Trzysta osiemdziesiąt złotych za garaż, którego nie miałem
— Jasne, iż nikomu nie jest potrzebna — mówiłem do słuchawki, opierając ją barkiem o ucho, bo w drugiej ręce trzymałem szpachelkę i skrobałem przypaloną cebulę z patelni. — Piotrek, no pomyśl sam. U teściowej z wartościowych rzeczy to figurki z porcelany, chusta i ten stary ciśnieniomierz z demobilu. Kto by ją porywał. Mówię ci, załatwimy jej miejsce w tym domu opieki pod Wołominem, teraz jest zniżka dla emerytów, i wreszcie odetchniemy jak ludzie. Bez kazań, bez zapachu kropli walerianowych z rana. Dwa pokoje w bloku na Ursynowie to nie żarty, będzie się dało oddychać.
Odłożyłem szpachelkę do zlewu, wytarłem ręce w ścierkę i już miałem dorzucić coś o charakterze teściowej, kiedy w przedpokoju odezwał się dzwonek. Ostry, natarczywy.
— Piotrek, oddzwonię. Ktoś się dobija, pewnie znowu po liczniki.
Rozłączyłem się, przeszedłem w kapciach po wytartej wykładzinie i otworzyłem, nie patrząc w wizjer. Za drzwiami nie stał żaden inkasent. W słabym świetle klatki, gdzie żarówka migotała jak popsuty neon, stał dzielnicowy — sierżant Wardęga, postawny mężczyzna ze zmęczonymi oczami i teczką pod pachą. Z kurtki kapał roztopiony marcowy śnieg.
— Dobry wieczór. Marek Kaczmarek?
— No ja — poczułem, jak coś zimnego przechodzi mi po plecach. Zacząłem gorączkowo przypominać sobie, czy nie mam nieopłaconego mandatu za parkowanie skody na trawniku.
— Halina Nowicka jest w domu?
— Teściowa? A gdzie ma być. W pokoju siedzi, telewizję ogląda. Coś się stało?
— Proszę sprawdzić — rzucił krótko Wardęga.
Przeszedłem korytarzem i pchnąłem drzwi do pokoju teściowej. Telewizor wyłączony, łóżko starannie zaścielone kapą z frędzlami, na szafce nocnej leżały okulary w rogowej oprawce. Haliny Nowickiej nie było.
— Nie ma jej — wróciłem zbity z tropu. — Pewnie do sklepu poszła albo do sąsiadki, do pani Zosi. Lubi sobie pogadać.
— Do pani Zosi nie poszła — westchnął dzielnicowy. — To adekwatnie ona zadzwoniła na komisariat. Powiedziała, iż pani Halina nie przyszła na ich codzienną kawę o czternastej. I iż wczoraj wieczorem był u państwa poważny konflikt. Cytuję: „groził, iż sprzątnie tę babę z tego świata".
Poczułem, jak twarz mi płonie.
— Jaki konflikt! Pokłóciliśmy się o rachunki za prąd. Powiedziałem tylko, iż jak będzie zostawiać światło we wszystkich pokojach, to pójdziemy z torbami! Pracuję jako mechanik w warsztacie na Puławskiej, żona jest kasjerką w Biedronce, pieniędzy nie drukujemy!
— Mimo wszystko obywatelka zaginęła — Wardęga zamknął notes. — Telefon poza zasięgiem. W przychodni się dzisiaj nie pojawiła. Ostatni raz widziano ją o dziesiątej rano, wychodziła z klatki z jakąś dużą płócienną torbą. Biorąc pod uwagę wasze napięte relacje, muszę zadać kilka pytań. Gdzie pan był między dziesiątą a piętnastą?
— W pracy byłem! W warsztacie! Chłopaki potwierdzą, skrzynię biegów w corsie przekładałem! Pan myśli, iż ja teściową gdzieś wywiozłem?!
Wtedy w zamku obrócił się klucz. Weszła Agnieszka — blada, zmęczona, z reklamówką z zakupami. Zobaczyła dzielnicowego i torba wypadła jej z ręki. Po podłodze potoczyły się jabłka i puszka groszku.
— Co się stało? Marek? Mama?
