Pracuję jako kosmetyczka w salonie na osiedlu i to właśnie u mnie na fotelu Basia opowiedziała mi wszystko — najpierw po kawałku, między jednym zabiegiem a drugim, a resztę dopiero wtedy, gdy już było po wszystkim. Znałam ją z klatki, bo mieszkałyśmy dwa piętra od siebie w tym samym bloku przy Piaśnickiej, i to ja adekwatnie pierwsza zobaczyłam, iż coś jest nie tak — zanim ona sama to sobie przyznała.
Basia miała trzydzieści cztery lata, własne mieszkanie po babci — trzy pokoje, kupiec, w bloku z wielkiej płyty jeszcze z lat siedemdziesiątych, z tymi charakterystycznymi kaloryferami, które zawsze stukały wieczorem. Pracowała jako księgowa w firmie transportowej przy obwodnicy. Miała wszystko poukładane: mieszkanie, pracę, choćby psa sąsiadki czasem wyprowadzała, gdy tamta jechała do rodziny do Gniezna. Brakowało jej tylko jednego — kogoś, z kim chciałaby dzielić to mieszkanie.
Poznała Dawida przez znajomych z pracy, na grillu za blokiem, przy tych metalowych stołach, które stawia się na trzepaku. "Fajny gość" — tak go przedstawili. "Tylko z pierwszym małżeństwem mu nie wyszło." To "tylko" powinno zapalić lampkę. Nie zapaliło.
Chodzili ze sobą pół roku. Grzeczny, opanowany, nigdy nie podniósł głosu, nie pił na umór. Basia patrzyła na niego uważniej niż inne kobiety by patrzyły — bo miała swoje rachunki z przeszłością. Jako dziecko zasypiała z poduszką na uszach, żeby nie słyszeć, jak sąsiad zza ściany bije żonę. Pamiętała, jak ciotka latem, w upał, nosiła bluzki z długim rękawem. Obiecała sobie wtedy: u mnie tego nie będzie nigdy.
Kiedy Dawid zaproponował, żeby się wprowadził, zgodziła się — nie z zauroczenia, tylko z przekonania. Była pewna: ten mnie nie skrzywdzi. Bardzo się myliła.
Pierwszy sygnał przyszedł bez awantury. Po kilku tygodniach wspólnego mieszkania Dawid zaczął pytać o pensję. Niby od niechcenia, przy kolacji, z uśmiechem. "Ile ci tam płacą w tej firmie?" "A gdzie trzymasz oszczędności?" Basia nie odpowiadała wprost. Ale czuła, iż coś się zmieniło — jakby powietrze w kuchni zrobiło się gęstsze.
W sobotę wzięła go po prostu ze sobą na Biedronkę na rogu, zrobili zakupy na cały tydzień, zapłaciła kartą — swoją. Nic nie powiedziała, tylko pokazała: pieniądze w tym domu to nie jego sprawa. Pytania ustały. Pomyślała: załatwione. Naiwnie.
Miesiąc później poszli na urodziny do znajomych spod Poznania, gdzieś koło Swarzędza. Fajny wieczór, śmiechy, ktoś grał na gitarze, w telewizorze w tle leciał mecz reprezentacji, którego nikt nie oglądał. Wracali do domu autem — Dawid prowadził, jeździł starym passatem po ojcu — w milczeniu, które od pierwszej minuty było inne niż zwykłe. Ciężkie.
Gdy weszli do mieszkania, zaczęło się. Najpierw słowa — ostre, bez sensu, jakby szukał, o co się zaczepić. Basia wyszła do sypialni. Nie ze strachu — z wyczerpania. Myślała, iż jak nie doda iskry, ogień sam zgaśnie.
Nie zgasł. Poszedł za nią. I wtedy — ręka we włosach. Chwycił, szarpnął w stronę korytarza. W tamtej sekundzie coś w niej przeszło jakąś granicę. Nie strach — coś twardszego. Oddała cios. Zaczęła się szamotanina, nierówna, ale ona nie stała bezwładnie. Myślała tylko jedno: nie. Nie u mnie. Nie ze mną.
