Pracuję jako księgowa w warsztacie na Ochocie już jedenaście lat, więc widziałam niejedną rodzinną awanturę przy kasie fiskalnej. Ale to, co się działo w zeszłą sobotę, zapamiętam chyba na długo.
Właścicielem warsztatu był pan Ryszard, mechanik po sześćdziesiątce, twarde ręce, zawsze w tym samym niebieskim kombinezonie z plamą smaru na kieszeni. Firmę prowadził razem z zięciem, Tomkiem — mężem swojej córki Kasi. Tomek przyszedł do warsztatu jakieś sześć lat temu, jeszcze jako pomocnik, a potem, jak to bywa, powoli przejął papiery. Nikt się nie pilnował. Pan Ryszard ufał, bo rodzina.
Tamtej soboty przyszłam wcześniej, żeby zamknąć miesiąc, bo księgowość lubi ciszę, a w warsztacie od ósmej rano już pachniało olejem silnikowym i świeżą kawą z termosu, którą zawsze przynosiła Kasia w słoiku po ogórkach. Na radiu leciała stara Maryla Rodowicz, ktoś ją ścisza, ktoś podkręca — normalny dzień.
Pan Ryszard wszedł do biura koło dziewiątej z teczką, w której trzymał wszystkie ważne papiery od trzydziestu lat — brązową, wytartą na rogach, z zamkiem, co się zawsze zacinał. Chciał sprawdzić coś w umowie najmu hali. I wtedy zobaczył wydruk z KRS, który ja rano zostawiłam na biurku do podpisu — Tomek zarejestrował zmianę udziałów jeszcze w czerwcu. Osiemdziesiąt procent na siebie. Reszta rozdrobniona między niego i córkę, symbolicznie.
Pan Ryszard stał z tą kartką jak wryty. Nie krzyczał, co mnie akurat zdziwiło najbardziej — myślałam, iż zaraz poleci klucz francuski przez halę. Tylko powiedział cicho do siebie: "Trzydzieści lat roboty". Odłożył teczkę na krzesło, usiadł koło niej i tak siedział, patrząc w podłogę, jakby liczył plamy oleju na betonie.
Kasia przyjechała po południu, bo miała odebrać syna ze szkółki piłkarskiej, i weszła do biura z torbą zakupów z Biedronki. Zobaczyła ojca i od razu spytała, co się stało. Powiedziałam jej wprost, bo i tak by się dowiedziała, tylko od kogoś gorszego.
Tomek zjawił się koło szesnastej, śmierdział spalinami z ostatniego auta, które właśnie odstawił na plac. Wszedł, zobaczył minę teścia i od razu zaczął tłumaczyć, iż to było "dla bezpieczeństwa firmy", iż bank wymagał jasnej struktury właścicielskiej przy kredycie na nowy podnośnik, iż miał zamiar powiedzieć, tylko nie było kiedy. Kasia zapytała go wprost: kiedy dokładnie miał zamiar powiedzieć, skoro dokument leży w KRS od trzech miesięcy. Nie odpowiedział. Tylko poprawiał zamek kurtki, jakby to było najważniejsze zajęcie na świecie.
Pan Ryszard w końcu wstał, wziął tę swoją teczkę i powiedział, iż jedzie do notariusza w poniedziałek, bo ma jeszcze coś, o czym Tomek zapomniał — halę, w której stoi cały warsztat, wynajmuje od pana Ryszarda prywatnie, na podstawie umowy, którą w każdej chwili może wypowiedzieć z trzymiesięcznym okresem. Tomek na to spojrzał, jakby usłyszał coś w obcym języku.
W poniedziałek rano pan Ryszard przyszedł do biura punktualnie o siódmej, zanim ktokolwiek inny się zjawił, i położył mi na biurku kopertę z wypowiedzeniem umowy najmu — dla mnie, żebym wysłała listem poleconym, bo tak jest formalnie czysto, jak mówił. Do tego przyniósł ze sobą drugą kopertę: umowę z nowym najemcą hali, konkurencyjnym warsztatem z Woli, który od dawna szukał większej powierzchni. Podpisał ją jeszcze w piątek wieczorem u notariusza, zanim ktokolwiek zdążył się zorientować.
Tomek dowiedział się o tym koło dziesiątej, kiedy przyjechał kurier z listem poleconym — sto dwadzieścia tysięcy złotych rocznego obrotu z tej hali, jak policzyłam później w księgach, i trzy miesiące na znalezienie nowego miejsca albo zamknięcie interesu. Stał przy oknie biura z tym listem w ręku, czytał go chyba trzy razy, a potem zapytał mnie, gdzie jest teść. Powiedziałam, iż pojechał do klienta odebrać zapłatę za naprawę skrzyni biegów.
Firma z osiemdziesięcioma procentami udziałów została przy Tomku. Ale hala, narzędzia na stałe zamontowane w podłodze, podnośniki kupione przez pana Ryszarda jeszcze przed erą kredytów firmowych — to wszystko wróciło do właściciela nieruchomości. Kasia zabrała syna i przeprowadziła się na jakiś czas do ojca, mówiąc, iż "musi to przemyśleć".
Widziałam pana Ryszarda jeszcze raz, jakieś dwa tygodnie później, kiedy przyszedł odebrać swoje rzeczy z biura. Zapakował do kartonu tę starą teczkę, kalendarz na biurku, zdjęcie wnuka przypięte pineską do korkowej tablicy. Nie powiedział nic złego o zięciu, nie przeklinał, nic. Zapytał mnie tylko, czy mam jeszcze ten numer do tego warsztatu z Woli, bo chciałby wiedzieć, jak im idzie z tym nowym lokalem.













