Marzena Sobczak od jedenastu lat prowadziła księgowość w warsztacie samochodowym przy Grochowskiej, tym samym, który jej wujek Henryk otworzył jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. Trzy stanowiska, kanał, kompresor, który hałasował jak stary traktor, i tabliczka nad wejściem: "Mechanika Pojazdowa – H. Sobczak". Wujek zmarł w marcu, dwa dni po tym, jak Marzena przywiozła mu grypowe leki z apteki na rogu.
Testamentu nie było. A raczej – był, ale nikt go nie znalazł, bo Henryk trzymał papiery jak leżały, byle gdzie. Prawnik od spadków, pan Kaczorowski, powiedział jej wprost przy kawie w swojej kancelarii na Pradze: skoro wujek nie miał dzieci ani żony, dziedziczy rodzeństwo, a po rodzeństwie – ich dzieci. Ojciec Marzeny, brat Henryka, zmarł już dawno. Zostawała ona i jej kuzyn Dawid, syn drugiej siostry wujka.
Dawid pojawił się na pogrzebie w garniturze, którego Marzena nigdy wcześniej na nim nie widziała. Uścisnął jej rękę przy grobie i powiedział, iż "trzeba będzie usiąść i to jakoś rozdzielić po ludzku". Trzy tygodnie później przyszło pismo od notariusza z Pragi-Południe: Dawid złożył wniosek o dział spadku i chciał przejąć warsztat w całości, spłacając Marzenę gotówką – dwadzieścia tysięcy złotych. Warsztat wart był, licząc ostrożnie, prawie osiemset.
Zadzwoniła do niego tego samego wieczoru. Odebrał po czwartym sygnale, w tle słychać było telewizor.
– Dwadzieścia tysięcy, Dawid? Za połowę warsztatu?
– Marzena, no weź. Ty tam pracujesz jako księgowa, masz etat gdzie indziej, nie musisz się tym zajmować. Ja się na tym znam, skończyłem kurs…
– Kurs spawania w zeszłym roku. To nie to samo co prowadzić firmę.
– Wujek by chciał, żeby to prowadził ktoś z rodziny, kto się zna na mechanice.
– Ja tam pracuję jedenaście lat, Dawid. Znam każdego klienta z imienia.
Zawiesił się na chwilę, potem powiedział, iż musi kończyć, bo akurat coś mu się smaży na patelni, i się rozłączył.
Nie zadzwoniła drugi raz. Zamiast tego następnego dnia po pracy pojechała do warsztatu i przez dwie godziny robiła zdjęcia telefonem: podnośnika, kompresora, regałów z częściami, faktur zakupu sprzętu z ostatnich pięciu lat, które sama zresztą księgowała. Poszła też do sąsiedniego sklepu z częściami samochodowymi, gdzie właściciel, pan Zdzisław, znał ją od lat, i poprosiła, żeby napisał jej, ile średnio miesięcznie warsztat u niego zamawiał – to była twarda liczba, którą można było pokazać rzeczoznawcy.
Tydzień później Dawid zaczął przyjeżdżać do warsztatu bez uprzedzenia. Rozmawiał z klientami, mówił, iż "wkrótce przejmuje interes", raz choćby wziął zlecenie na wymianę oleju i wystawił rachunek na własne nazwisko, mimo iż firma wciąż formalnie należała do spadku po Henryku, a nie do niego. Pracownik warsztatu, pan Robert, zadzwonił do Marzeny zaniepokojony, bo klient przyszedł po fakturę na firmę, a dostał jakiś odręczny świstek z podpisem Dawida.
Marzena poszła wtedy do notariusza sama, z folderem, w którym miała wydruk z KRS niedotyczący (warsztat był jednoosobową działalnością, więc raczej z CEIDG), zaświadczenie od rzeczoznawcy – zamówiła wycenę na własny koszt, tysiąc dwieście złotych – które określiło wartość nieruchomości, sprzętu i tak zwanej wartości firmy na siedemset sześćdziesiąt tysięcy złotych, oraz oświadczenie pana Zdzisława o obrotach. Notariusz, kobieta w okularach z grubą oprawą, przejrzała dokumenty i powiedziała spokojnie, iż przy takiej rozbieżności między propozycją Dawida a wyceną rzeczoznawcy, sąd i tak zarządzi biegłego, więc lepiej od razu zaproponować podział zgodny z realną wartością.
