Nie jestem naukowcem. Prowadzę warzywniak przy ulicy 1 Maja w Wałbrzychu, niedaleko starej hałdy. Czternaście lat stoję za ladą, ważę ziemniaki, słucham ludzi. W 1998 roku, jak zamykali kopalnię Thorez, pół miasta zostało bez pracy. Mój szwagier zjechał na dół ostatni raz w lipcu, wrócił z zegarkiem po ojcu i kartą na zasiłek. Teraz jeździ busem do Czech. A ja w czwartek po południu, między jednym a drugim klientem, usłyszałam w radiu, iż naukowcy znaleźli bakterie, które zjadają uran.
Pani Halina, która bierze u mnie zawsze trzy kilo kartofli i główkę kapusty, akurat płaciła. Radio u mnie gra cały czas, bo cisza w sklepie odbiera apetyt. Lektor mówił coś o kopalni uranu w Niemczech, zalanej wodą, i o mikrobach, które potrafią unieruchomić to świństwo. Pani Halina położyła monety na ladzie, dwie dwuzłotówki i pięćdziesiąt groszy, i powiedziała: „Pani Grażyno, u nas w Mniszkowie to samo. Tylko nikt o tym nie mówi.”
Bo ja wiem. Wszyscy w Wałbrzychu wiedzą. Piaskownia, z której brało się piasek na budowę, stoi ogrodzona siatką od jedenastu lat. Nikt nie postawił tablicy, ale wszyscy omijają to miejsce. Mówi się, iż woda w studni u Kowalczyka świeci w ciemności. Mówi się, iż dzieci rodzą się chore. Mówi się, ale nie w radiu.
Radio grało dalej. Kanadyjska stacja, amerykańskie wody gruntowe, Australia. O Wałbrzychu nie powiedzieli ani słowa. Wzięłam ścierkę i przetarłam ladę, chociaż była sucha. Zawsze tak robię, kiedy coś we mnie siada.
Wieczorem zamknęłam sklep o osiemnastej. Klucz przekręciłam dwa razy, chociaż zamek i tak ledwo trzyma. W domu odgrzałam wczorajszy bigos, usiadłam przy stole, ale jeść się nie dało. Zadzwoniłam do szwagra.
„Słyszałeś o tych bakteriach?” — pytam.
On po drugiej stronie milczy. Słychać, iż telewizor gra, mecz chyba. Potem mówi: „Grażyna, ja w tej kopalni zostawiłem zdrowie, a ty mi o robakach w wodzie.” I się rozłączył.
On nie chce słuchać. Ja nie mogę przestać myśleć.
Następnego dnia, w piątek, przyszła do sklepu młoda dziewczyna. Nie znałam jej. Miała kurtkę za lekką na październik i torbę z laptopem. Postała chwilę przy półce z makaronem, potem podeszła do lady i zapytała, czy może powiesić ogłoszenie. Zajęcia z angielskiego, dzieci i dorośli, pierwsza lekcja gratis. Napełniła mi długopisem podanie, kto to widział, ale powiedziałam, żeby wieszała. Młodych tu mało, niech coś się dzieje.
Potem, już przy drzwiach, odwróciła się i powiedziała tak mimochodem: „Podobno woda u pana na rogu śmierdzi siarką. Od kiedy to?”
Poprawiłam cenówkę na jabłkach, zanim odpowiedziałam. „Od zawsze” — mówię. „A pani skąd?”
„Z Krakowa. Zbieram próbki.”
I wtedy zrozumiałam, iż to nie jest nauczycielka.
Nie zapytała o ogłoszenie. Zapytała o wodę. I zabrała ze sobą litrową butelkę, którą kupiła ode mnie, najtańszą, gazowaną, ale nie otworzyła. Zanotowała coś w telefonie, uśmiechnęła się jak do cioci i wyszła. Dzwonek nad drzwiami zabrzęczał i umilkł.
W sobotę zadzwoniłam do Kowalczyka. On ma tę studnię, o której mówią. Odebrała jego żona. Nie chciała długo rozmawiać, bo akurat kładła dzieci spać, ale jedno powiedziała: „Te z Krakowa, to już u nas były. W piątek rano. Wodę brały. I glebę do słoików.”
