Wdowa po zdrajcy

newsempire24.com 1 tydzień temu

Nie znałam Ireny Wójcik osobiście, choć teraz, po dwudziestu latach pracy jako notariusz w Toruniu, mam wrażenie, iż znam ją lepiej niż niejednego klienta, który przychodzi do mnie co miesiąc od lat.

Przyszła do kancelarii w połowie listopada, w środę, tuż przed godziną szesnastą — pamiętam, bo za oknem właśnie zapalały się latarnie na Rynku Nowomiejskim i mój ostatni klient tego dnia miał się zjawić za piętnaście minut. Miała przy sobie skórzaną teczkę koloru burgunda, trochę wytartą na rogach, i termos z herbatą, którego nie otworzyła ani razu przez całe spotkanie.

Powiedziała, iż nazywa się Irena, iż prowadzi firmę informatyczną po babci, i iż przyszła "zamknąć pewien rozdział". Nic więcej. Klienci rzadko opowiadają mi historie — przychodzą po dokument, nie po współczucie. Ale coś w sposobie, w jaki układała papiery na moim biurku — równo, kartka po kartce, jakby porządkowała coś więcej niż dokumenty — kazało mi zapytać, czy wszystko w porządku.

— Mój mąż ma romans z moją najlepszą przyjaciółką od dwóch lat — powiedziała bez emocji, jakby czytała prognozę pogody. — Mają dwoje dzieci. On chce teraz czterdzieści procent mojej firmy.

Zapadła cisza, w której słychać było tylko szum kaloryfera i tykanie zegara nad regałem z kodeksami.

Dowiedziałam się z jej opowieści — a mówiła krótkimi, chłodnymi zdaniami, jakby relacjonowała cudzą sprawę — iż wszystko wyszło na jaw przez telefon. Zdjęcia od nieznanego numeru: mąż, Marek Kowalczyk, w prywatnej klinice przy alei Solidarności w Poznaniu, pochylony nad dwoma inkubatorami, z opaską szpitalną na nadgarstku, na której wielkimi literami widniało słowo OJCIEC. Obok niego stała kobieta, którą Irena znała od studiów na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika — Beata Sadowska, świadek na jej ślubie, ta sama, która trzymała ją za rękę po każdej nieudanej próbie in vitro, ta sama, która przynosiła jej rumianek, kiedy lekarze mówili, iż kolejna próba nie ma sensu.

Powiedziała mi też, co działo się tamtej nocy, kiedy Marek wrócił do domu — koło pierwszej, pachnąc cudzym mieszkaniem. Powtórzyła te zdania niemal słowo w słowo, jakby wypaliły jej się w pamięci.

— Stanął w kuchni, nie zdjął choćby płaszcza — mówiła Irena. — Powiedziałam mu: "Widziałam zdjęcia". A on odparł: "W końcu nie muszę już udawać". Nie przeprosił. Zapytałam, jak długo. Odpowiedział: "Dwa lata, ale to nieważne, ważne, iż mam teraz dzieci". Jakby to była wiadomość, którą powinnam przyjąć z radością.

— A o firmę zapytał tej samej nocy? — spytałam.

— Nie od razu. Najpierw powiedział, iż zrobił to "dla mojego dobra", żebym nie musiała już czuć presji z powodu in vitro. Roześmiałam się mu w twarz. Wtedy spoważniał i powiedział, iż skoro tak, to porozmawiajmy "jak dorośli ludzie o pieniądzach". Że przez jedenaście lat "budował ze mną firmę" i należy mu się czterdzieści procent udziałów. Miał to przygotowane. Ekspertyzę, wycenę, wszystko. Jakby czekał na odpowiedni moment, żeby to wyciągnąć.

— Powiedział, kto podpisał tę ekspertyzę? — zapytałam, choć już się domyślałam.

— Beata — odpowiedziała Irena. — Jest analitykiem finansowym najwyższej klasy, akurat "koordynowała niezależnych ekspertów". Zapytałam go wtedy, z kim jeszcze sypiała ta ekspertka. Nie odpowiedział. Tylko wzruszył ramionami i wyszedł do gościnnego pokoju spać.

Nie zdążyłam nic powiedzieć, bo w tym momencie z jej torebki, leżącej na krześle obok, odezwał się telefon. Ekran zaświecił się na blacie — zobaczyłam imię "Beata" migające wielkimi literami. Irena spojrzała na niego, potem na mnie, jakby pytała o pozwolenie, którego wcale nie potrzebowała.

— Niech pani odbierze, jeżeli to coś ważnego — powiedziałam, bo nie miałam pojęcia, co innego powiedzieć.

Odebrała, włączyła głośnik i położyła telefon na moim biurku, między aktem darowizny a uchwałą zarządu.

— Beata — powiedziała krótko.

— Ireno, musimy pogadać, zanim coś podpiszesz — usłyszałyśmy obie, ja i mój sekretarz zza uchylonych drzwi. Głos kobiecy, zdyszany, jakby dzwoniąca szła szybkim krokiem po ulicy. — Marek mówi, iż jesteś u notariusza. To nieuczciwe, robić to bez rozmowy z nami.

— Z "nami"? — powtórzyła Irena, a jej głos, do tej pory płaski jak stół, nagle nabrał ostrości. — Nie ma żadnego "nas", Beato. Jest on, jesteś ty, i jestem ja, której właśnie oboje próbujecie okraść.

