Dzwonek nad barem U Grażyny zabrzmiał tak samo jak zawsze o siódmej rano — metalicznie, zmęczony — ale coś w tym dźwięku sprawiło, iż Iga Sowińska zamarła z dzbankiem w ręku. Kawa lała się dalej, przelała przez brzeg kubka, kapała na blat. Grażyna krzyknęła coś od kasy, ale Iga już jej nie słyszała. Trzy miesiące pod imieniem Marta Lis trzymały ją przy życiu. Trzy miesiące fałszywego numeru PESEL od faceta w Radomiu, który wziął za to sześćset złotych i nie zadawał pytań.
W barze pachniało przypalonym olejem i tanią kawą rozpuszczalną, którą Grażyna kupowała hurtowo w Biedronce. Za oknem, w Łodzi, wrzesień jeszcze trzymał ciepło, choć na Piotrkowskiej ludzie już nosili kurtki. Dwóch elektryków ze wschodu miasta jadło jajecznicę przy ladzie. Emerytka przy oknie skreślała liczby na kuponie Lotto, mrucząc coś pod nosem o cudzie. Nikt tutaj nie znał Igi Sowińskiej. Oprócz mężczyzny, który właśnie wszedł.
Damian Radecki miał na sobie granatowy płaszcz, za ciepły jak na tę pogodę, i tę samą postawę, którą pamiętała sprzed trzech miesięcy — plecy proste, jakby ktoś zawsze go obserwował, choćby gdy nikt nie patrzył. Włosy krótsze niż wtedy, siwizna na skroniach, której wcześniej nie było. Wyglądał na wypoczętego, ułożonego. Tylko oczy go zdradzały — patrzył na nią z taką ciszą, jaką ma człowiek, który w końcu znalazł coś, co przez trzy miesiące uparcie uznawał za stracone.
Iga zapomniała, jak się oddycha.
Zrobił krok. Potem drugi. Instynkt przetrwania wrócił w ostatniej chwili — kuchnia miała wyjście na zaplecze, dalej podwórko, dalej ulica Kilińskiego i przystanek tramwajowy trzysta metrów dalej. Liczyła trasy ucieczki automatycznie, bo od dziewięćdziesięciu siedmiu dni robiła to w każdym pomieszczeniu, do którego wchodziła.
Zatrzymał się przy stoliku numer cztery.
— Cześć, Iga.
Usłyszeć własne imię zabolało jak cios.
Grażyna podniosła głowę znad kasy.
— Marta, znasz go?
Iga otworzyła usta, ale nic z nich nie wyszło. Damian spojrzał na plastikową plakietkę przypiętą do jej fartucha.
— Marta — powiedział cicho. — Lepsze niż Ewelina. Zofia też mi nie leżała.
Krew odpłynęła jej z twarzy. Wiedział. Każde imię. Każdą próbę. Każde miasto — Radom, Kielce, teraz Łódź.
Cofnęła się i uderzyła plecami o ladę. Widelec spadł na podłogę z brzękiem.
— Nie tutaj — wyszeptała.
— Ty wybrałaś to miejsce.
— Proszę.
To słowo coś w nim zmieniło. Szczęka mu drgnęła, i przez pół sekundy pod tą wypolerowaną maską przebiło zmęczenie, którego nigdy wcześniej u niego nie widziała. Potem zniknęło.
— Bierz kurtkę.
Grażyna patrzyła to na jedno, to na drugie.
— Marta, wszystko gra?
Damian odwrócił głowę w jej stronę. Nie groził. Nie podniósł głosu. Po prostu na nią spojrzał, i troska Grażyny zmieniła się w ostrożność. Iga znienawidziła siebie za to, iż rozumiała, dlaczego tak się stało. Władza nie zawsze potrzebuje krzyku.
— Nic mi nie jest — skłamała.
Zdjęła fartuch trzęsącymi się palcami, wzięła kurtkę z wieszaka przy kuchni. Dłoń sama powędrowała jej do brzucha, zanim zapięła zamek. Damian to zauważył. Oczy mu się zwęziły. Cofnęła rękę, ale było już za późno.
