Nazywam się Dariusz Wolniak, mam czterdzieści jeden lat i jestem elektromonterem w Zakładzie Energetycznym w Kielcach. To ja ostatni widziałem Tomasza Bugaja żywego, i to ze mną teściowa, pani Halina, rozmawiała najdłużej po tym, jak zniknął.
Trzeciego lipca dwutysięcznego roku pojechaliśmy razem sprawdzić linię średniego napięcia koło Chęcin, tam gdzie las schodzi w stronę kamieniołomu. Tomasz był moim brygadzistą, starszy ode mnie o dziewięć lat, żonaty z Anną, córką pani Haliny. Ja byłem wtedy nowy w brygadzie, dopiero drugi miesiąc po szkoleniu, i to on mnie uczył, jak rozpoznać uszkodzony izolator z ziemi, zanim jeszcze wjedzie się podnośnikiem. Tego dnia kazał mi zostać przy samochodzie, bo teren był grząski po deszczu, a sam poszedł pieszo w stronę słupa numer czterdzieści siedem, bo zauważył z daleka, iż coś wisi krzywo. Powiedział: czekaj piętnaście minut, jak nie wrócę, jedź po pomoc. Czekałem czterdzieści minut. Nie wrócił.
Zgłosiłem to na posterunku w Chęcinach jeszcze tego samego wieczoru. Pamiętam, iż dyżurny zapytał mnie, czy mieliśmy jakąś sprzeczkę w pracy, i to pytanie zapadło mi w pamięć, bo brzmiało tak, jakby od razu szukali winnego blisko, zamiast szukać jego. W kieszeni miał scyzoryk, telefon komórkowy Nokia i zdjęcie córki, dziewięcioletniej wtedy Kingi, które zawsze nosił przy sobie. Szukaliśmy z ekipą do zmroku, potem wrócili strażacy z psami, ale teren był rozległy, pełno starych wyrobisk po wapieniu, niektóre zalane wodą po deszczach.
Pani Halina od pierwszego dnia patrzyła na mnie inaczej niż na resztę brygady. Rozumiem to. Byłem ostatnią osobą, która go widziała, a nie miałem dobrej odpowiedzi na pytanie, dlaczego nie poszedłem za nim od razu, tylko czekałem przy samochodzie, tak jak kazał. W jej kuchni na Ślichowicach, przy tej samej ceracie w żółte słoneczniki, którą pamiętam do dziś, siedziałem chyba z dziesięć razy w ciągu pierwszego roku i za każdym razem słyszałem to samo pytanie zadane innymi słowami: co jeszcze pamiętasz, czego mi nie powiedziałeś. Nie miałem nic więcej. Miałem tylko poczucie, iż coś przeoczyłem, i to poczucie nie zniknęło przez dwadzieścia sześć lat.
Anna zamknęła warsztat samochodowy, który prowadzili razem przy ulicy Zagnańskiej, bo nie umiała go utrzymać sama z małym dzieckiem, i przez jakiś czas pracowała u swojej matki w kwiaciarni. Kinga dorastała bez odpowiedzi, kończyła podstawówkę, potem liceum, pytając co roku w rocznicę, czy coś się znalazło. Zawsze nie. Ja zostałem w energetyce, awansowałem na brygadzistę na tym samym odcinku linii, bo nikt inny nie chciał tego rejonu po tej historii, a ja czułem, iż to jakiś dług do spłacenia, żeby dopilnować, żeby nikomu więcej nic się tam nie stało.
W dwudziestym drugim roku odezwał się do mnie emerytowany geodeta, pan Bronisław, który przez lata prowadził inwentaryzację starych wyrobisk w tamtej okolicy dla urzędu gminy. Powiedział, iż natrafił w dokumentacji na nieoznaczony szyb wentylacyjny jakieś sto metrów od słupa czterdzieści siedem, zasypany częściowo w latach dziewięćdziesiątych, którego nie było na żadnej mapie używanej przez policję w dwutysięcznym roku. Zgłosiłem to od razu na komendę, ale sprawa formalnie była już dawno umorzona z braku dowodów, więc trzeba było czekać na decyzję prokuratury o wznowieniu.
Decyzja przyszła dopiero w tym roku, we wrześniu, i w zeszły czwartek ekipa z georadarem i dwóch strażaków ze specjalistycznego sprzętu wysokościowego zeszło do tego szybu. Byłem tam, bo poprosiłem, żeby mnie zawiadomili, niezależnie od wyniku. Anna też przyjechała, mimo iż lekarz odradzał jej stres po zawale sprzed dwóch lat. Pani Halina, która ma dziś siedemdziesiąt osiem lat i porusza się o lasce, kazała się zawieźć synowi, mimo iż nikt jej o to nie prosił.
Na głębokości jedenastu metrów strażacy znaleźli szczątki, przy nich zegarek marki Poljot z pękniętym szkiełkiem i klucze do warsztatu na ulicy Zagnańskiej, te same, które Anna rozpoznała po breloczku w kształcie serca, bo sama go kupiła na jarmarku w Kazimierzu rok przed ślubem. Badania DNA porównawcze z próbką od Kingi potwierdziły tożsamość dziesięć dni później. Okazało się, iż Tomasz musiał wejść na osłabioną krawędź szybu, który od zewnątrz wyglądał jak zwykłe zagłębienie terenu porośnięte jeżynami, i spadł, tracąc przytomność od uderzenia, zanim ktokolwiek zdążył zareagować na jego krzyk, jeżeli w ogóle zdążył krzyknąć.
Pani Halina zadzwoniła do mnie tego samego wieczoru, kiedy dostała wynik z prokuratury. Nie powiedziała przepraszam, bo to nie było w jej stylu, tylko spytała, czy mam czas w niedzielę, żeby przyjść na obiad, bo Kinga przyjeżdża z Warszawy i chciałaby mnie zobaczyć. Poszedłem. Na tej samej ceracie w słoneczniki, teraz już mocno wytartej przy krawędzi stołu, stał żółty imbryk, którego wcześniej nigdy tam nie widziałem, i pani Halina powiedziała, iż to prezent od Kingi na jej urodziny, bo stary rozbił się w zeszłym roku.
Anna, która po zawale przeszła na wcześniejszą emeryturę, w tym tygodniu poszła do notariusza przy placu Wolności i przepisała działkę po ojcu, dwa tysiące dwieście metrów przy Chęcinach, którą Tomasz kupił rok przed śmiercią z myślą o budowie domu, na Kingę, na piśmie, z aktem notarialnym w ręku, zamiast czekać, aż sprawa spadkowa rozstrzygnie się sama po tylu latach niepewności co do jego losu. Kinga, która ma dziś trzydzieści pięć lat i pracuje jako pielęgniarka w szpitalu na Banacha, powiedziała, iż postawi tam w końcu dom, o którym ojciec mówił, zanim wyszedł tamtego dnia z domu z termosem herbaty, którego nigdy nie zdążył wypić.












