Nazywam się Tomasz Wrzesiński, mam trzydzieści sześć lat i od ośmiu jestem mężem Marty. Jej matka, Krystyna, nazywa mnie "ten elektryk" — nigdy po imieniu, zawsze tak, jakby chciała przypomnieć, iż jestem z zewnątrz.
Zacznę od tego, co było naprawdę, nie od tego, co ona opowiada sąsiadkom na klatce przy ulicy Kościuszki w Radomiu.
Ojciec Marty, Zenon, prowadził mały warsztat elektryczny na Glinicach — przezwajał silniki, naprawiał pompy, czasem coś dla zakładów garbarskich. Zmarł w marcu, miał sześćdziesiąt dziewięć lat. Dwa tygodnie przed śmiercią zawołał mnie do siebie, do szpitala na Tochtermana, i powiedział, iż warsztat ma iść na mnie, bo Marta "nie ma do tego ręki", a córki nie będzie krzywdził, bo dom i ogródek w Jedlińsku i tak są jej. Podpisaliśmy to u notariusza przy Żeromskiego, zanim zdążył się rozmyślić albo zanim ktoś go do tego namówił.
Krystyna się o tym dowiedziała na pogrzebie. Stała przy trumnie w czarnym płaszczu, który pamiętam jeszcze z komunii swojej wnuczki, i powiedziała do mnie tylko jedno zdanie: "Ty go okradłeś, kiedy leżał."
Od tamtej pory minęło siedem miesięcy. Codziennie dzwoni do Marty po trzy, cztery razy. Nie pytam już, o czym rozmawiają — wiem, iż o mnie. Przychodzi bez zapowiedzi, zawsze kiedy jestem w domu, nigdy kiedy jestem w pracy. Siada w naszej kuchni na Wośnikach, pije herbatę, którą sama sobie robi, bo "swojej mi nie da", i mówi głośno do Marty przy mnie, jakbym był meblem: iż ojciec umierał na lekach, iż nie wiedział, co podpisuje, iż powinnam — to znaczy Marta — "mieć choć pół warsztatu, bo to krew".
Nie powiem, iż nie rozumiem jej bólu. Straciła męża po czterdziestu jeden latach małżeństwa. Ale ja też go znałem trzynaście lat, zanim umarł, i on wiedział, co robi — bardziej niż kiedykolwiek w ostatnim roku. Kiedy przestał rozpoznawać własną siostrę, mnie rozpoznawał i pytał, czy przezwoiłem już ten silnik od Kowalika.
Tydzień temu przyszła, kiedy akurat naprawiałem w garażu starą kosiarkę sąsiada. Marty nie było — pojechała do siostry do Kielc. Krystyna weszła bez dzwonka, bo ma zapasowy klucz od furtki jeszcze z czasów, kiedy pilnowała domu na wakacjach. Stanęła w drzwiach garażu i zapytała, ile jestem gotów zapłacić, żeby "dała mi spokój". Powiedziałem, iż nic, bo warsztat nie jest na sprzedaż od nikogo kupiony — jest mój, z papieru u notariusza. Wtedy wyjęła z torebki kopię aktu własności domu w Jedlińsku i powiedziała, iż jeżeli nie oddam połowy warsztatu "na papierze", to ona przepisze dom na wnuczkę z pominięciem Marty, bo "skoro mąż ma zabierać, to i żona niech straci".
Tego samego wieczoru, kiedy Marta wróciła z Kielc, powiedziałem jej wszystko. Nie krzyczałem, nie stawiałem ultimatum. Położyłem na stole trzy rzeczy: akt notarialny warsztatu, wydruk z konta firmowego — warsztat jest wyceniany na dwieście osiemdziesiąt tysięcy złotych, bo w kwietniu podpisałem kontrakt serwisowy z zakładem mięsnym w Pionkach na trzy lata — i zapasowy klucz od furtki, który tego dnia wyjąłem z kieszeni Krystyny, kiedy podawałem jej płaszcz do wyjścia.
Marta wzięła klucz do ręki, obracała go między palcami przez chwilę, nic nie mówiąc. Potem zadzwoniła do matki i powiedziała jej, iż przyjedzie w sobotę, żeby pogadać na spokojnie, przy kawie, bez krzyków.
Sobota przyszła szybciej niż myślałem. Krystyna czekała na nas w swoim mieszkaniu na Michałowie, w tym samym czarnym płaszczu — październik, ale ona zawsze marznie. Na stole stały trzy filiżanki, jakby już wiedziała, iż przyjedziemy we dwoje.
Marta nie siadła. Wyjęła z torby teczkę — tę samą, w której nosi dokumenty do pracy w urzędzie skarbowym — i położyła przed matką dwie kartki. Pierwsza to był wydruk z księgi wieczystej domu w Jedlińsku, gdzie od dziś jako współwłaścicielka wpisana jest wyłącznie ona, Marta, bez prawa Krystyny do samodzielnego dysponowania nieruchomością — zrobiły to razem z notariuszem jeszcze w piątek, zanim przyjechaliśmy. Druga kartka to był rachunek za cały miesiąc rozmów telefonicznych Krystyny do Marty — sto dwadzieścia sześć minut dziennie średnio, wydrukowany prosto z operatora.
— Mamo, warsztat tata zapisał Tomkowi, bo chciał, i to jest zamknięte. Dom zawsze był częściowo mój, teraz jest w całości mój na papierze, żebyś nie mogła go nikomu przepisać bez pytania. A to — wskazała na rachunek — to po to, żebyś wiedziała, iż liczę, ile czasu dziennie zabierasz mi na powtarzanie tego samego.
Krystyna sięgnęła po filiżankę, ale nie podniosła jej do ust. Powiedziała tylko, iż nie rozumie, jak córka mogła stanąć po stronie zięcia, a nie matki.
— Nie stoję po jego stronie. Stoję po stronie tego, co tata podpisał, kiedy jeszcze mógł mnie rozpoznać na korytarzu szpitala i powiedzieć mi dzień dobry.
Zostawiłem na stole klucz od furtki — ten sam, który wyjąłem z jej kieszeni tydzień wcześniej. Położyłem go dokładnie pośrodku, między filiżankami. Krystyna popatrzyła na niego, ale go nie dotknęła.
Wyszliśmy. Na schodach Marta wzięła mnie pod ramię, nic nie powiedziała, i tak doszliśmy do samochodu, gdzie zaczęła padać pierwsza w tym roku śnieżna krupa, osiadając na przedniej szybie naszego dwunastoletniego Kangoo.