— Nikt cię nie okrada. Marek pracował na tę firmę tyle lat, ja tylko wyceniłam uczciwie, zgodnie z metodologią —

— Zgodnie z metodologią spania z moim mężem przez dwa lata? — przerwała jej Irena. Głos jej się nie podniósł, ale każde słowo brzmiało, jakby uderzała nim w blat. — Trzymałaś mnie za rękę na tym fotelu ginekologicznym, Beato. Cztery razy. Przynosiłaś mi herbatę, kiedy płakałam, iż nie mogę mieć dziecka. A ty w tym czasie miałaś już jedno w drodze z moim mężem.

Cisza po drugiej stronie trwała kilka sekund. Słychać było uliczny hałas, klakson, kroki.

— Chciałam ci powiedzieć — odezwała się w końcu Beata, ciszej. — Setki razy chciałam.

— Ale nie powiedziałaś. Powiedziałaś za to Markowi, jak podbić wycenę mojej firmy, żebyście mogli z niej wyciągnąć jak najwięcej. To ci wyszło lepiej.

— Ireno, on ma prawo do —

— On ma prawo do połowy majątku wspólnego i dostanie go co do grosza, bo tak stanowi prawo — powiedziała Irena, patrząc teraz nie na telefon, tylko na mnie, jakby chciała, żebym to ja była świadkiem tego zdania. — Ale firmy mojej babci nie dostanie ani on, ani ty, ani wasza ekspertyza. Możesz to Markowi powtórzyć. A teraz, jeżeli pozwolisz, kończę u notariusza to, co powinnam była zacząć dwa lata temu.

Rozłączyła się, zanim Beata zdążyła odpowiedzieć. Telefon w jej dłoni jeszcze przez chwilę wibrował — Beata próbowała oddzwonić, raz, drugi — ale Irena odwróciła go ekranem do blatu i odsunęła na sam brzeg, poza zasięg wzroku.

W kancelarii zrobiło się bardzo cicho. choćby kaloryfer jakby przestał szumieć.

— Przepraszam — powiedziała Irena po chwili, wygładzając dłonią kartkę uchwały, jakby to ona, a nie telefon, wymagała teraz uspokojenia. — Nie planowałam tego tutaj.

— Nie musi pani przepraszać — odpowiedziałam. — Proszę dokończyć to, po co pani przyszła.

Otworzyła teczkę. W środku miała umowę spółki, statut, uchwałę zarządu i pełnomocnictwo — wszystko przygotowane wcześniej, jeszcze zanim do mnie przyszła, jakby siedziała nad tym całą noc po tamtej rozmowie z mężem. Poprosiła mnie o poświadczenie trzech rzeczy: uchwały odwołującej Marka Kowalczyka z rady doradczej firmy, do której formalnie nigdy nie powinien był należeć jako sam mąż udziałowca; zmiany pełnomocnictw do rachunków firmowych w banku PKO przy placu Rapackiego, gdzie miał dotąd wgląd jako "konsultant"; oraz aktu darowizny — pięciu procent udziałów, tych samych, które kiedyś, w lepszych czasach, planowała zapisać przyszłemu dziecku — na rzecz fundacji wspierającej kobiety po nieudanych cyklach in vitro w Toruniu i Bydgoszczy.

— On dostanie czterdzieści procent, jak mu obiecywał sobie razem z Beatą? — spytała retorycznie, podpisując ostatnią stronę wiecznym piórem, które musiało kosztować więcej niż mój miesięczny czynsz za lokal. Ręka jej lekko drżała, ale litery wyszły równe. — Dostanie to, co mu się prawnie należy z majątku wspólnego, bo tego nie da się obejść. Ale firmy, którą zbudowała moja babcia, nie dostanie. I nie dostanie stanowiska, na które nigdy nie powinien mieć wstępu.

Zapytałam — bo w tej robocie czasem trzeba, żeby dokument miał sens — czy zna dokładną kwotę, jaką będzie musiała mu wypłacić z podziału majątku.

— Sto dziewięćdziesiąt tysięcy złotych — powiedziała bez wahania. — Tyle wynosi jego połowa tego, co zgromadziliśmy przez jedenaście lat małżeństwa poza spółką. Zapłacę. Co do grosza. Żeby nigdy więcej nie mieć z nim nic wspólnego.

Kiedy skończyłyśmy, spakowała dokumenty z powrotem do teczki — te same ruchy, ta sama staranność co na początku, jakby układała cegły pod coś, co dopiero zacznie budować. Przy drzwiach zatrzymała się na chwilę, poprawiła szalik, jeszcze raz zerknęła na telefon leżący teraz na wierzchu teczki, ekranem do dołu.

— Pewnie zadzwoni jeszcze ze dwadzieścia razy do wieczora — powiedziała, bardziej do siebie niż do mnie. — Niech dzwoni.

Wyszła w mrok listopadowego popołudnia, do samochodu zaparkowanego przy Rynku, a ja zamknęłam za nią teczkę z aktami i włączyłam czajnik na drugą herbatę tego dnia, bo mój ostatni klient już stał w progu, spóźniony o dziesięć minut i pachnący papierosami.

Idź do oryginalnego materiału