Wczoraj – Gdzie stawiasz tę salaterkę? Przecież zasłaniasz dostęp do wędlin! Przesuń kieliszki, zaraz przyjdzie Olek, a on lubi mieć przestrzeń do machania rękoma podczas rozmowy. Wiktor nerwowo przestawiał kryształy na stole, omal nie strącając widelców. Halina westchnęła ciężko, wycierając ręce o fartuch. Stoi przy kuchni od rana, nogi jej dudnią jak z ołowiu, plecy bolą jak zawsze, tuż pod łopatkami. Ale nie ma czasu w narzekania. Dziś do nich przyjeżdża „gwiazdorski gość” – młodszy brat męża, Olek. – Wicek, uspokój się – poprosiła, starając się, by głos brzmiał spokojnie. – Stół jest idealnie nakryty. Powiedz lepiej, kupiłeś chleb razowy? Olek ostatnio narzekał, iż mamy tylko biały, bo on przecież „dba o linię”. – Kupiłem, Borodziej, z kminkiem, jak lubi – Wiktor pognał do chlebaka. – Halinko, a mięso? Na pewno jest gotowe? Wiesz, on zna się na jedzeniu, po restauracjach chodzi, kotletami go nie zaskoczysz. Halina zacisnęła usta. Oczywiście, iż wie. Olek – czterdziestoletni kawaler, nazywający siebie „wolnym artystą”, a w praktyce wciąż żyjący z dorywczych fuch i wsparcia wiekowej mamy – uznaje się za wybitnego smakosza. Każda jego wizyta to dla Haliny egzamin, który zawsze z góry uważa za przegrany. – Upiekłam karczek w miodowo-musztardowej glazurze – wymieniła. – Świeże mięso, prosto z targu, siedem dych za kilo. jeżeli mu choćby to nie podejdzie, umywam ręce. – Nie dramatyzuj – krzywi się Wiktor. – Brat pół roku nie był, tęsknił. Chce posiedzieć rodzinnie. Postaraj się, dobra? Teraz ma trudny moment, szuka siebie. „Szukania pieniędzy, nie siebie”, pomyślała Halina, ale nic nie powiedziała. Wiktor ubóstwiał młodszego brata, uważał go za niedostrzeżonego geniusza i obrażał się za każde krzywe słowo pod jego adresem. Dzwonek zabrzmiał punkt siódma. Halina gwałtownie zdjęła fartuch, poprawiła fryzurę w lustrze i przywdziała swoją „dyżurną” uprzejmość. Wiktor już otwierał drzwi, promienny jak wypolerowany samowar. – Olek! Bracie! Nareszcie! W drzwiach stanął Olek. Wyglądał, o dziwo, stylowo: modne rozpięte palto, szalik rzucony z nonszalancją na ramię, lekki zarost dla podkreślenia męskiej ostrości. Ramiona rozłożył szeroko, pozwalając Wiktorowi się uściskać, sam tylko poklepał go po plecach. Halina rzuciła okiem na jego dłonie. Puste. Ani siatki, ani pudełka z ciastem, choćby biednego goździka. Przyszedł w gości po półrocznej nieobecności, do stołu zastawionego przysmakami, z absolutnie pustymi rękami. choćby dzieciom, które szczęśliwie dziś są u babci, nie zostawił ani czekoladki. – Witam, Halina – skinął jej głową, wchodząc do mieszkania i zamiast rozbierać buty, oglądał przedpokój. – Tapety wymienialiście? Kolor jakiś taki… szpitalny. Ale jeżeli wam się podoba… – Dzień dobry, Olek – powitała chłodno. – Myj ręce. Tu kapcie, nowe. – Swoje nie wziąłem, a od cudzych można grzyba złapać – machnął ręką. – Chodzę w skarpetach. Mam nadzieję, iż podłoga czysta? Halina poczuła, jak narasta w niej irytacja. Myła podłogę dwa razy, specjalnie na tę okazję. – Czysta, Olek. Zapraszam do stołu. Zasiedli w salonie. Stół rzeczywiście wyglądał świątecznie: śnieżnobiały obrus, eleganckie serwetki, trzy rodzaje sałat, mięsna i serowa deska, czerwona ikra, marynowane grzybki, które Halina sama zamykała jesienią. Na środku parowało gorące danie. Olek rozsiadł się wygodnie i spojrzał z góry na biesiadę. Wiktor krzątał się z butelką koniaku, kupioną specjalnie dla brata – drogi, pięcioletni. – To za spotkanie! – ogłosił Wiktor, rozlewając trunek. Olek wziął kieliszek, pokręcił nim, podniósł pod światło, powąchał. – Armeński? – skrzywił się. – Hm. Ja adekwatnie wolę francuski, ma subtelniejszy bukiet. Ten wali spirytusem. Ale dobra, darowanemu koniowi… Wypił duszkiem, bez namysłu, i od razu sięgnął widelcem po najdroższy kąsek wędliny. – Poczęstuj się, Olek – podsunęła Halina sałatkę. – Tu sałatka z krewetkami i awokado, nowy przepis. Gość wyłowił krewetkę, podniósł do oczu jak jubiler oglądający diament. – Krewetki były mrożone? – zadał pytanie, jakby wyrok. – Oczywiście, przecież nie mieszkamy nad morzem – zdziwiła się Halina. – W sklepie, królewskie. – Guma – ocenił Olek, odrzucając krewetkę do sałatki. – Halina, przegotowałaś je. Krewetkę się wrzuca na dwie minuty do wrzątku. A tu włókna twarde. Awokado niedojrzałe. Chrupie. Wiktor zamarł z łyżką w pół gestu. – Daj spokój, Olek, dobre jest! Próbowałem, wyszło świetnie. – Wicek, trzeba mieć smak – pouczył brat. – jeżeli całe życie jesz podróbki, nie poznasz prawdziwej kuchni. Byłem tydzień temu na otwarciu nowej restauracji, serwowali ceviche z przegrzebków. To była tekstura! A tu… Majonez domowy? Halinę zalał rumieniec wstydu. Majonez sklepowy „Kielecki”. Nie miała czasu w ubijanie jajek z olejem. – Sklepowy – odpowiedziała krótko. – Słabo – westchnął Olek z miną, jakby usłyszał wyrok śmierci. – Ocet, konserwanty, skrobia. Czysta trucizna. Daj mięso. Może chociaż to nie zepsuliście. Halina bez słowa nałożyła mu sporą porcję aromatycznego karczku, polała sosem, dodała pieczone ziemniaki z rozmarynem. Zapach aż ślinka ciekła. Ale Olek nie był zwykłym człowiekiem, był „koneserem”. Odciął kawałek, żuł długo, patrząc w sufit. Halina i Wiktor czekali jak na orzeczenie sędziego. Wiktor z nadzieją, Halina – z rosnącą złością. – Sucho – orzekł Olek. – A sos… miód zabija wszystko, za słodko. Mięso ma być mięsem, Halina. A nie deserem. Powinnaś je marynować dłużej. W kivi albo wodzie mineralnej. Włókna sztywne. – Marynowałam całą noc, w musztardzie i przyprawach – wymamrotała Halina. – Wszyscy zawsze chwalili. – „Wszyscy” to szerokie pojęcie. Twoim koleżankom może smakuje, one poza marchewką nic nie jadły. Ja mówię obiektywnie. Z głodu zjem, ale przyjemności brak. Odsunął talerz z porcją za trzy dychy i sięgnął po grzyby. – Grzyby chociaż swoje? Nie chińskie z puszki? – Nasze, sami zbieraliśmy, sami soliliśmy – syknęła Halina. Olek spróbował, skrzywił się. – Ocet za mocny. Żołądek ci wypali. I za słone. Halina, pewnie się zakochałaś, skoro tak solisz? – zażartował sam z siebie, zadowolony. – Wicek, uważaj na ciśnienie, z taką dietą daleko nie zajdziesz. Wiktor nerwowo parsknął, próbując złagodzić napięcie. – Daj spokój, Olek, dobre grzyby. Pod wódkę w sam raz. Lej jeszcze! Napili się. Olek się zarumienił, rozwiązał szalik, ale palta nie zdjęł, pokazując, iż jest tu przejazdem, iż robi łaskę. – Ikra lepsza nie było? – zapytał, grzebiąc w kanapce. – Ta drobna, pełno skórek. Z wyprzedaży? – Olek, to ikra z łososia, sześć stów za kilo. Specjalnie dla ciebie kupiliśmy, słoiczek. Sami nie jemy, oszczędzamy – nie wytrzymała Halina. Głos jej zadrżał. – Oszczędzanie na jedzeniu to najgorsza rzecz – filozofował Olek, wcinając kolejną „złą” kanapkę. – Jesteśmy tym, co jemy. Ja nigdy nie kupię taniej kiełbasy. Wolę być głodny. A wy… upychacie lodówkę promocjami, a potem narzekacie, iż sił