Klucze do warsztatu ważyły więcej niż powinny — Halina Wójcik czuła to za każdym razem, gdy wyjmowała je z kieszeni fartucha. Trzydzieści dwa lata pracowała w tym samym miejscu na obrzeżach Radomia, przy ulicy Wjazdowej, gdzie ojciec kiedyś naprawiał pierwsze polonezy, a ona po jego śmierci przejęła interes i nauczyła się liczyć każdą złotówkę. Teraz miała sześćdziesiąt jeden lat, ręce pokryte drobnymi bliznami po kluczach francuskich i syna, który od trzech miesięcy nie odzywał się inaczej niż przez SMS-y.
Bartek zjawił się w warsztacie w środę, około czternastej, kiedy zapach smaru mieszał się z wonią frytek z budki naprzeciwko. Miał ze sobą teczkę — nie, żeby przywieźć matce obiad, tylko dokumenty od notariusza.
— Mamo, musisz to podpisać.
— Co podpisać? Nie umówiliśmy się na nic.
— Przecież rozmawialiśmy. Warsztat i tak kiedyś ma być mój.
Halina nie odpowiedziała od razu. Wytarła ręce w szmatę wiszącą przy skrzynce z narzędziami — tę samą szmatę, którą ojciec zawiązywał sobie na szyi, kiedy było gorąco. W radiu leciała stara piosenka Budki Suflera, ktoś ją zawsze puszczał o tej porze, a ona nagle złapała się na tym, iż liczy takty zamiast słuchać syna.
— Kiedy ma być twój, to będzie. Po mnie. Nie teraz.
— Ale ja mam plany. Chcę wziąć kredyt na nowy podnośnik, bank chce zabezpieczenie na nieruchomości. Jak nie zapiszesz teraz, to stracę czas.
Za oknem przejechał autobus linii 5, dzieciak z sąsiedniego bloku kopał gumową piłkę o mur warsztatu, głucho i miarowo, jakby odmierzał czas tej rozmowy. Halina spojrzała na syna i pomyślała, iż ma dokładnie taki sam grymas jak jego ojciec, kiedy tamten postanowił, iż zostawia ją z dwuletnim dzieckiem i kredytem na dom.
— A jeżeli powiem nie?
— To znaczy, iż mi nie ufasz.
Nie odpowiedziała. Podpisała się tylko na liście obecności pracownika, który akurat przyszedł odebrać wypłatę — bo to musiała zrobić, to była jej odpowiedzialność. Papierów od notariusza nie tknęła.
Przez kolejny miesiąc Bartek dzwonił rzadziej, a kiedy dzwonił, mówił krótko, jakby oszczędzał słowa na coś ważniejszego. Za to zaczęła przyjeżdżać jego żona, Marta — nie na kawę, tylko z pytaniami o księgi wieczyste, o to, ile warsztat jest wart, czy Halina ma testament. Raz przywiozła choćby ciastka z cukierni na Żeromskiego, ale nie zostały tknięte, stały na blacie obok faktur, aż wyschły.
Halina prowadziła interes dalej. Przyjmowała klientów, robiła przeglądy przed badaniem technicznym, sprzątała hale po godzinach, bo pracownik od sprzątania odszedł, a nowego nie było czasu szukać. W listopadzie, kiedy pierwszy śnieg zasypał podjazd, poślizgnęła się przy wynoszeniu kubła ze śmieciami i złamała nadgarstek. Do syna zadzwoniła sąsiadka, nie ona sama — bo nie chciała prosić.
Bartek przyjechał do szpitala. Postał chwilę przy łóżku, zapytał, czy boli, a potem, zanim wyszedł, rzucił jakby mimochodem:
— Mamo, teraz to już naprawdę powinnaś pomyśleć o przyszłości warsztatu. Nie dasz rady sama.
Tego dnia coś w niej się zamknęło ostatecznie — nie ze złości, tylko jak zatrzaśnięte drzwiczki skrzynki na narzędzia, których się już nie otwiera bez klucza.
Wyszła ze szpitala po czterech dniach z gipsem na lewej ręce. Zamiast jechać do domu, kazała taksówkarzowi zawieźć się prosto do kancelarii przy placu Konstytucji, gdzie od lat załatwiała sprawy podatkowe. Mecenas Zieliński znał ją jeszcze z czasów, kiedy pomagał rejestrować firmę po ojcu.
— Pani Halino, w tym stanie? Może poczeka pani do zdjęcia gipsu.
— Nie. Chcę to załatwić dzisiaj.
Podpisała dokument przekazujący pięćdziesiąt jeden procent udziałów w warsztacie fundacji pomagającej młodzieży z pieczy zastępczej uczyć się zawodu mechanika — tej samej, z którą współpracowała od dwóch lat, przyjmując praktykantów. Pozostałe czterdzieści dziewięć procent zostawiła sobie, z zapisem, iż po jej śmierci przejdą na tę samą fundację, nie na syna. W papierach figurowała kwota: warsztat wyceniono na trzysta osiemdziesiąt tysięcy złotych.
Bartek dowiedział się dwa tygodnie później, kiedy do warsztatu przyszła pracownica fundacji z ramienia zarządu, żeby ustalić grafik pierwszych praktykantów. Przyjechał tego samego wieczoru, czerwony na twarzy, z Martą siedzącą w samochodzie, bo nie chciała wysiadać.
— Co ty zrobiłaś? To miało być moje!
— Miało być twoje, jak mnie zabraknie. Nie wcześniej i nie na twoich warunkach.
— To jest zdrada rodziny.
— Zdradą było przyjeżdżać do mnie z notariuszem, zanim spytałeś, jak się czuję po złamanej ręce.
Bartek stał jeszcze chwilę na środku hali, między podnośnikiem a regałem z oponami, jakby czekał, iż matka się cofnie. Nie cofnęła się. Wyjęła z szuflady biurka kopertę z kopią aktu notarialnego i położyła ją na blacie, obok zdjęcia ojca w kombinezonie roboczym z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego trzeciego roku.
— Możesz przyjeżdżać naprawiać samochody. Będziesz miał u mnie robotę, jeżeli chcesz. Ale warsztat już nie czeka na twój podpis.
Wyszedł bez słowa. Trzasnęły drzwi samochodu, silnik zawył głośniej niż trzeba, opony zapiszczały na mokrym asfalcie ulicy Wjazdowej. Halina zamknęła kopertę z powrotem do szuflady, poprawiła gips jedną ręką i wróciła do klienta czekającego przy ladzie z fakturą za wymianę hamulców.