Spotkanie u notariusza wyznaczono na czwartek, szesnastego kwietnia, na jedenastą. Dawid przyszedł spóźniony jedenaście minut, bez teczki, tylko z telefonem w ręku, którym cały czas przewijał coś w mediach społecznościowych, zanim w końcu go schował.
– Widziałem wycenę – powiedział, siadając. – To jakaś pomyłka. Nikt nie da za ten warsztat siedmiuset sześćdziesięciu tysięcy.
– To rzeczoznawca sądowy, Dawid, nie ja to wymyśliłam – odpowiedziała Marzena, kładąc na stole segregator. – Nieruchomość, sprzęt, klientela, obroty za trzy lata. Wszystko podpisane, z pieczątką.
– No to co, mam ci teraz oddać czterysta tysięcy, których nie mam?
– Nie musisz mi niczego oddawać. Możemy sprzedać warsztat na rynku i podzielić się po połowie. Albo ty go przejmujesz i spłacasz mnie połową wyceny w ratach, jak to normalnie się robi przy dziale spadku. Trzysta osiemdziesiąt tysięcy, rozłożone choćby na pięć lat, z zabezpieczeniem hipotecznym na nieruchomości.
– To ja wolę sprzedać – rzucił Dawid, czerwieniejąc na twarzy. – I tak nie mam pieniędzy na spłatę.
Notariusz zapisała to w protokole. Dawid podpisał zgodę na wystawienie warsztatu na sprzedaż komorniczą – a adekwatnie sądową licytację działu spadku – bo nie było innej drogi, skoro nie mógł spłacić drugiej strony, a nie chciał prowadzić firmy wspólnie. Wyszedł z kancelarii bez pożegnania, trzaskając drzwiami tak, iż sekretarka aż podniosła głowę znad komputera.
Licytacja odbyła się dwa miesiące później, w czerwcu, w sądzie rejonowym na Terespolskiej. Marzena przyszła z panem Kaczorowskim i z gotówką, a adekwatnie z zaświadczeniem z banku o zdolności kredytowej na taką kwotę – wzięła kredyt hipoteczny pod zastaw własnego mieszkania, żeby móc wykupić całość. Zaoferowała siedemset osiemdziesiąt tysięcy, o dwadzieścia tysięcy więcej niż wycena, żeby mieć pewność, iż nikt z zewnątrz jej nie przelicytuje. Dawid stał pod salą, nie wszedł choćby do środka – zobaczyła go tylko przez szybę w drzwiach, jak rozmawiał przez telefon, gestykulując.
Warsztat formalnie stał się jej własnością trzeciego lipca. Tego samego dnia zmieniła zamki w biurze i w bramie, zamówiła nową tabliczkę – tym razem z napisem "Mechanika Pojazdowa – M. Sobczak", w tym samym miejscu, gdzie od trzydziestu lat wisiała stara, tylko z innym nazwiskiem na dole. Panu Robertowi podniosła pensję, bo bał się, iż przy zmianie właściciela straci pracę, a został jej najlepszym mechanikiem.
Dawid zadzwonił raz, na początku sierpnia, kiedy zorientował się, iż jego udział – po odliczeniu kosztów licytacji, taksy notarialnej i długu spadkowego, który wujek zostawił po nieopłaconym leasingu na podnośnik – wyniósł niecałe sto sześćdziesiąt tysięcy, mniej niż mu obiecywała jego pierwotna propozycja spłaty. Marzena odebrała telefon, stojąc akurat w kanale przeglądowym, z ręką umazaną smarem.
– Mogłaś mi to po prostu sprzedać za te dwadzieścia tysięcy – powiedział. – Byłoby prościej.
– Dla ciebie może tak – odpowiedziała, wycierając dłoń w szmatę. – Muszę kończyć, mam klienta na czternastą.
Rozłączyła się pierwsza. Na dworze zaczynał mżyć sierpniowy deszcz, taki drobny, iż nie było sensu wyciągać parasola, a pan Robert krzyknął z warsztatu, iż hamulce w renault na kanale trzeba jeszcze dokręcić przed odbiorem.