nie macie i twarz szara. Halina spojrzała na męża. Wiktor wbijał wzrok w talerz, z zapałem żuł mięso, udając, iż nic się nie dzieje. Jego milczenie boli ją bardziej niż słowa Olka. Znowu ucieka od konfliktu, „dla braciszka”. – Wicek – zwróciła się do męża – też uważasz, iż mięso wyszło suche? Wiktor się zakrztusił. – E… nie, Haluś, smaczne. Bardzo smaczne. Ale Olek się zna, ma bardziej wyrafinowany smak… – Ach, wyrafinowany – Halina odłożyła widelec z hukiem. – To ja mam smak toporny, ręce krzywe i gotuję truciznę. – Halinka, nie rób scen – skrzywił się Olek. – Mówię tylko konstruktywnie. Żebyś się rozwijała. Powinnaś podziękować. Wicek wszystko zje i pochwali, to się rozleniwiłaś. Kobieta powinna się doskonalić. – Podziękować? – powtórzyła Halina. – Ty chcesz, żebym podziękowała? Wstała od stołu. Krzesło zgrzytnęło jak wystrzał. – Halina, gdzie idziesz? – przestraszył się Wiktor. – Jeszcze porządnie nie posiedzieliśmy! – Zaraz wracam – powiedziała dziwnym głosem. – Przyniosę deser. Olek lubi słodkie. Poszła do kuchni. Tam na blacie czekał jej popisowy „Napoleon”, pieczony wczoraj do drugiej w nocy. Dwanaście cienkich warstw, krem z prawdziwych żółtek, wanilia… Patrzyła na tort i na próżny kosz. Ręce jej drżały. Odkładana latami uraza wybuchła, zalewając rozsądek. Ile razy ten człowiek jadł za nic, pił, pożyczał pieniądze i nie oddawał? Ile razy krytykował jej mieszkanie, ubrania, dzieci? I Wiktor – zawsze cicho, zawsze usprawiedliwia. „Artysta jest, wrażliwy”. A ona, Halina, to co, ze stali? Nie tknęła tortu. Chwyciła duży półmisek i wróciła do pokoju. – To już deser? – ożywił się Olek, wyciągając szyję. – Oby nie jakiś marketowy rogal! Halina spokojnie zaczęła zbierać talerze. Najpierw mięso. Potem „gumowe” krewetki. Potem deska. – Ej, co robisz? – nie rozumiał Olek, gdy talerz z kanapkami odpłynął spod jego nosa. – Przecież jeszcze nie skończyłem! – Po co masz jeść? – zdziwiła się Halina, patrząc mu w oczy. – Przecież to wszystko niejadalne. Mięso suche, sałatki z majonezową trucizną, krewetki guma, ikra słaba. Nie pozwolę gościowi się tym truć. Nie jestem twoim wrogiem. Wiktor zerwał się. – Halina! Przestań! Co to za teatr?! Odstaw jedzenie na stół! Przeproś! Halina postawiła półmisek na blacie i zwróciła się do męża. W oczach zero łez, tylko chłód. – Ja cię kompromituję? A ty, jak siedziałeś cicho, gdy mnie poniżał, to nie czułeś wstydu? Jesteś facet czy ciapa, Wicek? Wpieprzył ikrę za stówę w pięć minut i powiedział, iż kiepska. Ty mi taką ikrę kiedyś kupiłeś bez okazji? Nie. Wszystko co najlepsze – dla gości. A gość się śmieje w twarz. – To mój brat! Moja rodzina! – A ja jestem twoja żona. Dziesięć lat ci piorę, gotuję, sprzątam. Wczoraj po pracy pół nocy przy garach! Po co? Żeby usłyszeć, iż mam dwie lewe ręce? jeżeli jeszcze raz mnie obwinisz, ten tort założę ci na głowę. Nie żartuję! Wiktor cofnął się. Nigdy nie widział żony takiej. Halina zawsze była miękka, ustępliwa, „wygodna”. Teraz stała przed nim rozszalała furia. Olek zagląda do kuchni, wyraźnie zbity z tropu. – No wiecie… – zaczął – Nie widziałem takiego „gościnności”. Przychodzę z sercem, a tu chlebem wytykają? – Przychodzisz z sercem? – parsknęła Halina. – A gdzie to serce? W pustych rękach? Choć raz przyniosłeś coś – paczkę herbaty? Ty przychodzisz tylko jeść i krytykować. – Ja… jestem bez grosza! Mam chwilowe problemy! – Masz chwilowe od dwudziestu lat. Palto nowe, szalik markowy. Na