Pół godziny później sprawa wyjaśniła się, choć wcale nie zrobiło się lżej. Halina Nowicka rzeczywiście zniknęła. Wardęga, spisawszy zeznania moje i płaczącej Agnieszki, obiecał zgłosić poszukiwania, jeżeli teściowa nie znajdzie się do rana, ale zasugerował, iż lepiej sam pobiegam po okolicy, bo „starsze osoby często gubią drogę albo siedzą na ławce, czekają aż spadnie ciśnienie".
Gdy drzwi zamknęły się za dzielnicowym, w mieszkaniu zapadła gęsta cisza.
— Sam tego chciałeś — powiedziała cicho Agnieszka, zbierając jabłka z podłogi. — Wczoraj krzyczałeś, iż ci życie zrujnowała. Że przez nią mieszkamy w takiej ciasnocie.
— Aga, ty chyba oszalałaś — wybuchnąłem, wciągając kurtkę. — Jedno to pokłócić się w kuchni, a drugie, jak człowiek znika. Nie jestem żadnym potworem. Idę szukać. Ty dzwoń po szpitalach.
Ulica przywitała mnie wilgotnym wiatrem i błotem pośniegowym. Stałem przed klatką, nie wiedząc, dokąd iść. Dokąd mogła pójść siedemdziesięciodwuletnia kobieta z chorym kręgosłupem w dzielnicy, gdzie oprócz szarych bloków, budki z kebabem i garaży nie ma nic?
Postanowiłem zacząć od podwórka. Przy śmietnikach zauważyłem konserwatora, pana Wasyla, który skrobał lodową skorupę z chodnika.
— Panie Wasylu, dzień dobry. Nie widział pan mojej teściowej dzisiaj? Haliny?
Oparł się na łopacie, przesunął czapkę na tył głowy.
— Pani Halina? Dziś nie. Wczoraj widziałem. Maść mi przyniosła na plecy. Piecze, ale pomaga.
— Jaką maść?
— No, pomagałem jej odśnieżać przed klatką w zeszłym tygodniu, powiedziałem, iż krzyż mnie boli. Zrobiła jakiś swój przepis, przyniosła. Dobra kobieta. Moją córkę, Oksanę, tabliczki mnożenia uczy wieczorami, jak siedzą na ławce. Za darmo. Mówi, iż dziewczynka ma głowę, szkoda żeby w telefonie utonęła. A co, zginęła?
Skinąłem niepewnie i poszedłem dalej, czując ukłucie sumienia. Nigdy nie wiedziałem, iż teściowa zna rodzinę konserwatora. W domu zwykle milcząco dziergała przed telewizorem albo wzdychała denerwująco głośno.
Dalej był miejscowy bazarek. Przypomniałem sobie, iż teściowa zawsze kupowała tam twaróg. Podszedłem do stoiska z nabiałem.
— Dzień dobry. Przepraszam, zna pani Halinę Nowicką? Taka niska, w szarym berecie…
Pulchna sprzedawczyni w niebieskim fartuchu rozpromieniła się, po czym twarz jej spochmurniała.
— Halinkę? Jak nie znać! Co wtorek bierze u mnie twaróg dla waszego kocura.
— Jakiego kocura? Nie mamy kota — zdziwiłem się.
— Jak to nie ma? — zdumiała się sprzedawczyni. — Ona dokarmia bezdomne za ciepłociągiem. Cała kolonia tam siedzi. Halinka im i pudła ciepłe nosi, i jedzenie. A dziś wtorek, nie przyszła. Odłożyłam jej świeży twaróg, a jej nie ma. Co się stało?
— Szukamy — mruknąłem i ruszyłem szybkim krokiem w stronę ciepłociągu.
Za zardzewiałymi rurami rzeczywiście znalazłem kilka kartonowych pudeł ocieplonych starymi szmatami i puste plastikowe miski. Kotów nie było, teściowej tym bardziej. Wiatr się wzmagał, wciskał się pod kurtkę. Wyjąłem telefon. Agnieszka napisała: „Obdzwoniłam trzy szpitale, pogotowie. Nigdzie jej nie ma, ani jako nieznanej. Marek, boję się".
Zadzwoniłem do niej.
— Aga, idę do przychodni. Może jej się zrobiło słabo i siedzi gdzieś na korytarzu. Ty zostań w domu, gdyby wróciła.