Wyszli na Piotrkowską. Ranny ruch pełzł przez centrum, klaksony odbijały się od kamienic. Ludzie z kubkami kawy z Żabki szli w stronę pętli tramwajowej. Jakaś kobieta pchała wózek. Zwykłe życie toczyło się półtora metra od niej, podczas gdy jej własne się rozpadało.
Przy krawężniku czekało czarne audi.
— Nie wsiądę.
Odwrócił się. Trzy miesiące temu kochała tę twarz. Właśnie to przerażało ją najbardziej.
— Zniknęłaś, nikomu nic nie mówiąc — powiedział. — Opróżniłaś mieszkanie w Bałutach. Zostawiłaś konto w mBanku. Zostawiłaś telefon w koszu na śmieci na dworcu Łódź Fabryczna i od tamtej pory płaciłaś gotówką.
Milczała.
— Sprawdzałem kostnice.
Te słowa ją zatrzymały.
— Sprawdzałem izby przyjęć. Noclegownie. Zgłoszenia na policji. Dworce. Lotniska. Każdy monitoring, do którego miałem dostęp legalnie, i kilka, do których nie miałem. — Głos miał spokojny. — Przez dwanaście dni, Iga, byłem pewien, iż ktoś cię zabrał przeze mnie.
— Miałam powód.
— Na pewno sobie to wmówiłaś.
Złość przebiła się przez strach.
— Słyszałam cię.
To go zatrzymało.
— Słyszałam, co mówiłeś o Kubie.
Wyraz jego twarzy się zmienił. Nie wina. Rozpoznanie.
— Powiedziałeś, iż stanowi zagrożenie — ciągnęła. — Powiedziałeś, iż zagrożenia się usuwa. Kazałeś komuś zadbać, żeby Kuba już nigdy nie sprawiał kłopotów.
— I z tego wywnioskowałaś co?
— Że go zabijesz.
Damian patrzył na nią długo.
— Uważałaś, iż zabiłem Kubę Wieczorka?
— Uważałam, iż zamierzasz to zrobić.
— A potem?
Odwróciła wzrok.
— A potem co, Iga?
— Dowiedziałam się, iż jestem w ciąży.
Po raz pierwszy, odkąd wszedł do baru, Damian Radecki znieruchomiał całkowicie. Ruch za nim się nie zatrzymywał. Tramwaj zaskrzypiał na zakręcie. Ktoś zaśmiał się po drugiej stronie ulicy. Patrzył na jej twarz, potem powoli opuścił wzrok na kształt pod zbyt dużą kurtką.
— Nie.
Cofnęła się. Podniósł oczy.
— Który miesiąc?
Nie odpowiedziała.
— Który miesiąc, Iga?
— Damian…
— Który. Miesiąc.
— Szesnasty tydzień.
Te słowa go zmieniły. Oparł dłoń o dach samochodu, jakby nagle potrzebował czegoś twardego pod ręką. Nigdy wcześniej nie widziała, żeby Damian tracił równowagę — fizyczną, emocjonalną, w żadnej sprawie. Teraz po prostu wpatrywał się w jej brzuch.
— Wiedziałaś, zanim wyjechałaś.
— Tak.
— Od jak dawna?
— Od sześciu dni.
Zamknął oczy. Cisza trwała trzy sekundy, może cztery. Kiedy je otworzył, była w nich złość. Ale pod złością coś gorszego. Ból.
— Pozwoliłaś mi przez trzy miesiące myśleć, iż możesz nie żyć, a nosiłaś moje dziecko.
— Myślałam, iż jak zostanę, to mnie zabiją.
— Ja miałbym cię zabić?
— Tak.
Przeszedł kilka kroków, przeciągnął dłonią po ustach. Spodziewała się wściekłości. Gróźb. Tej zimnej przemocy, jaką sobie wyobrażała w bezsenne noce w mieszkaniu przy Kilińskiego. Nie spodziewała się, iż będzie wyglądał na zranionego.
— Bałam się — powiedziała.
— Ja też.
Odpowiedź przyszła natychmiast. Spojrzał na nią ponownie.
— Chcesz wiedzieć, co teraz robi Kuba Wieczorek?
Zmarszczyła brwi.
— Jest w Warszawie.
Wstrzymała oddech.
— Żywy — powiedział Damian. — Bardzo żywy. Prowadzi nielegalny bukmacherski interes na Pradze, oszukuje dwóch lichwiarzy z Ursusa i sypia z zamężną barmanką, której mąż ma broń i cierpliwość na wyczerpaniu.