prezentacje chodzisz. A od brata pięć stów pożyczyć i nie oddać – to już święte prawo. – Halina, przestań! Nie wypominaj cudzych pieniędzy! – To nie cudze, to nasze! Nasze rodzinne, które odkładamy kosztem dzieci, żeby wykarmić tego… smakosza! Olek złapał się teatralnie za serce. – Koniec! Dłużej tu nie wytrzymam. Wicek, nie sądziłem, iż się ożenisz z taką zrzędą. Nigdy więcej tu nie zajrzę! Odwrócił się na pięcie do przedpokoju. Wiktor poleciał za nim. – Olek, poczekaj! Nie słuchaj jej, pewnie PMS albo po pracy zmęczona! Zaraz się uspokoi! – Nie, bracie – ton Olka był dramatyczny, zakładał już buty na skarpetki. – Tego się nie wybacza. Wychodzę. Nie dzwoń, póki nie przeprosi. Drzwi trzasnęły. Wiktor stał w przedpokoju, patrzył na zamknięte drzwi jak na utracony raj. Potem powlókł się do kuchni, gdzie Halina spokojnie przekładała mięso do pudełek. – Zadowolona? – wymamrotał. – Skłóciłaś mnie z bratem. – Pozbyłam się darmozjada – odparła. – Siadaj, jedz. Mięso jeszcze ciepłe. Czy też za suche? Wiktor usiadł przy stole, objął głowę rękami. – Jak mogłaś! To gość… – Gość powinien się zachowywać jak gość, nie jak sanepid. Posłuchaj mnie, Wicek. Nigdy już więcej, nigdy nie będę dla niego szykować. Chcesz się z nim widywać – rób to poza domem, w kawiarni. Za swoje. Moich pieniędzy ani mojej pracy na niego nie tracę. – Stałaś się okrutna – szepnął. – Stałam się sprawiedliwa. Jedz. Albo mam zabrać? Wiktor spojrzał na soczysty karczek. Żołądek zdradziecko zabulgotał. Był głodny, aromat mięsa nie dawał spokoju. Z trudem sięgnął po widelec. Ukroił kawałek. Spróbował. Mięso rozpływało się w ustach. Słodko-gorczycowy sos, mięciutki karczek – pycha. – I jak? – zapytała Halina, patrząc czujnie. – Bardzo smaczne – szepnął. – Naprawdę dobre, Halinko. – No widzisz. A twój brat to zwykły zazdrosny nieudacznik, ubliża innym żeby się dowartościować. Zrozum to w końcu. Wiktor jadł i myślał. Po raz pierwszy pojawiła się w nim myśl, iż żona może mieć rację. Przypomniał sobie puste ręce Olka. Pogardliwy ton. Niezręczne uczucie, gdy brat wyśmiewał jedzenie. – A tort? – zapytał nagle. – Zjemy tort? Halina uśmiechnęła się szczerze, pierwszy raz tego wieczoru. – Zjemy. Zrobimy herbatę, z tymiankiem – jak lubisz. Pokroiła „Napoleona”, wspaniałego, pięknego. Siedzieli sami w kuchni, jedli tort, popijali herbatę, napięcie powoli znikało. – Wiesz – powiedział Wiktor, zjadając drugi kawałek – choćby mamie na urodziny nic nie dał. Powiedział, iż „on sam to prezent”. – No widzisz, zaczynasz przejrzeć – przytaknęła Halina. Telefon Wiktora zabrzęczał. Przyszła wiadomość od Olka: „Mógłbyś parę kanapek dać na wynos, wyszedłem głodny. Przelej 5 stów na kartę za 'straty moralne’.” Wiktor przeczytał na głos. Zawisła cisza. Halina spojrzała pytająco. – I co odpiszesz? Wiktor spojrzał na żonę, na przytulną kuchnię, na tort. Potem na komórkę. Długo, powoli napisał odpowiedź: „Zjedz w restauracji, przecież jesteś smakoszem. Nie mam pieniędzy.” I nacisnął „Zablokuj”. – Co napisałeś? – zapytała Halina. – Że idziemy spać. Halina udawała, iż wierzy, choć kątem oka widziała ekran. Podeszła, objęła męża za ramiona. – Dobrze ci idzie, Wicek. Choć długo się rozkręcasz. Tego wieczoru zrozumieli o sobie coś ważnego. Żeby ocalić rodzinę, czasem trzeba pogonić z niej zbędnych ludzi. choćby jeżeli są rodziną. I mięso było naprawdę wyśmienite, bez względu na opinie domorosłych koneserów z pustym portfelem.

