woli".
Schowałem teczkę do plecaka, ten sam, w którym miałem jeszcze bilety na pociąg do Zakopanego — mieliśmy jechać w podróż poślubną trzy dni po ślubie. Nie pojechaliśmy.
W tej samej stodole, w zardzewiałej szufladzie po nasionach, leżały wycinki z gazety z 2001 roku. "Zaginięcie pracownika gospodarstwa w Sękocinie. Poszukiwany Roman Wesołowski". Nikt go wtedy nie szukał poważnie — takie sprawy w małych miejscowościach gwałtownie cichły. W kolejnej notatce, kilka miesięcy później, ciotka Danuta figurowała jako "opiekunka małoletniej i tymczasowa zarządczyni gospodarstwa". Wtedy zrozumiałem, o co naprawdę chodziło od początku: nie tylko o ziemię. Chodziło o to, żeby Marta uchodziła za niezrównoważoną, żeby żaden sąd nigdy jej nie uwierzył.
Muszę powiedzieć wprost — nie zawsze byłem pewien, iż robię dobrze. Bałem się, iż Marta mnie znienawidzi za to, co zamierzałem zrobić. Bałem się bardziej niż samej Danuty.
Wróciłem do szpitala z plecakiem. Danuta już tam była, z bukietem goździków kupionym pewnie w kwiaciarni przy dworcu PKP. Zobaczyła mnie i od razu:
— Bartek, wystarczy tego. Truje pan moją siostrzenicę przeciwko rodzinie.
— Pani siostrzenica ma sińce na nadgarstkach.
— Sama sobie to robi. Zawsze tak robiła, kiedy chciała uwagi.
Marta usiadła na łóżku, blada, ale głos miała twardy.
— Ciociu, medalion. Skąd on się wziął w mojej sukni ślubnej?
Danuta choćby się nie zawahała.
— Twoja matka była nieporządną kobietą. Zbierała śmiecie. Ja tylko przyszywałam koronkę do sukni.
To było kłamstwo, i to takie, które łatwo obalić. Suknię do poprawek zaniosłem sam, do krawcowej na ulicy Kościuszki, tydzień przed ślubem. Zapłaciłem gotówką, mam paragon. Danuta nie miała do niej dostępu — aż do sobotniej nocy przed ślubem, kiedy to niby "pomagała prasować".
Wyjąłem telefon, pokazałem zdjęcie otwartego medalionu.
— Roman Wesołowski. Data: 12 sierpnia 2001. Pani mówiła, iż umarł w lutym.
Po raz pierwszy zobaczyłem, jak jej twarz się rozjeżdża.
— To zdjęcie jest spreparowane. Twój narzeczony wykorzystuje Martę, żeby przejąć gospodarstwo.
Wtedy zrobiłem coś, czego nie dało się cofnąć. Zadzwoniłem na policję, na miejscu, przy Marcie, mojej teściowej i dwóch pielęgniarkach. Oddałem list, medalion, złożyłem zawiadomienie o pozbawieniu wolności i podejrzeniu fałszerstwa dokumentu.
Danuta krzyknęła:
— Zniszczysz tę rodzinę przez kawałek ziemi!
Moja teściowa, matka Marty, złapała mnie za rękaw.
— Bartek, na Boga. To ciotka, która ją wychowała.
— Ciotka, która ją przywiązała do drzewa.
Marta płakała, ale mnie nie zatrzymała.
Tego samego popołudnia prokuratura zrobiła przeszukanie w domu Danuty, w Sękocinie, przy ulicy Polnej. Znaleźli drugą kopię listu — tym razem podpisaną, ale podpis był kalką, przerysowany kreska w kreskę. I pendrive z nagraniami. Na jednym słychać głos Danuty: "Jak nie podpisze, zostawimy ją w lesie, aż się opamięta. Sąd zobaczy, iż jest niestabilna, tak jak jej matka". Nagranie miało datę: piątek wieczorem, dzień przed ślubem.
Danuta się nie ugięła. Złożyła doniesienie przeciwko mnie o "kradzież dokumentów prywatnych" i rozpuściła po całym Sękocinie plotkę, iż to ja zaplanowałem porwanie w lesie, żeby wyjść na bohatera i ożenić się z gospodarstwem.
Moja teściowa zadzwoniła do mnie zapłakana.
— Jak tak dalej pójdzie, ta rodzina się rozpadnie na pół. A ja nie wiem, po czyjej stronie mam stanąć.
Marta złapała mnie za rękę na korytarzu szpitala.
— Jak oddasz ten pendrive, nie ma już odwrotu. Danuta powie, iż ja to nagrałam, żeby ją szantażować. A twoja teściowa nigdy mi tego nie wybaczy.
Odpowiedziałem jedyne, co miałem.
— Wolę, żeby mnie nienawidzili z prawdą na stole, niż żeby jeszcze raz wsadzili cię do bagażnika.
Wieczorem, kiedy wyszliśmy ze szpitala, Marta zatrzymała się na parkingu, obok mojego forda, tego samego, którym wieźliśmy suknię ślubną trzy tygodnie wcześniej.
— Bartek… jeżeli Roman żył jeszcze w sierpniu 2001, to kim ja adekwatnie jestem?
Nie miałem gotowej odpowiedzi. Powiedziałem tylko, iż to sprawdzimy razem, i iż akt urodzenia leży w tej samej teczce co list — nie zdążyłem jej o tym powiedzieć wcześniej.
Sprawa ciągnęła się jeszcze trzy miesiące. Ekspertyza grafologiczna potwierdziła, iż drugi podpis Marty na akcie notarialnym był kalką. Notariusz, który to poświadczył, stracił uprawnienia — okazało się, iż Danuta była z nim spokrewniona przez męża. Sąd rejonowy w Piasecznie unieważnił akt notarialny w całości, a sprawę o pozbawienie wolności i fałszerstwo skierowano na wokandę karną.
Akt urodzenia z teczki pokazał to, czego Danuta bała się najbardziej: Roman Wesołowski był ojcem Marty, nie stryjem, jak przez dwadzieścia trzy lata utrzymywała cała rodzina. Zniknął, bo groził, iż pójdzie do notariusza i cofnie pełnomocnictwo, które Danuta wyłudziła od chorej już wtedy Zofii. Nikt go nie szukał, bo Danuta zgłosiła, iż wyjechał "za pracą do Niemiec".
Dzień po wyroku Marta poszła do banku w Piasecznie i zamknęła wspólne konto, na które przez lata wpływała dzierżawa z gruntów — konto, do którego Danuta miała pełnomocnictwo. Podpisała formularz, zabrała potwierdzenie zamknięcia, złożyła je do tej samej teczki, w której leżał kiedyś list spod deski.
Danuta przyjechała pod gospodarstwo tydzień później, w niedzielę, z tymi samymi goździkami, tylko już zwiędłymi. Stanęła przed bramą — nową, z domofonem, którego kodu nie znała. Zadzwoniła, ale nikt nie odebrał. Postała tam z dziesięć minut, popatrzyła na tabliczkę z nowym nazwiskiem właścicielki gospodarstwa — Marta Wesołowska-Nowicka — i odjechała swoim starym oplem, nie mówiąc już nic.