— To niemożliwe.
— Mam zdjęcia.
Pokręciła głową.
— Słyszałam cię.
— Słyszałaś połowę rozmowy.
Podszedł bliżej.
— Nie kazałem zabić Kuby. Kazałem go usunąć z twojego życia, bo cię wykorzystywał.
Żołądek jej się ścisnął.
— Wykorzystywał mnie do czego?
Twarz Damiana stała się nieodgadniona.
— Do zbierania informacji o mnie.
Wpatrywała się w niego.
— Nie.
— Poznał cię, zanim spotkałaś mnie. To nie był przypadek.
— Nie.
— Iga…
— Przestań.
Odsunęła się tak szybko, iż plecami uderzyła o ścianę baru. Damian zatrzymał się natychmiast. Reakcja była subtelna, ale ją zauważyła. Widział jej strach. I to mu przeszkadzało.
— Kłamiesz — szepnęła.
— Chciałbym.
Sięgnął powoli do wewnętrznej kieszeni płaszcza, dając jej czas, żeby zobaczyła ten ruch, i wyjął telefon. Zdjęcie wypełniło ekran. Kuba, przed hotelem Bristol, obok mężczyzny, którego rozpoznała z gazet jako człowieka związanego z grupą z Wołomina. Kolejne zdjęcie: Kuba odbiera kopertę. Kolejne: Kuba w jej starym mieszkaniu, fotografuje coś na stole kuchennym, gdy jej nie ma.
Kolana jej zmiękły.
— Dlaczego mi nie powiedziałeś?
— Bo myślałem, iż chronię cię, załatwiając zagrożenie, zanim do ciebie dotrze.
Opuścił telefon.
— Myliłem się.
To przyznanie zaskoczyło ją bardziej niż zdjęcia. Objęła się mocniej kurtką.
— To pozwól mi odejść.
Spojrzenie Damiana znów zjechało na jej brzuch.
— Nie.
Odpowiedź przyszła bez namysłu. Złość zalała ją falą.
— Nie jestem twoja.
— Nie.
— To się odsuń.
— Jedziesz ze mną.
— To brzmi bardzo jak posiadanie.
Damian odetchnął jednym, odmierzonym oddechem.
— Są rzeczy, o których nie wiesz.
— To powiedz mi.
— Nie na chodniku.
— Powiedz mi teraz.
Rzucił krótkie spojrzenie w stronę okien baru, kamienic wokół, przejeżdżających samochodów. Potem znów na nią.
— Ktoś obserwuje miejsca związane z tobą.
Złość Igi się zachwiała.
— Co?
— Twoje stare mieszkanie. Adres twojej matki w Sieradzu. Galerię, w której pracowałaś, kiedy się poznaliśmy.
Wpatrywała się w niego.
— To nie byłeś ty?
Damian niemal się uśmiechnął, ale bez cienia rozbawienia.
— Nie muszę obserwować miejsc, kiedy już znalazłem osobę.
Dreszcz przeszedł jej po plecach.
— Kto?
— Właśnie to próbuję ustalić.
Drzwi audi się otworzyły. Wyciągnął rękę.
Spojrzała na nią.
— Bez gróźb? — spytała z goryczą. — Bez „wsiadaj, bo inaczej"?
Twarz mu stwardniała.
— Wyobrażałem sobie ten moment każdej nocy przez dziewięćdziesiąt siedem dni. W większości wersji na ciebie krzyczałem.
— A w tej?
— W tej pamiętam, iż jesteś w ciąży.
Zniżył głos.
— Wsiadaj do samochodu, Iga. Niech lekarz cię zbada. Pokażę ci, co wiem. Potem sama zdecydujesz, w co wierzysz.
Spojrzała w stronę zatłoczonego chodnika. Wolność była trzy metry stąd. Niepewność też.
Dłoń powędrowała jej do brzucha, gdy dziecko poruszyło się delikatnie. Damian to zauważył. Coś zaciętego pojawiło się w jego oczach.
— Uciekłaś, bo myślałaś, iż cię ścigam — powiedział.
Spojrzała na niego.
— Nie ścigałem.
Kolejne słowa ochłodziły poranek.