twojacena.pl 9 godzin temu

Wczoraj

No gdzie Ty stawiasz tę miskę z sałatką? Przecież zasłaniasz dostęp do wędlin! I jeszcze przesuń kieliszki, zaraz przyjdzie Olek on lubi mieć dużo miejsca, żeby gestykulować przy gadaniu.

Wiktor kręcił się przy stole, przekładając szkło z taką nerwowością, iż o mało nie strącił widelców na podłogę. Halina westchnęła ciężko, wycierając dłonie o fartuch. Stała przy kuchence od rana, nogi bolały jak z ołowiu, a w krzyżu czuła to swoje zwykłe pieczenie. Ale nie było czasu w żalenie się. Dziś miał wpaść gwiazdor młodszy brat Wiktora, Olek.

Witek, uspokój się powiedziała cicho, starając się, by głos nie zdradzał zirytowania. Stół jest idealny. Powiedz lepiej, czy kupiłeś chleb razowy? Olek ostatnio narzekał, iż ciągle u nas tylko kajzerki, a on podobno dla sylwetki je tylko razowy.

Kupiłem, kupiłem, żytni z kminkiem, tak jak lubi wyskoczył do kuchni Wiktor. Halina, a mięso? Na pewno gotowe? Przecież on się na jedzeniu zna, po knajpach chodzi, zwykłą mieloną go nie zaskoczysz.

Halina zacisnęła usta. Jasne, iż wiedziała. Olek, czterdziestoletni singiel, siebie nazywa wolnym artystą, choć ledwo wiąże koniec z końcem dzięki dorywczym fuchom i pomocy schorowanej matki. A czuje się degustatorem klasy światowej. Każda jego wizyta była dla Haliny jak egzamin, którego z góry nie mogła zdać.

Upiekłam karkówkę w miodowo-musztardowym sosie wyrzuciła stanowczo z siebie. Świeże mięso, prosto z bazaru, siedemdziesiąt złotych za kilo. Jak i tego nie doceni, to niech spada.

Oj, nie denerwuj się od razu skrzywił się Wiktor. Brata dawno nie było, stęsknił się. Chce po prostu trochę rodzinnej atmosfery. Postaraj się, co? Ostatnio ma trudny czas, szuka siebie.

A raczej pieniędzy szuka, a nie siebie, pomyślała Halina, ale nie powiedziała tego głośno. Wiktor zawsze traktował młodszego jak talent niedoceniony, obruszał się na każde słowo pod jego adresem.

Dzwonek rozległ się punktualnie o siódmej. Halina zrzuciła fartuch, poprawiła fryzurę w lustrze w korytarzu i naciągnęła uprzejmy uśmiech. Wiktor już otwierał drzwi, rozpromieniony jak samowar wypolerowany.

Oleczku! Bracie! W końcu!

W drzwiach stanął Olek. Trzeba przyznać, wyglądał efektownie modny płaszcz rozpięty, szalik zarzucony niedbale, zarost, co miał nadać mu charakteru. Rozłożył szeroko ręce, pozwalając bratu się uściskać, sam tylko lekko go poklepał po plecach.

Halina rzuciła okiem na jego dłonie. Puste. Ani reklamówki, ani ciasta, ani choćby najskromniejszego kwiatuszka. Przyszedł do mieszkania, gdzie nie gościł od miesięcy, do stołu uginającego się od potraw i nic. choćby dzieciom, które na szczęście były u babci, nie zostawił ani czekoladki.

Cześć, Halina rzucił, wchodząc i rozglądając się po przedpokoju. Tapety zmienione? Kolor jakiś… szpitalny. Ale nic, ważne, iż Wam się podoba.

Witaj, Olek odpowiedziała tonem powściągliwym. Wejdź, umyj ręce. Kapcie nowe, tam stoją.

Nie wziąłem swoich, a w cudzych to grzyba można złapać fuknął. Wejdę w skarpetach. Mam nadzieję, iż podłoga czysta?

Halina poczuła dreszcz irytacji. Dwa razy zmywała podłogę przed jego wizytą.

Czysta, Olek. Chodź do stołu.

Usiedli w salonie. Stół elegancki: biała serweta, nowe serwetki, trzy rodzaje sałatek, wędlina i sery, kawior, marynowane grzybki sama je zbierała i zalewała na jesień. W centrum danie główne, gorące i pachnące.

Olek rozparł się w fotelu, rozglądał się z wyższością. Wiktor krzątał się przy otwieraniu koniaku, który kupił wczoraj specjalnie dla brata drogi, pięcioletni, z importu.

No, za spotkanie! zakomenderował Wiktor, rozlewając kieliszki.

Olek wziął swój, zakręcił nim w dłoni, powąchał, spojrzał pod światło.

Armeński? skrzywił się. Hm. Ja wolę francuskie, mają szlachetniejszy aromat. Ten daje spirytusem. Ale trudno, darowanemu koniowi…

Machnął i od razu chwycił za talerz z wędlinami, wybierając najdroższą szynkę.

Częstuj się, Olek powiedziała Halina, podsuwając miskę. To sałatka z krewetkami i awokado, nowy przepis.

Spojrzał na krewetkę jak jubiler na diament.

Była mrożona, co nie? rzucił.

No pewnie, nie żyjemy nad morzem zdziwiła się Halina. Królewskie kupione w sklepie.