W przychodni pachniało chlorem i starością. W rejestracji siedziała zmęczona kobieta z upiętymi włosami.
— Dzień dobry. Moja teściowa, Halina Nowicka, była dzisiaj?
Rejestratorka podniosła wzrok znad okularów.
— Nowicka? Dziś nie miała wizyty. Wczoraj wpadała.
— Po co?
— Nie na wizytę. Przyniosła nam pierogi z kapustą. Człowiek złoty, zawsze o nas pamięta. A w zeszłym tygodniu pokłóciła się z ordynatorem.
— Z ordynatorem? Moja teściowa?
— To ona pewnie z panem jest łagodna — uśmiechnęła się kobieta. — A tu broniła młodej pielęgniarki, Kasi. Jakiś pacjent na nią nakrzyczał, obraził, a ordynator chciał ją premii pozbawić. Halina poszła do jego gabinetu i powiedziała, iż pójdzie do NFZ, jak skrzywdzi dziewczynę. Obroniła!
Wyszedłem z przychodni kompletnie zdezorientowany. W moim świecie Halina Nowicka była po prostu „starą babą", przykrą przeszkodą na drodze do wygodnego życia. Kobietą, która zajmowała cały pokój, wiecznie coś mamrotała pod nosem, słuchała głupich programów o zdrowiu i pachniała kroplami na serce.
Za rogiem, przy warzywniaku, zapytałem jeszcze straganiarza, czy nie widział niskiej kobiety w szarym berecie. Mężczyzna wzruszył ramionami, choćby nie podnosząc głowy znad skrzynki z ziemniakami.
— Nie znam, nie widziałem. Tu takich pół dzielnicy chodzi.
Poszedłem dalej, trochę zbity z tropu tą obojętnością po tylu ciepłych słowach.
Zapadł zmrok. Zapaliły się żółte latarnie. Obszedłem skwer, zajrzałem do apteki całodobowej, dotarłem do biblioteki, która już się zamykała. Nigdzie jej nie było. Usiadłem na oblodzonej ławce przy placu zabaw i schowałem twarz w dłoniach. A jeżeli naprawdę coś się jej stało? jeżeli się poślizgnęła, uderzyła głową i teraz leży gdzieś w zaspie za garażami? Jak spojrzę w oczy Agnieszce?
W kieszeni zawibrował telefon. Nieznany numer.
— Halo?
— Marek Kaczmarek? — usłyszałem surowy męski głos. — Dyżurny z komisariatu na Grochowskiej, aspirant Duda.
Serce zeszło mi do żołądka.
— Znaleźli? Żyje?!
— Żyje, żyje — chrząknął aspirant. — Proszę przyjechać, odebrać swoją partyzantkę. Z dowodem osobistym.
Biegłem tak, jak nie biegałem od szkoły. Komisariat był po drugiej stronie dzielnicy, przy hali targowej. Wpadłem zdyszany, z czerwoną twarzą i przekrzywioną czapką.
Za szybą dyżurki siedział posterunkowy. A na drewnianej ławce pod ścianą, wyprostowana jak struna, siedziała Halina Nowicka. Miała na sobie swój niezmienny szary beret, w rękach mocno ściskała tę samą pojemną płócienną torbę. Wyglądała na zmęczoną, ale zupełnie nieprzestraszoną.
— Mamo! — wyrwało mi się. Pierwszy raz tak ją nazwałem.
Halina drgnęła i podniosła na mnie oczy.
— Marek? A ty co tu robisz? Myślałam, iż Agnieszka przyjedzie. Ty przecież w pracy się zmęczysz.
Podskoczyłem do niej, oglądając ją od stóp do głów.
— Gdzie pani była?! Zwariowaliśmy! Dzielnicowy przyszedł, sąsiadka alarm podniosła!
— Proszę spisać protokół i zabrać — odezwał się posterunkowy, podając przez okienko papier. — Pani Halina podniosła nam dzisiaj statystyki wykrywalności.
— Co? — nic nie rozumiałem. Poprawiła beret, westchnęła ciężko.
— Widzisz, Marku — zaczęła swoim zwykłym, lekko skrzypiącym głosem. — Rano poszłam na targ, po twaróg. Patrzę — idzie dwóch. Młodzi, w kapturach, prosto do garaży, gdzie stawiasz swoją „staruszkę".
