Malwina miała trzydzieści osiem lat, mieszkała w gdańskiej Oliwie i prowadziła małą pracownię konserwacji zegarów przy ulicy Opata Jacka Rybińskiego. Znała z widzenia wszystkich sąsiadów z kamienicy, ale do środka zapraszała tylko dwie osoby. Krąg miała tak wąski, iż niektórzy brali to za dziwactwo.
W sobotę, kiedy na targu przy Hali Targowej robiło się tłoczno, ona siedziała w pracowni. Przez otwarte okno wpadał zapach pieczonych kaszubskich drożdżówek z piekarni naprzeciwko. Na parapecie stał kubek z zimną już kawą zbożową, a obok leżał rozłożony zegarek kieszonkowy — omega z tysiąc dziewięćset dwudziestego trzeciego roku, pordzewiały po powodzi. Malwina obracała śrubokrętem koło balansowe, kiedy dzwonek nad drzwiami zabrzęczał, choć na kartce wisiała wyraźna informacja: dziś tylko po wcześniejszym umówieniu.
Weszła kobieta w cielistym płaszczu, z torebką przyciśniętą do boku jak tarczą. Perfumy dotarły do lady wcześniej niż ona sama.
— Ewa? — Malwina odłożyła śrubokręt.
— Poznałaś. Dobrze, iż jeszcze poznajesz.
Ewa Sadłowska. Kiedyś dzwoniła codziennie, organizowała urodziny na dwadzieścia osób w wynajętej sali na Przymorzu, przynosiła tort od Pellowskiego. Dziesięć lat temu, kiedy rozpadał się dziesięcioletni związek Malwiny, Ewa była pierwszą osobą, która przestała odbierać telefon.
— Nie mam dziś czasu w rozmowy towarzyskie — powiedziała Malwina. — Klient czeka na wycenę.
— To akurat dobrze się składa. — Ewa postawiła torebkę na ladzie, jakby zajmowała miejsce. — Bo ja nie przyszłam na kawę.
Malwina milczała, czekając.
— Mój ojciec zostawił zegar. Taki stojący, gdański, sto dwadzieścia lat, może więcej. Rzeczoznawca z Warszawy wycenił go na osiemnaście tysięcy. Chcę go sprzedać, ale mechanizm stoi. Nikt w tym mieście nie ruszy takiej sztuki oprócz ciebie.
— To po co ten wstęp o „musimy się w końcu spotkać”?
Ewa spojrzała na tarczę omegi rozłożoną na blacie, potem na Malwinę.
— Bo wiem, jak to wygląda. Że przypominam sobie o tobie, kiedy czegoś potrzebuję. Ale wtedy, dziesięć lat temu, naprawdę myślałam, iż to wszystko się samo ułoży. Że jak się nie odzywam, to nie znaczy, iż cię zostawiam.
— Ułożyło się. Beze mnie.
— Malwina, ludzie gadali różne rzeczy. Że to ty zaczęłaś, iż przez ciebie, iż przez tamtego. Ja nie chciałam wybierać strony, więc wybrałam żadną. To było tchórzostwo, wiem.
Cisza w pracowni miała ciężar metalu. Wahadło stojącego zegara na tyłach warsztatu, jedynego, który akurat chodził, odmierzało sekundy jak wyrok.
— Ile płacisz za naprawę? — spytała Malwina, sięgając po notes zamówień.
— Zapłacę, ile trzeba. Ale nie o to pytam. Pytam, czy w ogóle się zgodzisz.
Malwina odłożyła notes. Otworzyła szufladę, wyjęła z niej żółtą karteczkę samoprzylepną, jedną z tych, na które spisywała zlecenia, i podała Ewie długopis.
— Zapisz adres, gdzie stoi zegar, i numer, pod którym cię złapię, jeżeli zabraknie mi części.
— To znaczy, iż się zgadzasz?
— To znaczy, iż zajmę się mechanizmem. Nie tobą.
Ewa zapisała adres drżącą ręką, odłożyła długopis na ladę, obok pordzewiałej omegi.
— A jeżeli przyjadę odebrać gotowy zegar i zapytam, czy masz ochotę na kawę?
— To odpowiem, iż pracownia jest czynna od dziewiątej do siedemnastej, a kawę robię tylko dla dwóch osób. Ty nią nie jesteś.
Ewa wzięła torebkę, postała chwilę przy drzwiach, jakby czekała na jeszcze jedno zdanie, którego nie było. Wyszła, dzwonek nad drzwiami zabrzęczał po raz drugi.
Malwina wróciła do omegi. Wzięła szczypczyki, wsunęła kółko balansowe na oś, docisnęła delikatnie. Mechanizm drgnął i ruszył — cichy, równy tykot, jakiego nie było słychać od tygodnia. Popatrzyła na zapisaną karteczkę leżącą na blacie, przykleiła ją do tablicy korkowej obok innych zleceń, między rachunkiem za prąd a starą karteczką z napisem: „Zegar musi chodzić, nie ładnie wyglądać”.
Nalała sobie świeżej kawy zbożowej, usiadła z powrotem przy warsztacie i wzięła do ręki kolejny mechanizm do naprawy. Za oknem ktoś kupował drożdżówki, targowała się grupka turystów, tramwaj zaszczekał na zakręcie. Malwina nie podniosła głowy. Miała robotę do skończenia przed siedemnastą.