Guma orzekł, rzucając z powrotem. Przegotowałaś je, Halinka. Krewetka do wrzątku na dwie minuty, nie więcej. A tu… twarde włókna. Awokado też jakieś surowe, chrupie zamiast być kremowe.

Wiktor, już nasypał sobie sałatki, zastygł z łyżką w powietrzu.

No ale smakuje dobrze! Próbowałem, wyszło ekstra.

Witek, smak trzeba kształcić pouczył brat. Całe życie jedząc byle co, nie poznasz wykwintności kuchni. Tydzień temu byłem na otwarciu restauracji, dawali ceviche ze świeżych przegrzebków. Taka tekstura! A tu… Chociaż majonez chociaż domowy?

Halinie zrobiło się gorąco. Oczywiście, majonez był zwykły, z marketu. Nie miała siły, by klepać domowy.

Ze sklepu odparła szorstko.

Oczywiste westchnął Olek z miną, jakby usłyszał wyrok. Ocet, konserwanty, skrobia. Trucizna. Daj mi więc swoje mięso. Może przynajmniej ono będzie w porządku.

Halina bez słowa nałożyła mu duży, soczysty kawałek karkówki z gorącym sosem i ziemniakami zapiekanymi z rozmarynem. Zapach przypraw wypełnił pokój, ale Olek był inny niż zwykły człowiek on przecież zna się.

Przeżuł długo, patrząc w sufit. Wiktor zerkał z nadzieją, Halina z rosnącą złością.

Suche stwierdził w końcu. A sos… miód wszystko przykrywa, zbyt słodko. Mięso ma być mięsne, nie jak ciasto. Poza tym zupełnie nie wymacerowane, włókna zbite. Trzeba trzymać dobę w kiwi albo w mineralnej.

Macerowałam całą noc w przyprawach i musztardzie rzuciła Halina. Zawsze wszystkim smakowało.

Wszystkim sprawa względna. Twoim koleżankom, co poza marchewką nic nie jedzą, może. Ja obiektywnie mówię. Z głodu można zjeść, ale bez przyjemności.

Odłożył talerz z niemal nietkniętym mięsem za trzysta złotych porcja po czym sięgnął do grzybków.

Grzyby własne czy chińskie z puszki?

Własne cedziła Halina. Sami zbieraliśmy, sami soliliśmy.

Olek wrzucił do ust, skrzywił się.

Ocetu za dużo. Żołądek sobie poparzysz. I przesolona. Halinka, zakochałaś się, iż tak solisz? roześmiał się z własnego żartu. Witek, pilnuj ciśnienia, z takim menu długo nie pociągniesz.

Wiktor zachichotał nerwowo, próbując jakoś rozładować sytuację.

Oj tam, normalne grzybki. Pod wódeczkę najlepsze. Polej jeszcze.

Wypili. Olek się zaczerwienił, rozwiązał szalik, ale płaszcza nie zdjął, jakby pokazywał, iż za chwilę wyjdzie i łaskę czyni swoją obecnością.

A prawdziwego kawioru nie mieliście? marudził, biorąc kanapkę. Ten jakiś drobny, skórek dużo. Z promocji?

Olek, to jest kawior z łososia, sześćset złotych za kilo odezwała się już z trudem Halina. Głos jej zadrżał. Specjalnie kupiliśmy dla Ciebie, słoiczek. Sami nie jadamy, oszczędzamy.

Oszczędzanie na jedzeniu to najgorsza oszczędność rzucił filozoficznie, pałaszując kolejną kanapkę z dziadowskim kawiorem. Jesteś tym, co jesz. Ja na taną wędlinę nigdy nie wydam, wolę być głodny. Wy natomiast zapełniacie lodówkę śmieciem z przecen, potem zdziwieni, iż energii brak, cera szara.

Halina popatrzyła na męża. Wiktor siedział z opuszczonym wzrokiem, udając, iż nie widzi, co się dzieje. Jego milczenie bolało gorzej niż wywody Olka. Znowu wolał stać po stronie brata, byle nie kłócić się z ulubieńcem.

Witek, Tobie też mięso wydaje się suche? spytała Halina.

Zakrztusił się.

Eee… nie, Halinko, pychota. Bardzo dobre. Po prostu Olek się zna, ma subtelniejszy smak…

Czyli ja mam gruby smak, toporny, i krzywe ręce? I serwuję truciznę?

Halinka, nie zaczynaj histerii Olek skrzywił się. Ja konstruktywnie krytykuję. Dzięki mnie się rozwijasz! Powinnaś podziękować. Jesteś rozpieszczona przez Witka, bo on wszystko chwali, to się rozleniwiasz. Kobieta musi się doskonalić.

Podziękować? powtórzyła Halina. Chcesz, żebym podziękowała?