W końcu puścił. Poszedł spać — po prostu zasnął, jakby nic się nie stało. Basia usiadła w kuchni i patrzyła na własne ręce. Trzęsły się. Myślała o tamtej dziewczynce z poduszką na uszach. O tym, jak długo wybierała mężczyznę. Jak uważnie go obserwowała. Jak bardzo była pewna. I jak mimo to można się pomylić.
Rano powiedziała mu, żeby się spakował. Bez krzyku, rzeczowo. Wysłuchał — i się uśmiechnął. Potem oznajmił, iż należy mu się połowa mieszkania, bo mieszkali razem sześć miesięcy. Ktoś mu naopowiadał o wspólnocie majątkowej, o sądach, o jego "prawach".
Tu akurat wiem coś więcej niż Basia mi opowiedziała — bo to ja poleciłam jej moją klientkę, panią mecenas Wieczorek z kancelarii przy Głogowskiej, która co drugi czwartek robi mi paznokcie w zamian za zabiegi dla córki. Zadzwoniłam do niej tego samego wieczoru, gdy Basia zjawiła się u mnie w progu z torbą i płaczem, i spytałam, czy w ogóle jest się czego bać. Pani Wieczorek roześmiała się w słuchawkę: mieszkanie odziedziczone przed związkiem, nigdy nie wspólne, żadnego meldunku na stałe — nie ma o czym gadać.
Basia wysłuchała tego przez telefon na głośniku, siedząc u mnie w salonie, z ręcznikiem jeszcze na ramionach, bo akurat robiłam jej paznokcie, kiedy zadzwoniła kancelaria z potwierdzeniem na piśmie. Odłożyła telefon, popatrzyła na mnie i powiedziała tylko: "To niech spróbuje udowodnić."
Tego samego dnia pojechała do notariusza przy placu Wolności i spisała oświadczenie — takie samo, jakie już wcześniej dyktowała jej pani mecenas przez telefon — iż mieszkanie stanowi jej majątek osobisty, odziedziczony, i iż wyprowadzka Dawida nie rodzi żadnych roszczeń. Kazała mu podpisać zwykłe pokwitowanie odbioru rzeczy osobistych — dwie walizki, gitara, kilka par butów — żeby nie było potem gadania, iż coś zostało "jego".
Wymieniła zamek w drzwiach jeszcze tego wieczoru — ślusarz z warsztatu przy Hetmańskiej przyjechał w niecałą godzinę, wziął sto dwadzieścia złotych za dorobienie i montaż. Dawid przyszedł po rzeczy dwa dni później, zastał już nowy zamek i kopertę zostawioną u dozorcy z jego dokumentami i pokwitowaniem do podpisu. Podpisał, bo nie miał wyjścia — nie miał niczego, czym mógłby to podważyć.
Widziałam Basię jeszcze wiele razy po tamtym, bo klatka mała, a i tak co środę przychodziła do mnie na zabiegi. Płakała — nie za nim, tylko nad sobą. Za to, iż tak długo i tak uważnie wybierała, a mimo to się pomyliła. Za tę dziewczynkę z poduszką na głowie, która myślała, iż jest mądrzejsza od losu.
Ale to był akurat ten rok, kiedy pierwszy raz od dawna zima w Poznaniu skończyła się wcześnie — już w marcu ludzie chodzili bez czapek, a na Ratajach ktoś powiesił na balkonie flagę Lecha, bo drużyna wygrała jakiś istotny mecz. Basia wtedy zaczęła znowu wychodzić wieczorami, sama, na spacery wzdłuż Warty. Nie mówiła o tym wiele. Po prostu pewnego dnia zauważyłam, iż przestała nosić obrączkę na łańcuszku, którą trzymała w kieszeni od dnia rozstania — nie wiem, kiedy dokładnie ją zdjęła.
Ostatni raz, gdy była u mnie w salonie, powiedziała tylko jedno zdanie, poprawiając rękaw swetra, żeby nie ubrudzić go lakierem: "Dobrze, iż wtedy oddałam cios." I tyle. Nie dodała nic więcej, a ja nie pytałam.