Poszłam do piaskowni. Dawno tam nie byłam. Siatka miejscami poderwana, ale nikt nie wchodzi. Od strony lasu stoi stara tablica z czasów kopalni, farba złuszczona, widać tylko litery „…O WSTĘP”. Pod nogami chrzęściło szkło, a w powietrzu wisiał zapach, jak po burzy, kiedy piorun uderzy blisko ziemi. Stałam tak z dziesięć minut, a potem wróciłam na chodnik. W kieszeni miałam telefon z otwartym artykułem. Ten sam, o którym mówili w radiu. Naukowcy, Niemcy, uran, bakterie. Przeczytałam go trzy razy. Za każdym razem to samo zdanie: „około 95 procent uranu”. I drugie: „bakterie zamykają uran w ścianach komórkowych”. Glicerol. Niskie stężenie tlenu. Sto trzydzieści dni.
Nie jestem naukowcem. Nie wiem, co to glicerol. Ale umiem liczyć. Sto trzydzieści dni to cztery miesiące i dziesięć dni. Od piątku, kiedy ta dziewczyna wyszła ze sklepu, do końca lutego.
W poniedziałek zamówiłam u dostawcy dwieście słoików. Weka, takie z gumką i drucikiem. Kiedy przyjechały, poustawiałam je w magazynie za ladą, na półce obok papieru toaletowego. Pani Halina zobaczyła i pyta: „Pani Grażyno, będzie pani dżemy robić? O tej porze?”
„Będę” — powiedziałam. „Ale nie z wiśni.”
Nie dopytywała. W Wałbrzychu ludzie nauczyli się nie pytać.
Przez kolejne tygodnie brałam butelki po wodzie mineralnej, te z kaucją, i napełniałam je w różnych miejscach. Z kranu u siebie w sklepie. Ze studni Kowalczyka, po zmroku, zawsze z jego zgodą i za darmo. Z potoku za hałdą, gdzie nikt nie chodzi, bo boją się, iż woda czerwona. Z kałuży przy torach, która nie wysycha choćby w upał. Każdą butelkę podpisywałam markerem: data, miejsce, zapach. Miałam tych próbek osiemnaście. Nie wiedziałam, co z nimi zrobić.
Aż wróciła ta dziewczyna. W grudniu, w mikołajki. W sklepie pachniało pomarańczami i świeczką zapachową, którą dostałam od dostawcy. Ona weszła, otrzepała śnieg z butów i położyła na ladzie wizytówkę. „Instytut Mikrobiologii i Biotechnologii, Zakład Geomikrobiologii” — przeczytałam. Pod spodem imię i nazwisko, telefon. Młoda, a już doktor.
„Pamięta mnie pani?” — pyta.
„Pamiętam” — mówię. „Napełniła pani piórem podanie.”
Zaśmiała się. Potem powiedziała, iż próbka z Wałbrzycha ma coś, czego nie widzieli w innych miejscach na Dolnym Śląsku. Że w wodzie ze studni Kowalczyka żyją bakterie, które wyglądają na bardzo stare. I iż jedna z tych bakterii coś z uranem robi, ale potrzebuje pożywki.
„Glicerolu” — powiedziałam.
Zamarła. „Skąd pani wie?”
Podałam jej mój zeszyt. Ten z butelkami. Osiemnaście pozycji, daty, zapach, marker. I wydrukowany artykuł z radia, z trzema zakreślonymi zdaniami. Długopisem, nie ołówkiem, bo tak.
Otworzyła zeszyt, przejrzała. Położyła dłoń na stronie, chwilę tak trzymała. Potem zamknęła i oddała mi.
„My to badamy w laboratorium, pani Grażyno. Ale pani pierwsza wiedziała, gdzie szukać.”
Ja pierwsza nie wiedziałam nic. Ja po prostu stałam za ladą czternaście lat i słuchałam ludzi.