Wstała od stołu. Krzesło zgrzytnęło niemiło.

Halinka, gdzie idziesz? przestraszył się Wiktor. Przecież choćby dobrze nie zaczęliśmy.

Idę po deser. Przecież Olek uwielbia ciastka.

Poszła do kuchni. Tam na blacie leżał jej Napoleon, pieczony do drugiej w nocy. Dwanaście cieniutkich warstw, domowy krem. Patrzyła raz na tort, raz na pusty kosz z odpadami.

Ręce drżały. Nagromadzone przez lata rozczarowanie nagle wylało się poza wszelką kontrolę. Ile razy już ten człowiek jadł u nich, pił, pożyczał pieniądze i oddawał po świętym nigdy? Ile razy komentował jej remont, ubrania, dzieci? I zawsze Wiktor milczał. Zawsze usprawiedliwiał. On artysta, wrażliwy. A ona, Halina, to robot?

Ciasto zostawiła w spokoju. Wzięła za to duży tacę i wróciła do pokoju.

Ciasteczko już jest? ożywił się Olek. Tylko nie jakiś marketowy strucla?

Halina podeszła do stołu i zaczęła spokojnie, bez emocji zbierać talerze. Najpierw mięso. Potem tę gumową sałatkę. Wędliny.

Ee, co Ty wyprawiasz? zdziwił się Olek, gdy zniknęła mu kanapka sprzed nosa. Przecież jeszcze jem!

Po co masz jeść, skoro wszystko niesmaczne? wzruszyła ramionami, patrząc mu w oczy. Mięso suche, sałatka majonezowa to trucizna, krewetki gumowe, kawior tani. Nie pozwolę, żeby tak szanowany Gość się zatruł. Nie mam serca.

Wiktor zerwał się z krzesła:

Halinka! Przestań! Co Ty wyprawiasz?! Oddaj jedzenie!

Nie, Witek, to nie przedstawienie. Przedstawienie polega na tym, iż ktoś przychodzi z pustą ręką, siada do stołu, na który wydaliśmy kwartalną pensję, i obrzydza gospodyni wszystko, co ugotowała.

Ja nie obrzydzałem! obruszył się Olek, czerwieniąc się. Po prostu wyraziłem opinię! Mamy wolny kraj!

Tak, wolny potwierdziła Halina, pakując talerze na tacę. Dlatego decyduję, komu serwować posiłki w swoim domu, a komu nie. Wolisz być głodnym niż jeść marketowe rzeczy? Szanuję. Bądź głodny.

Obróciła się i wyniosła jedzenie do kuchni. W salonie zapadła cisza jak po burzy.

Zwariowałaś?! szeptał wściekle Wiktor, lecąc za żoną. Kompromitujesz mnie przed bratem! Natychmiast oddaj wszystko na stół! Przeproś go!

Halina odstawiła tacę na blat i spojrzała na męża. W jej oczach nie było łez, tylko lodowata determinacja.

Kompromituję? A Ty, gdy pokornie kiwałeś głową, jak mnie poniżał, to się nie kompromitowałeś? Jesteś facet czy wycieraczka, Witek? On władował w siebie kawior za stówę w pięć minut i stwierdził, iż niedobry. Ty kiedy mi kupiłeś taki smakołyk ot tak, bez okazji? Nigdy. Wszystko, co najlepsze dla Gościa. A Gość nas publicznie wyśmiewa.

To brat! Najbliższa rodzina!

A ja żona! Od dziesięciu lat piorę ci, gotuję, sprzątam. Po robocie cały wieczór przy garach, żeby usłyszeć, iż mam krzywe ręce? jeżeli nie przestaniesz mnie teraz obwiniać, ten Napoleon wyląduje na Twojej głowie. Nie żartuję!

Wiktor cofnął się. Nigdy nie widział takiej Haliny. Zawsze była spokojna, ustępliwa, wygodna. Teraz stała gotowa zmiatać wszystko z drogi.

Olek zajrzał do kuchni, już nie taki pewny siebie.

Tego to jeszcze nie widziałem… stękał. Takiej gościnności to nigdzie nie ma. Ja z sercem do Was, a wy mi chlebem w oczy.

Z sercem? uśmiechnęła się Halina. Gdzie ono jest? W pustych rękach? Przez te lata przyniosłeś cokolwiek? Herbatę, czekoladę? Przychodzisz tylko zjeść i ponarzekać.

Ja… chwilowo nie mam funduszy! Trudny czas!

Ty masz te trudności od dwudziestu lat. Ale płaszcz nowy i szalik drogi. Na prezentacje chodzisz. Ale od brata wziąć pięć stów na przeżycie i zapomnieć oddać świętość.

