Warsztat po sesji: cztery tysiące złotych, których teściowa nie odzyska

twojacena.pl 1 tydzień temu

Warsztat po sesji: dwa i pół tysiąca miesięcznie, którego teściowa się nie doczeka

Ewelina Krajewska od jedenastu lat prowadziła pracownię fotografii ślubnej przy ulicy Kościuszki w Bydgoszczy. Ciasny lokal nad piekarnią, gdzie zimą zawsze pachniało drożdżówkami, a latem trzeba było otwierać okno na oścież, bo klimatyzacja dawno się popsuła i nikt nie miał ochoty jej naprawiać. To miejsce znała lepiej niż własne mieszkanie — każdą rysę na podłodze, każdy skrzypiący stopień schodów prowadzących do sali ze sprzętem.

Teściowa, Barbara Nowicka, przychodziła tam rzadko. Może raz na dwa miesiące, zawsze z tym samym pretekstem: przyniosła zupę, bo Ewelina "pewnie znowu zapomniała zjeść". Siadała na krześle klienckim, popijała herbatę z termosu, który nosiła w torebce, i patrzyła, jak synowa retuszuje zdjęcia. Nigdy nie pytała o ceny, o klientów, o to, ile to w ogóle kosztuje — sprzęt, wynajem, składki. Dla niej to było "hobby, które się jakoś kręci". Mąż Barbary, Zenon, zmarł na zawał cztery lata wcześniej — Ewelina znała go głównie ze zdjęć na kredensie w mieszkaniu teściowej, mężczyzny w kraciastej koszuli, który uśmiechał się do obiektywu przy grillu na działce.

Do dnia, w którym syn Barbary, Piotr, zginął w wypadku na obwodnicy pod Toruniem. Luty, gołoledź, ciężarówka na przeciwnym pasie. Ewelina miała wtedy trzydzieści cztery lata i córkę w drugiej klasie podstawówki.

Pogrzeb był w marcu, w kościele św. Wincentego, a potem — jakieś trzy tygodnie później — Barbara zadzwoniła i powiedziała, iż "musi z nią porozmawiać w sprawach formalnych". Przyszła do pracowni z teczką w plastikowej koszulce, usiadła na tym samym krześle co zawsze i wyjęła kartki.

— To ja sama spisałam, jeszcze zanim Piotr umarł — powiedziała, kładąc dokument na blacie obok komputera. — Rozmawialiśmy o tym rok temu, iż skoro to nasz lokal, to należy mi się tu kącik, dożywotnio i bez czynszu. Piotr się zgodził, tylko nie zdążyliśmy tego u notariusza załatwić jak trzeba. Ale to i tak było ustalone między nami, więc spisałam, jak pamiętałam.

Ewelina wzięła papiery do ręki. Dokument wyglądał jak umowa użyczenia, z datą sprzed pół roku i podpisem, który miał być podpisem Piotra — niepewnym, jakby ktoś kopiował go z innej kartki. Trzydzieści procent powierzchni pracowni miało formalnie należeć do Barbary, dożywotnio, bez czynszu, z prawem swobodnego wstępu.

— To nie jest jego podpis, Barbaro — powiedziała cicho Ewelina, przesuwając kartkę po blacie. — Ja podpis Piotra znam. To nie jest to samo pismo.

— Bo się śpieszył, kiedy podpisywał, ostatnio miał tyle na głowie. — Barbara zabrała kartki z powrotem do teczki, nie patrząc synowej w oczy. — Nie martw się, nie będę ci przeszkadzać. Po prostu chcę mieć tu swój kącik. Może fotel postawię.

Przez kolejny rok ten "kącik" zajął dokładnie połowę sali ze sprzętem. Barbara przywiozła fotel z domu, potem stolik, potem pudła ze starymi zdjęciami rodzinnymi, które chciała kiedyś "poukładać w albumy". Ewelinie zabrakło miejsca na statywy, musiała przesuwać oświetlenie, żeby zrobić przejście. Klienci pytali, dlaczego w rogu stoi meble babci.

A potem zaczęły się rachunki. Barbara przyprowadzała znajome z osiedla — "na sesję za darmo, przecież to twoja teściowa prosi" — i traktowała to jako coś oczywistego, bo przecież ma "swój udział". Kiedy Ewelina odmówiła raz, bo miała już zarezerwowany termin dla płacącej pary, usłyszała, iż jest "niewdzięczna po tym wszystkim, co Piotr dla niej zrobił".

W czerwcu Barbara przyszła z kolejną kartką — tym razem chodziło o czynsz. Ewelina i Piotr płacili jej i Zenonowi tysiąc dwieście złotych miesięcznie na podstawie zwykłej, ustnej umowy najmu, jaką mieli od lat.

— Skoro teraz sama prowadzisz, to i koszty inne — oznajmiła Barbara, siadając na swoim krześle. — Od lipca płacisz cztery tysiące. Tak ustaliłam z prawnikiem od Nowickich, iż mi się to należy, bo przecież lokal wart jest dziś dużo więcej, a poza tym mam swój udział z tej umowy użyczenia.

Ewelina nie zgodziła się na miejscu, ale też nie kłóciła się od razu. Powiedziała tylko, iż musi to przemyśleć, i przez kolejne dwa tygodnie płaciła po staremu, tysiąc dwieście złotych, jak zawsze. Barbara dzwoniła codziennie, pytając, kiedy "dopłaci różnicę", straszyła, iż każe adwokatowi "wyegzekwować to, co się jej należy z tytułu współwłasności".