Dałam jej wszystkie osiemnaście butelek. Zapakowałam w kartony po bananach, bo o to prosiła. Ostatnią, z potoku za hałdą, wzięła do ręki i potrząsnęła. W środku coś zawirowało, ciemny osad.
„Jeśli to jest to” — powiedziała — „to będzie pani miała swój udział.”
Nie chciałam udziału. Chciałam, żeby Kowalczykowa przestała się bać kąpać dzieci. Ale tego nie powiedziałam.
W styczniu zadzwonił do mnie pan z urzędu miejskiego. Trzy minuty, suchy głos. Pytał, czy to ja przekazałam próbki wody do laboratorium. Powiedziałam, iż tak. Zapytał, kto mi dał prawo. Odpowiedziałam, iż nikt, bo o prawo nikt nie prosił, jak zamykali kopalnię. I odłożyłam słuchawkę.
W lutym, siódmego, znowu przyszła doktor. Tym razem nie po próbki. Powiedziała, iż badania potwierdziły. Że bakteria z wody Kowalczyka, karmiona glicerolem w warunkach niskiego tlenu, unieruchamia uran w ciągu stu trzydziestu dni. Nie całkiem, ale w dziewięćdziesięciu czterech procentach. Że to jedyne takie stanowisko w Polsce. I iż przygotowują wniosek o grant na oczyszczanie. Wdrożenie pilotażowe, pół miliona złotych, pierwszy etap na terenie dawnej piaskowni.
Stałam za ladą. Ważyłam klientowi mandarynki. Kiwnęłam głową. A jak wyszedł, to powiedziałam doktor: „Niech pani Kowalczykowi powie. On ma tę wodę. I niech pani powie jego żonie, nie jemu, bo on nie wierzy w nic, co przyszło po kopalni.”
Doktor poszła. Widziałam przez szybę, jak szła w stronę Mniszkowa, w tym swoim za cienkim płaszczu. Koło przystanku zawróciła, wróciła do sklepu i kupiła dwie butelki wody, tym razem niegazowanej. Jedną otworzyła i wypiła przy ladzie, całą, prawie bez oddechu.
W kwietniu przyszło pismo z urzędu. Że teren piaskowni zostanie objęty monitoringiem. Że firma z Krakowa, GemBio, zakłada stację. Że woda ze studni Kowalczyka nie nadaje się do picia i tak było, i tak jest. Ale iż po wakacjach zacznie się pilotaż. Pani Halina przyniosła mi to pismo, bo ktoś jej dał na klatce. Położyła na ladzie obok wagi. „Pani Grażyna” — mówi — „to pani sprawka.”
Wzięłam pismo, przeczytałam. Podpis, pieczątka, data. Odłożyłam pod ladę, tam gdzie trzymam paragony. „Nie moja” — powiedziałam. „Bakterii.”
Dziś, w piątek wieczorem, przyszłam pod piaskownię. Stoją już pierwsze paliki, naciągnięta taśma, biało-czerwona. Koparka zjeżdża z lawety. Obok stoi doktor, ta z Krakowa, i dwóch mężczyzn w kamizelkach. Podeszli do Kowalczyka, który stał z boku z rękami w kieszeniach roboczej kurtki. Nie słyszałam, co mówili, ale Kowalczyk słuchał, a potem wziął od niej łopatę i pierwszy wbił w ziemię. Nie czekając na nikogo. Nie oglądając się na urząd.
Ja stałam za taśmą, na chodniku. Trzymałam w ręku litrową butelkę, pustą, z odkręconym korkiem. Podniosłam ją, potrząsnęłam. Osadu nie było. Była czysta. Wrzuciłam ją do kosza przy przystanku, do tego na plastik. Brzęknęła o dno, a ja pomyślałam, iż od dziś ten kosz będzie się napełniał częściej.
Wracałam do sklepu tą samą ulicą, którą chodzę od czternastu lat. Mijałam bramy, nieczynny kiosk, psa u rzeźnika, co zawsze na mnie warczy. Za sobą słyszałam, jak koparka zapuszcza silnik. Pierwszy raz od dawna ten dźwięk nie znaczył, iż coś się kończy.