— Ale ktoś inny tak.
Przestała oddychać.
Damian trzymał otwarte drzwi.
— I dopóki nie dowiem się, kto to jest, ty i dziecko zostajecie tam, gdzie mogę was chronić.
Iga uniosła podbródek.
— Nie jestem twoja.
Damian utrzymał jej spojrzenie. Z jego głosu zniknęła granica między strachem a desperacją.
— Ty i dziecko jesteście moi do ochrony.
Zesztywniała.
— Wybieraj słowa ostrożnie.
Damian patrzył na nią długo. Potem się poprawił.
— Nie moi na własność.
Przyznanie przyszło powoli.
— Moi do stracenia.
Iga popatrzyła na mężczyznę, od którego uciekła, mężczyznę, którego kochała, i mężczyznę, któremu wciąż nie ufała. Potem wsiadła do audi.
Drzwi się zamknęły. Damian usiadł obok niej. Kiedy samochód ruszał spod baru, jego telefon zawibrował. Spojrzał na ekran. Z jego twarzy zniknął cały wyraz.
— Co? — spytała Iga.
Nie odpowiedział. Sięgnęła po telefon. Złapał ją za rękę. Za późno. Zdążyła zobaczyć zdjęcie.
Ziarnisty kadr z monitoringu, datowany na dwa dni przed jej ucieczką. Kobieta stojąca przed jednym z magazynów Damiana przy Konstantynowskiej. Ciemne włosy. Ten sam wzrost. Ten sam płaszcz, jaki miała Iga. Ta sama twarz.
Jej twarz.
Iga wpatrywała się w zdjęcie.
— To niemożliwe.
Głos Damiana był ledwie słyszalny.
— Wiem.
***
Klinika mieściła się przy Kopcińskiego, prywatna, dyskretna, z parkingiem otoczonym żywopłotem, żeby dziennikarze i wspólnicy nie widzieli, kto wchodzi. Lekarka — kobieta po pięćdziesiątce z okularami na łańcuszku — potwierdziła to, co Iga już wiedziała: dziecko zdrowe, serce bije równo, wszystko w porządku. Damian stał przy drzwiach gabinetu przez całe badanie, nie odezwał się słowem, ale Iga widziała, jak zaciska pięść na klamce, gdy usłyszał bicie serca na monitorze.
Później, w gabinecie na piętrze wynajmowanego biurowca przy Piotrkowskiej — nie w jego mieszkaniu, na wyraźną prośbę Igi — rozłożył na stole wszystko: zdjęcia, wydruki połączeń, mapę z zaznaczonymi punktami. Kuba Wieczorek, teczka gruba na dwa palce. I druga teczka, cieńsza, z jednym zdjęciem powiększonym do granic ostrości.
— Nazywa się Renata Wieczorek — powiedział Damian. — Siostra Kuby.
Iga poczuła, jak żołądek jej się ścisnął.
— Nigdy o niej nie słyszałam.
— Bo Kuba nigdy jej nie wspominał. Pracowała jako charakteryzatorka w teatrze w Warszawie, zanim zniknęła z rejestrów trzy lata temu. — Damian przesunął zdjęcie bliżej. — Fizycznie podobna do ciebie. Wzrost, budowa, kolor włosów. Wystarczy peruka i odpowiedni płaszcz, żeby na monitoringu z złej rozdzielczości przejść za ciebie.
— Po co miałaby to robić?
— Żeby wrobić cię w kontakt z moim magazynem. Żeby dać komuś powód, by uznał, iż współpracujesz z Kubą przeciwko mnie. — Damian mówił to spokojnie, ale ręka, którą przesuwał zdjęcia po stole, drżała ledwie zauważalnie. — Gdybyś wtedy nie uciekła, ten materiał trafiłby do moich wspólników. Do ludzi, którzy nie zadają pytań, zanim wyciągną wnioski.
Iga usiadła. Nogi jej ciążyły.
— Więc uciekając…
— Uratowałaś się przypadkiem. Nie dlatego, iż przewidziałaś to, co się działo. Bo zniknęłaś, zanim ten materiał zdążył zadziałać.
