Warsztat przy Skarżyńskiego, siedem lat pod korek

polregion.pl 4 dni temu

Nazywam się Dariusz Wolak, mam trzydzieści osiem lat i prowadzę warsztat samochodowy na Pradze, przy Skarżyńskiego, tuż koło Dworca Wschodniego. Piszę to, bo moja siostra Kasia wystawiła mnie w internecie jak eksponat w gablocie, więc niech ludzie usłyszą, jak to wyglądało z mojej strony.

Zacznę od tego, iż nigdy nie piłem w warsztacie. To akurat prawda, którą Kasia lubi pomijać. Piłem po robocie, w bloku na Kawęczyńskiej, w kuchni, przy oknie, z widokiem na wiadukt kolejowy. Pociągi jeździły co dwadzieścia minut i ja te dwadzieścia minut odmierzałem kolejnymi kieliszkami. Czystą wódkę trzymałem w trzech miejscach: za pralką, w skrzynce z narzędziami pod ławą warsztatową i w bagażniku starego passata, którego niby remontowałem od czterech lat. Nikt nie zaglądał do bagażnika auta, które i tak nigdy nie miało odjechać.

Zaczęło się dużo wcześniej, niż ktokolwiek myśli. Nie od rozwodu, jak mówi siostra, tylko dwa lata przed nim, kiedy zamknęli fabrykę na Żeraniu, gdzie robiłem jako mechanik na hali. Miałem wtedy dwadzieścia dziewięć lat i pierwszy raz w życiu czułem, iż nikomu nie jestem potrzebny od ósmej do szesnastej. Otworzyłem swój warsztat, bo nie miałem wyjścia, nie dlatego iż marzyłem o własnej działalności. I ten warsztat przez pierwsze dwa lata ledwo się trzymał, klientów było jak na lekarstwo, a ja wieczorami siadałem z butelką, bo to było jedyne, co dawało mi poczucie, iż dzień się w ogóle skończył.

Żona, Ewelina, wytrzymała ze mną cztery lata. Mówiła, iż nie chodzi o litry, tylko o to, iż ja przy niej byłem nieobecny, choćby kiedy siedziałem obok na kanapie. Miała rację, tylko iż wtedy nie potrafiłem tego usłyszeć. Zabrała córkę, Zosię, miała wtedy trzy latka, i wyprowadziła się do matki na Grochów. Ja zostałem w bloku sam, z passatem w garażu i butelką za pralką, i to był dopiero początek zjazdu, nie koniec.

Dno wyglądało konkretnie: dwa i pół litra dziennie, czasem trzy. Rano trzęsące się ręce, więc pierwszy łyk musiał być zanim wziąłem klucz nasadowy do ręki, bo inaczej nie dałbym rady dokręcić choćby koła. Klienci przestali przychodzić, bo trzy razy pod rząd oddałem auto z niedoprawioną naprawą. Kasia przyjeżdżała z Ursusa, gdzie mieszka z mężem, i za każdym razem znajdowała butelkę w innym miejscu. Ona to nazywa polowaniem. Ja to pamiętam jako moment, kiedy siostra, dziesięć lat starsza, stawała w progu mojej kuchni i patrzyła na mnie tak, jakby już mnie pochowała, a ja jeszcze żyłem i musiałem to znosić codziennie.

Punktem zwrotnym nie był żaden wielki dramat z filmu. Zosia miała wtedy pięć lat i przyjechała do mnie na weekend, bo Ewelina się zgodziła spróbować jeszcze raz. Obudziłem się w sobotę koło południa na kanapie, telewizor grał kreskówki, a córka siedziała na dywanie sama, bo nie mogła mnie dobudzić. Nic mi się nie stało, jej też nie, i właśnie to było najgorsze — iż mogło się nie stać nic, a ja i tak wiedziałem, iż następnym razem może się stać wszystko.

W poniedziałek zadzwoniłem do Kasi i powiedziałem jedno zdanie: potrzebuję pomocy, bo sam już nie dam rady. Ona załatwiła miejsce w ośrodku terapii uzależnień w Czarnym Borze pod Karpaczem, bo znajoma z pracy przechodziła tam program rok wcześniej. Osiem tygodni zamkniętego oddziału, potem terapia ambulatoryjna w poradni na Targowej, raz w tygodniu, przez kolejny rok.

Pierwsze dni w Czarnym Borze pamiętam jako ścianę potu i bólu w stawach, bo organizm się buntował. Terapeutka, pani Grażyna, powiedziała mi wtedy jedno zdanie, które zapamiętałem dosłownie: "Pan nie pije, bo jest pan słaby, pan pije, bo nikt panu nigdy nie pokazał, co zrobić z tym, co pan czuje." Siedziałem na tej sali terapeutycznej z ludźmi w moim wieku i starszymi, jeden facet miał sześćdziesiąt dwa lata i pochował przez picie dwa małżeństwa, i patrzyłem na niego jak w lustro, tylko dwadzieścia siedem lat do przodu.

Dziś nie piję trzy lata i cztery miesiące. Warsztat na Skarżyńskiego działa, mam dwóch chłopaków na etacie, w tamten passat wsadziłem wreszcie nowy silnik i sprzedałem go w zeszłym roku za jedenaście tysięcy złotych. Z Eweliną się nie zeszliśmy, ale Zosia, dziś ośmioletnia, przychodzi do mnie co drugi weekend i wie, iż w lodówce stoi tylko oranżada i mleko.

Z Kasią rozmawiamy normalnie, tylko iż ja mam swoją wersję tamtych lat, a ona swoją, i to jest w porządku. Miesiąc temu przyszła do warsztatu z papierami od notariusza — chciała, żebym podpisał, iż rezygnuję z udziału w mieszkaniu po rodzicach na rzecz jej i dzieci, bo to ona się nimi opiekowała ostatnie lata, kiedy ja piłem i nie było mnie przy tacie w szpitalu. Podpisałem bez targowania się, bo wiem, ile razy stawała w progu mojej kuchni, kiedy powinna być gdzie indziej. Odłożyłem klucz nasadowy, wziąłem długopis i podpisałem tam, gdzie wskazała, przy zapachu oleju silnikowego, który wsiąkł mi już chyba w skórę na dobre.

Idź do oryginalnego materiału