— Weronika, co ty wyprawiasz?! — krzyknął Marek od drzwi.
— Gdzie ty idziesz w takim stanie?!
Weronika stała przed lustrem.
Poprawiała nową bluzkę, kupioną na wyprzedaży.
— Do teatru, jeżeli łaska — odpowiedziała spokojnie.
— Umówiłam się z Agnieszką. Idziemy na „Dziady”.
— Jaki teatr?! Zobacz, co w domu się dzieje!
Naczynia brudne, koszule nie wyprasowane.
Złapał ją za rękę, obrócił do siebie.
— Przebierz się i zajmij domem. Już!
Szarpnęła ręką, wyzwoliła się.
Na nadgarstku został czerwony ślad.
— Marku, rozmawialiśmy o tym wczoraj.
— Cały dzień siedziałam w domu. Wszystko zrobiłam.
— Chcę jeden wieczór dla siebie. O co ten krzyk?
— Dla siebie?! — zaśmiał się szyderczo.
— Kto cię żywi? Kto dach daje?
— Wracam z pracy, chcę zjeść obiad. Nie kanapki.
Weronika bez słowa poszła do kuchni.
Ręce jej drżały, w brzuchu ścisnął się supeł.
Rano cieszyła się na ten wieczór.
Nawet fryzurę zrobiła, buty wyczyściła.
A teraz wszystko się rozpadło.
— No widzisz! — mruknął zadowolony Marek.
Włączył telewizor głośniej.
— Żwawo! Głodny jestem jak wilk!
Patelnia się nagrzewała. Weronika zerknęła przez okno.
Na podwórku kobieta wyprowadzała psa, śmiała się do telefonu.
Jak bardzo wolna wydawała się ta nieznajoma.
— Weronika! Śpisz tam?! — warknął mąż.
— Już gotuję! — odkrzyknęła, przewracając kotlety.
Marek stanął w drzwiach kuchni.
— Jutro przyjdzie Czajkowski. Omówimy interesy.
— Żadnych twoich kumpelek. Siedzisz cicho, herbatę podasz.
— Ale jutro sobota — szepnęła Weronika.
— Miałyśmy iść do kawiarni…
— Jakie znowu dziewczyny? Masz czterdzieści trzy lata.
— Opamiętaj się. Dom i rodzina to twoje miejsce.
Postawiła przed nim talerz, usiadła naprzeciwko.
Jeść nie chciała. W gardle rósł guzek.
— Marku, czemu tak ze mną teraz?
— Wcześniej chodziliśmy do teatru, dawałeś mi kwiaty.
— Wcześniej byłaś młodsza, ładniejsza — machnął ręką.
— A teraz co z ciebie zostało? Roztyłaś się.
— Wstyd z tobą pokazać się ludziom.
Słowa bolały bardziej niż uderzenie.
Wstała, zaczęła sprzątać ze stołu.
Łzy napłynęły do gardła, ale się powstrzymała.
— Tylko nie becz! — skrzywił się Marek.
— Nie znoszę tych szlochów. Zapisz się na dietę.
Gdy wyszedł do telewizora, wyciągnęła telefon.
Napisała do Agnieszki: «Nie wyjdzie dziś, przepraszam».
Odpowiedź przyszła natychmiast: «Co znowu się stało?»
«To już trzeci raz w tym miesiącu!»
«Tak nie można, Wera».
«Wszystko gra» — napisała krótko Weronika.
Agnieszka nie ustępowała: «Przyjeżdżaj teraz do mnie».
«Mówię poważnie».
«Nie mogę, Marek w domu» — odpisała.
«Przyjaciółkami jesteśmy dwadzieścia lat».
«Widzę, co się z tobą dzieje. Dosyć tego!»
Weronika schowała telefon pod stos papierów w biurku.
Aga nie rozumie. Jest sama, łatwo jej radzić.
A dom? Kredyt, który spłacają razem?
Gdzie by poszła? Co by było dalej?
Wieczór zgasł jak świeca na wietrze.
Dziady zagrają bez niej.