Trzy dni później znaleźli Renatę w wynajętym pokoju przy ulicy Wólczańskiej, płacącą gotówką, bez meldunku. Nie było przemocy — Damian przyszedł z dwoma ludźmi, ale to Iga nalegała, żeby wejść razem z nimi, żeby zobaczyć twarz kobiety, która nosiła jej rysy przez dwa tygodnie nagrań.
Renata nie zaprzeczała. Siedziała na brzegu łóżka w wynajętym pokoju, papierosy, kawa w kubku po serku, i mówiła bez emocji, jakby recytowała cudzy scenariusz.
— Kuba obiecał mi pięćdziesiąt tysięcy. Powiedział, iż to nikomu nie zaszkodzi, iż tylko trzeba, żeby jego ludzie uwierzyli, iż masz z nim kontakt. Że to go ochroni.
— Przed czym? — spytała Iga.
— Przed nim. — Renata skinęła głową w stronę Damiana, nie patrząc mu w oczy. — Kuba był winien pieniądze paru osobom. Myślał, iż jak zrobi z ciebie jego wspólniczkę w oczach Radeckiego, to kupi sobie czas. Że Radecki się zawaha, zanim każe go załatwić, bo będzie musiał najpierw rozgryźć, co ty z tym masz wspólnego.
Damian milczał, ale Iga widziała, jak jego twarz twardnieje w coś, co przypominało jej te pierwsze sekundy w barze — kontrolę, która kosztowała więcej, niż pokazywała.
— Gdzie jest teraz Kuba? — spytał w końcu.
— Nie wiem. Zniknął, jak wyjechałaś — Renata spojrzała na Igę. — Chyba się bał, iż to na nic, skoro cię nie było. Że plan się posypał.
***
Wrócili do mieszkania Damiana przy Wólczańskiej dopiero pod wieczór. Za oknem paliły się neony starych fabryk przerobionych na lofty, a w radiu w kuchni ktoś zapomniał wyłączyć stację z wiadomościami — spiker mówił coś o remoncie torowiska na Piotrkowskiej, zwyczajne, nieistotne zdania, które w tym dniu brzmiały jak z innego świata.
Iga usiadła przy stole, dłonią odruchowo gładząc brzuch. Damian postawił przed nią herbatę, której nie prosiła, i usiadł naprzeciwko, po raz pierwszy tego dnia bez telefonu w ręku.
— Kuba przez cały czas tam jest — powiedziała. — Gdzieś. Z długami i planem, który się nie udał.
— Znajdę go.
— Wiem.
Milczeli chwilę. W dole, na ulicy, przejechał tramwaj, szyny zaskrzypiały na zakręcie przy skrzyżowaniu.
— Nie wrócę do ciebie tak po prostu — powiedziała Iga. — Bo mnie znalazłeś i bo się okazało, iż się myliłam co do Kuby. To nie znaczy, iż zapominam, jak się czułam przez te trzy miesiące. Że budziłam się w obcych mieszkaniach z sercem w gardle, bo skrzypnęła podłoga.
— Nie proszę, żebyś zapomniała.
— To o co prosisz?
Damian oparł łokcie na stole, splótł palce.
— Żebyś została, dopóki dziecko się nie urodzi. Bezpiecznie. A potem — decydujesz sama. Zostajesz albo wychodzisz drzwiami, których nikt nie zamknie.
Iga patrzyła na niego długo. Potem sięgnęła do torebki, wyjęła telefon i otworzyła aplikację banku — ten sam mBank, którego konto zostawiła otwarte trzy miesiące temu, z resztką dwustu złotych, którą teraz uzupełniła przelewem od Damiana na pięćdziesiąt tysięcy, przekazanym bez pytania, gdy tylko wsiadła do audi rano.
Odesłała pieniądze z powrotem. Całość, co do złotówki.
— Zostanę, dopóki dziecko się nie urodzi — powiedziała. — Ale to ja płacę za swoje mieszkanie od jutra. Wynajmę coś blisko, nie u ciebie. I chcę mieć swój klucz do drzwi, które sama zamknę, jeżeli będę tego chciała.
Damian patrzył na ekran telefonu, na zwrócony przelew, potem na nią. Nic nie powiedział. Tylko skinął głową — jeden ruch, bez słów — i po raz pierwszy od trzech miesięcy Iga poczuła, iż oddycha pełną piersią.











