Trzy tygodnie temu moja teściowa, Zofia, wylądowała w szpitalu przy Banacha z zapaleniem płuc, a ja, Marek, codziennie rano dzwoniłem do niej dwa razy, zanim jeszcze wstałem od śniadania. Pierwszy telefon o siódmej, żeby sprawdzić, czy dobrze spała, drugi około dziewiątej, kiedy lekarze robili obchód i można było wyciągnąć z niej, co adekwatnie powiedzieli.
Ludzie w rodzinie żony patrzyli na mnie krzywo, odkąd się pobraliśmy. Zięć, który przejął po teściu warsztat samochodowy przy Grochowskiej, a potem, jak mówili, "dorwał się do papierów" i przepisał firmę na siebie. To prawda, iż przepisałem. Nieprawda, iż dorwałem się do czegokolwiek — teść, zanim umarł, sam mnie posadził przy stole z notariuszem i powiedział, iż Zofia warsztatu i tak nie poprowadzi, a córka, moja żona Kasia, pracuje w banku i nie ma czasu w klucze francuskie.
Zofia tego dnia w szpitalu wyglądała nieźle jak na kogoś, kto tydzień wcześniej ledwo łapał oddech. Siedziała oparta o dwie poduszki, telewizor w rogu sali pokazywał powtórkę jakiegoś teleturnieju, dźwięk ledwo słyszalny. Na stoliku obok łóżka stał kubek z resztką herbaty, już zimnej, bo nikt nie zdążył jej dopić.
— Lekarz mówił coś? — spytałem, siadając na krześle, które zawsze się chwiało pod jedną nogą.
— Mówił, iż jak wyniki krwi będą dobre, to może w piątek — odpowiedziała, poprawiając kołdrę. — A ty co, warsztat zamknięty stoi?
— Ognisko odpalił Tomek, nie martw się.
Skłamałem trochę. Tomek, mój pracownik, faktycznie otwierał rano, ale klientów odsyłał, bo brakowało go do wszystkiego naraz. Nie chciałem, żeby Zofia się tym przejmowała, leżąc pod kroplówką.
Kasia w domu prała pościel i kołdrę, żeby matka miała na czym spać po powrocie. Zapach proszku do prania wypełnił cały korytarz, kiedy wróciłem wieczorem — ten sam, którego używała jeszcze jej babcia, bo Kasia twierdziła, iż inny "nie tak pachnie czystością". Ja tego rozróżnić nie potrafiłem, ale nie dyskutowałem.
Problem zaczął się, kiedy zadzwoniła siostra Kasi, Ewa, mieszkająca w Poznaniu. Nie przyjechała do szpitala ani razu, tłumacząc się pracą i dziećmi, ale za to zadzwoniła z pytaniem, czy "coś już ustaliliśmy w sprawie warsztatu na wypadek, gdyby mamie się pogorszyło". Powiedziała to wprost, bez owijania w bawełnę, jakby chciała się upewnić, iż udział w spadku po ojcu jeszcze się nie rozmył.
Powiedziałem jej, iż warsztat jest mój od trzech lat, papiery są u notariusza w Poznaniu przy Święty Marcin, można sprawdzić, i iż rozmowa o "wypadku, gdyby mamie się pogorszyło" jest chora, skoro mama leży w szpitalu i wraca do domu w piątek. Ewa się obraziła, rzuciła słuchawką.
Kasia usłyszała koniec rozmowy z kuchni i spytała, o co poszło. Powiedziałem jej wprost. Nie krzyczała, tylko usiadła przy stole, na którym stała miska z jabłkami — te same, które kupiła dzień wcześniej, żeby zawieźć matce do szpitala, bo Zofia lubiła zielone, kwaśne, a nie te słodkie z marketu przy rondzie.
— Ewa zawsze myślała, iż tata cię wybrał, a nie mnie — powiedziała cicho. — Że to niesprawiedliwe.
— Twój tata wybrał mnie, bo umiem naprawić silnik, a ty nie chciałaś nigdy choćby nauczyć się zmieniać koła.
Zaśmiała się przez łzy, bo to była prawda — kiedyś przebiła oponę na obwodnicy i zadzwoniła do mnie zamiast spróbować sama.
W piątek Zofia wróciła do domu. Lekarz podpisał wypis koło jedenastej, po ostatnich wynikach krwi, które w końcu były w normie. Przywiozłem ją swoim autem, starym passatem po wielu naprawach we własnym warsztacie, bo na nowy nigdy nie było czasu, żeby po niego pojechać do salonu. Kasia czekała w progu z rękami pachnącymi tym samym proszkiem, pościel na łóżku matki świeża, poduszki ułożone tak, jak Zofia lubiła — dwie pod plecami, jedna pod kolanami.
Tydzień później Ewa zadzwoniła znowu, tym razem spokojniej, i spytała, czy mogłaby przyjechać na weekend z dziećmi, zobaczyć mamę. Odebrała Zofia, nie ja. Rozmawiały z pół godziny, ja tylko słyszałem fragmenty z kuchni, gdzie akurat składałem umowę serwisową dla klienta.
Kiedy Zofia odłożyła telefon, weszła do kuchni i usiadła naprzeciwko mnie, kładąc dłoń na blacie tuż obok papierów.
— Powiedziałam Ewie, iż warsztat zostaje tam, gdzie jest — powiedziała. — Że jak chce coś po ojcu, to ma dom w Radomiu, który po mnie dostanie w całości, kiedy przyjdzie na to czas, a warsztat to nie jej sprawa od trzech lat i nie stanie się jej sprawą teraz, choćbym leżała w szpitalu jeszcze dziesięć razy.
Sięgnęła do kieszeni fartucha i wyjęła złożoną kartkę, którą położyła zaraz obok mojej umowy serwisowej. To była kopia aktu notarialnego sprzed trzech lat, ten sam, który Ewa mogła sprawdzić w Poznaniu, gdyby chciała, zamiast dzwonić z pytaniami o "wypadek".
— Trzymałam to na wszelki wypadek — dodała Zofia. — Teraz już nie muszę.
Podarła kartkę na pół, nie z gniewu, tylko dlatego, iż sprawa była zamknięta i papier przestał być jej potrzebny. Wrzuciła kawałki do kosza pod zlewem, nalała sobie herbaty, zielonej, bo lekarz kazał jej odstawić mocną czarną, i usiadła obok mnie przy stole, patrząc, jak wypełniam kolejny formularz dla klienta, który czekał na wymianę sprzęgła.