Halina, przestań! krzyknął Wiktor. Nie licz cudzych pieniędzy!

To są NASZE pieniądze! Pieniądze naszej rodziny, które muszę liczyć, bo gościmy tego… smakosza!

Olek teatralnie złapał się za serce.

Mam dość. W minutę stąd wychodzę. Witek, nie sądziłem, iż taką awanturniczkę poślubiłeś. Nigdy tu nie wrócę.

Obrócił się na pięcie i zaczął ubierać buty, choćby nie zdejmując skarpet.

Wiktor rzucił się za nim:

Oleczku, poczekaj! Nie słuchaj jej, PMS ma albo zmęczona po pracy! Zaraz się uspokoi…

Nie, bracie teatralny ton, już z korytarza. Obrazy nie wybaczę, idę. I nie dzwóń, póki nie przeprosi.

Trzasnęły drzwi.

Wiktor stał w przedpokoju, patrząc na zamknięte wejście jak na stracony świat. Potem powoli poszedł do kuchni, gdzie Halina przekładała mięso do pojemników.

Zadowolona? spytał sztywno. Pokłóciłaś mnie z jedynym bratem.

Pozbyłam się pasożyta odpowiedziała, choćby nie patrząc w jego stronę. Siadaj i jedz. Mięso jeszcze ciepłe. A może też dla Ciebie za suche?

Usiadł, chwycił się za głowę.

Jak mogłaś? Przecież był Gościem…

Gość powinien się zachowywać jak gość, nie jak sanepid. Witek, słuchaj uważnie: nigdy, słyszysz, nigdy nie będę dla niego szykować stołu. Chcesz się z nim spotykać idź do niego, do knajpy. Ale za swoje. Mój czas i moje pieniądze już nie pójdą w jego kierunku.

Stałaś się zimna mruknął.

Sprawiedliwa. Jedz w końcu. Czy mam sprzątać?

Spojrzał na soczystą karkówkę. Żołądek głośno zaburczał. Był głodny, a zapach mięsa, mimo awantury, kusił. Nieśmiało sięgnął po widelec. Odciął kawałek. Spróbował.

Mięso rozpływało się w ustach, delikatne, idealne. Sos słodko-ostry, musztarda w punkt.

Smakuje? spytała Halina, widząc zachwyt na jego twarzy.

Pyszne przyznał cicho. Bardzo dobre, Halinko.

No właśnie. A brat Twój to po prostu zazdrośnik z pustym portfelem, któremu poprawia humor krytyka innych. Zrozum to w końcu.

Wiktor jadł i myślał. Pierwszy raz w życiu coś mu zaświtało: iż żona może mieć rację. Przypomniał sobie puste ręce Olka, jego ton. Przypomniał, jak sam czuł się bezradny, gdy brat wyśmiewał jedzenie.

A ciasto? zagadnął. Ciasto zjemy?

Halina uśmiechnęła się pierwszy raz szczerze tego wieczora.

Zjemy. I zrobię herbatę. Z tymiankiem, jak lubisz.

Wyjęła Napoleona, piękny, wysoki. Pokroiła na wielkie kawały. Siedzieli razem, pili herbatę, jedli tort, a napięcie powoli opadało.

Wiesz powiedział Wiktor, kończąc drugi kawałek choćby mamie miesiąc temu na urodziny nic nie kupił. Powiedział, iż najlepszy prezent to on sam.

No widzisz pokiwała głową Halina. Otwierasz oczy.

Telefon Wiktora zabrzęczał. Przyszło SMS od Olka: Mogłaś dać w końcu te kanapki do ręki, wychodzę głodny. Swoją drogą, przelej mi 500 zł na moralne szkody.

Wiktor przeczytał Halinie na głos. Zapanowała cisza. Halina pytająco podniosła brew.

I co odpiszesz?

Popatrzył na żonę, na ciepłą kuchnię, na pyszne ciasto, potem na telefon. Powoli, starannie napisał: Zjedz w restauracji, przecież jesteś smakoszem. Nie mam środków. I nacisnął blokuj.

Co napisałeś? spytała Halina.

Że idziemy spać.

Halina udawała, iż wierzy, choć kątem oka widziała treść. Podeszła do Wiktora, objęła go za ramiona.

Jesteś mądry facet. Trochę długo łapiesz wnioski, ale jednak.

Tego wieczoru oboje zrozumieli coś ważnego o sobie i rodzinie. Czasem, żeby ocalić swoją rodzinę, trzeba bez żalu pozbyć się tych, którzy ją zatruwają choćby jeżeli to są bliscy. A karkówka była naprawdę genialna, co by nie mówił żaden koneser bez grosza przy duszy.

Idź do oryginalnego materiału