Punkt zwrotny przyszedł, gdy księgowa, prowadząca rozliczenia pracowni od lat, zapytała wprost, na jakiej podstawie do kosztów wpisany jest czynsz w wysokości tysiąca dwustu złotych miesięcznie płacony Nowickim, skoro Barbara twierdzi, iż ma tu udział z umowy użyczenia — bo to się wzajemnie wyklucza i przy kontroli urząd skarbowy zapyta o to samo. Ewelina umówiła się z prawniczką, Dorotą Sikorą, z kancelarii przy placu Wolności.

Dorota przeczytała rzekomą umowę użyczenia dwa razy, potem sprawdziła księgę wieczystą lokalu.

— Ten lokal nigdy nie był we współwłasności pani męża — powiedziała, odkładając okulary na biurko. — Sprawdziłam wpis. Właścicielami od początku byli tylko pani teściowie, Barbara i Zenon Nowiccy, a po śmierci Zenona cztery lata temu — wyłącznie Barbara, bo przejęła jego udział w spadku. Mąż nigdy nie miał tu nic do przekazania. A ten podpis proszę pokazać jeszcze grafologowi, jeżeli dojdzie do sprawy, bo na oko wygląda na kalkę z innego dokumentu. To, co pani teściowa nazywa umową użyczenia, nie ma żadnej mocy — nie może dać komuś udziału w czymś, czego sama nigdy formalnie nie odstąpiła, a już na pewno nie może tego zrobić w imieniu zmarłego.

Dorota wyjaśniła też sprawę czynszu.

— Umowa ustna, jaką mieliście z Piotrem, to była umowa najmu na czas nieokreślony za tysiąc dwieście złotych. Teściowa nie może pani jednostronnie podnieść stawki do czterech tysięcy, bo taka zmiana wymaga pani zgody — ustnej czy pisemnej, wszystko jedno, ale zgody. Skoro pani się nie zgodziła i płaciła dalej po staremu, to stara stawka obowiązuje aż do wypowiedzenia umowy. Ona może najwyżej wypowiedzieć najem, jeżeli nie odpowiada jej stawka — i chyba właśnie do tego zmierza, tylko robi to naokoło, przez tę fikcyjną umowę użyczenia, żeby zająć lokal bez wypowiadania niczego.

Poradziła jak najszybciej uregulować całą sprawę na piśmie — samej wypowiedzieć najem, zanim zrobi to Barbara, żeby to Ewelina decydowała o terminie wyprowadzki, a nie czekała, aż teściowa się do połowy sali wprowadzi na dobre.

Ewelina nie krzyczała. Nie dzwoniła od razu do teściowej. Za radą Doroty sporządziła pisemne wypowiedzenie ustnej umowy najmu z zachowaniem trzymiesięcznego okresu i wysłała je do Barbary listem poleconym pod koniec czerwca, prosząc dodatkowo o pisemne potwierdzenie odbioru. Barbara podpisała awizo na poczcie, nie czytając, co adekwatnie odbiera — myślała, iż to kolejne pismo od dewelopera w sprawie garaży na osiedlu. Przez kolejne tygodnie Ewelina szukała nowego lokalu — znalazła coś mniejszego, ale własnego, przy ulicy Gdańskiej, dwa przystanki tramwajem od starego miejsca, z osobnym wejściem i miejscem parkingowym dla klientów.

We wrześniu, w piątek po południu, kiedy Barbara jak zwykle przyszła z termosem herbaty, zastała pracownię pustą. Sprzęt, statywy, tła — wszystko przewiezione. Na drzwiach wisiała kartka z numerem telefonu do nowego adresu i informacją, iż umowa najmu lokalu przy Kościuszki wygasła z końcem sierpnia, zgodnie z trzymiesięcznym wypowiedzeniem doręczonym w czerwcu.

Zadzwoniła tego samego wieczoru, głos jej się łamał.

— Co ty zrobiłaś? To był dom Piotra, ja miałam tu przecież dopłacać… to znaczy dopłacić mi miałaś, ja miałam tu swoje miejsce…

— Nie miałaś, Barbaro, i nie dopłaciłam ci, bo nie musiałam. — Ewelina siedziała już w nowym biurze, na blacie leżała umowa najmu podpisana wyłącznie na jej nazwisko, obok segregator z całą dokumentacją od Doroty. — Sprawdziłam księgę wieczystą. Ten lokal był i jest tylko twój, po Zenonie też przeszedł na ciebie. Piotr nigdy nie mógł ci nic użyczyć, bo nic tam nie miał, a ten podpis pod twoim papierem to nie jego ręka, dobrze o tym wiesz. Płaciłam wam czynsz jak każdy najemca, tysiąc dwieście, i tyle płaciłam dalej, kiedy zażądałaś czterech tysięcy, bo nie miałaś prawa tak podnieść stawki beze mnie. Wysłałam ci wypowiedzenie zgodnie z przepisami, odebrałaś je i podpisałaś potwierdzenie — to wystarczyło, żebym się rozejrzała za czymś swoim.

W słuchawce było cicho, tylko oddech i gdzieś w tle telewizor.

— A moje rzeczy? Fotel, pudła ze zdjęciami?

— Stoją u mnie w garażu, możesz odebrać w każdą sobotę do dwunastej. Podam ci adres SMS-em. A jeżeli chcesz iść do adwokata z tą umową użyczenia, to niech ją najpierw pokaże grafologowi, bo Dorota już to zrobi, gdy tylko przyślesz jakiekolwiek pismo. Mam dość papierów na dziś.

Rozłączyła się, odłożyła telefon na segregator i wróciła do retuszu zdjęć z sobotniej sesji — pary, która wzięła ślub w ratuszu przy Starym Rynku, tego samego dnia, kiedy osiem lat wcześniej ona sama wychodziła za Piotra.

Idź do oryginalnego materiału