Napiąłem się. Moja skoda, stara, rdzewiejąca, ale gorąco kochana, była jedyną wartościową rzeczą kupioną za własne, ciężko zarobione pieniądze.
— No i poszłam za nimi po cichu — ciągnęła teściowa. — Patrzę, kręcą się przy twoim garażu, zamek łamią. A w torbie miałam słoik ogórków kiszonych, niosłam do pani Zosi, i gaz pieprzowy. No to psiknęłam im w plecy. A potem zaczęłam krzyczeć. Zbaraniali, uciekli. Ja za nimi.
— Pani?! Za złodziejami samochodów?!
— No gdzie mi tam za nimi — machnęła ręką. — Ale torbą jednego po grzbiecie trafiłam. Słoik z ogórkami się rozbił, szkoda oczywiście. Za to kurtkę miał w zalewie. Zadzwoniłam na policję z budki telefonicznej. Przyjechali, no i mnie zabrali — jako świadka. Trochę to trwało, okazanie… gwałtownie ich złapali, siedzieli niedaleko w piwnicy, od jednego czosnkiem na kilometr śmierdziało. A telefon mój został w domu, na ładowarce. Tak się zasiedziałam.
Stałem z otwartymi ustami. Patrzyłem na tę drobną, szczupłą kobietę, która ruszyła bronić mojego starego auta przed dwoma zdrowymi facetami z łomem. Bronić majątku zięcia, który jeszcze wczoraj krzyczał na całe mieszkanie, iż odda ją do domu opieki.
— Pani Halino… — poczułem piekące łzy pod powiekami. Objąłem ją, wtulając twarz w pachnącą naftaliną i wilgocią kurtkę. — Proszę mi wybaczyć. Proszę. Jestem takim głupcem.
Teściowa niezgrabnie poklepała mnie po plecach szorstką, suchą dłonią.
— Daj spokój, Marku. Co się będziesz przejmował. Ciasnota, nerwy, te przeklęte pieniądze. Ja to wszystko rozumiem. Chodźmy do domu, co? Agnieszka pewnie się zamartwia.
Szliśmy razem ciemnymi ulicami. Niosłem jej płócienną torbę, w której samotnie brzęczały odłamki słoika. Halina opierała się na mojej ręce.
— A twarogu nie kupiłam — powiedziała nagle. — Koty głodne zostały.
— Jutro kupimy — powiedziałem cicho. — Najlepszego.
Gdy otworzyliśmy drzwi mieszkania, rzuciła się na nas zapłakana Agnieszka. Były łzy, uściski, pytania, wszystko naraz. Halina zdjęła w przedpokoju mokry beret, powiesiła na haczyku i od razu spytała, czy zostały jeszcze te pierogi z kapustą, bo jest głodna jak wilk. Agnieszka roześmiała się przez łzy i pobiegła do kuchni.
Później, gdy Halina poszła do swojego pokoju i włączyła telewizor, stałem w kuchni i myłem tę samą patelnię z przypaloną cebulą. Telefon na stole zadzwonił. Na ekranie: „Piotrek".
Wytarłem ręce w ścierkę i odebrałem.
— O, Marek! No i co tam, zniknąłeś? Co robimy z tym domem opieki? Dowiedziałem się, jest miejsce, można choćby w przyszłym tygodniu załatwiać!
— Odwołuj — powiedziałem. — Nigdzie nie jedzie.
— Żartujesz? Sam mówiłeś: „nikomu nie jest potrzebna"!
— Odwołuj, Piotrek. I tyle.
Rozłączyłem się, postawił czajnik i, gdy zaczął szumieć, zalałem dwie mocne herbaty. Na talerzyk dołożyłem herbatniki z puszki, wziąłem oba kubki i poszedłem do pokoju teściowej. Usiadłem na brzegu jej łóżka, postawiłem herbatę na szafce obok okularów w rogowej oprawce. Halina, nie odrywając wzroku od telewizora, sięgnęła po kubek i mruknęła, iż cukru mogło być mniej.
Nazajutrz miałem iść do pracy, a wieczorem umówiliśmy się razem pójść pod ciepłociąg — kupić twaróg i nakarmić koty.













