Ilona Zaremba miała czterdzieści trzy lata i warsztat samochodowy na Bemowie, który odziedziczyła po ojcu razem z bratem. Krzysztof – dwa lata młodszy, mechanik z zawodu, choć od dawna wolał siedzieć w biurze i liczyć marże – twierdził, iż to on prowadzi firmę, więc udział siostry jest czysto papierowy.
Warsztat stał przy Powstańców Śląskich, w bloku garaży wybudowanych jeszcze za komuny, ojciec kupił go w dziewięćdziesiątym trzecim za grosze i przez trzydzieść lat naprawiał tam citroeny sąsiadów. Pachniało olejem i spalonym metalem, na ścianie wisiał kalendarz z Miss Tuning z dwa tysiące jedenastego roku, którego nikt nie zdjął.
Ojciec umarł w marcu, w Szpitalu Bielańskim, w sali na czterech łóżek, gdzie telewizor pod sufitem grał codziennie te same wiadomości o dwunastej. Ilona siedziała przy nim ostatnie noce, przynosiła mu kompot z czarnej porzeczki, bo szpitalna herbata była niedobra. Krzysztof wpadał na chwilę, zwykle po pracy, zawsze z telefonem w ręku.
Testamentu nie było. Notariusz w kancelarii na Górczewskiej powiedział jasno: pół na pół, zgodnie z ustawą. Krzysztof podpisał się pod tym w kwietniu bez słowa sprzeciwu.
A potem, w lipcu, przyszedł list z sądu rejonowego.
Wniosek o zniesienie współwłasności. Krzysztof żądał wykupienia jej udziału za sto dwadzieścia tysięcy złotych – i to w ratach, po dwa tysiące miesięcznie, bez odsetek. Wycena rzeczoznawcy, którą sam zamówił, mówiła o wartości całego biznesu razem z nieruchomością na poziomie ośmiuset trzydziestu sześciu tysięcy.
– To jest twoja połowa, liczyłem uczciwie – powiedział przez telefon, kiedy zadzwoniła.
– Uczciwie liczyłeś sto dwadzieścia z czterystu osiemnastu?
– Ty tam nie pracujesz. Ja tam pracuję codziennie. To się liczy.
Rozłączyła się, bo nie chciała krzyczeć na klatce schodowej, gdzie akurat sąsiadka wynosiła śmieci i teraz udawała, iż szuka czegoś w torbie.
Zadzwoniła do kancelarii adwokackiej na Woli, do pani Doroty Sęk, którą poleciła jej koleżanka z pracy – Ilona projektowała wnętrza biur, siedziała głównie w AutoCadzie i nigdy w życiu nie miała sprawy w sądzie.
– Proszę pani, on ma prawo złożyć taki wniosek – powiedziała mecenas Sęk, przeglądając papiery przy kawie, która już wystygła. – Ale sąd nie musi zgodzić się na jego cenę. Ma pani prawo do rzeczoznawcy niezależnego.
Zamówiły drugą wycenę, u rzeczoznawcy z Krakowa, żeby nikt nie mógł powiedzieć, iż to "swój człowiek". Facet przyjechał w sierpniu, chodził po warsztacie z metrem i tabletem, fotografował podnośniki, sprawdzał księgi przychodów za pięć lat.
Wycena przyszła we wrześniu. Czterysta osiemnaście tysięcy złotych za połowę – licząc grunt, budynek, sprzęt i tak zwaną wartość firmy jako działającego biznesu z klientelą.
Krzysztof, kiedy dostał kopię, przyjechał do niej bez uprzedzenia, w sobotni wieczór, kiedy akurat robiła zapiekankę dla córki i jej chłopaka.
– Ty chcesz mnie zrujnować – powiedział od drzwi, nie zdjąwszy butów. – Ja będę musiał brać kredyt na całe życie.
– A ja mam ci go podarować, bo ty tam stoisz w kombinezonie, a ja siedzę w biurze?
– Tata by chciał, żebym ja to prowadził.
– Tata umarł bez testamentu, Krzysiek. To znaczy, iż nie zdążył powiedzieć, co by chciał.
Chłopak córki, Maciek, wyszedł z kuchni zapytać, czy wszystko w porządku, i Krzysztof spojrzał na niego tak, iż ten wrócił do kuchni bez słowa.
Sprawa trafiła do Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa w listopadzie. Sędzia – kobieta w okularach, która mówiła cicho, ale każde słowo ważyła – kazała na pierwszej rozprawie stronom spróbować mediacji. Mediator, starszy pan z kancelarii przy Marszałkowskiej, spotkał się z nimi trzy razy. Krzysztof na trzecim spotkaniu zaproponował sto sześćdziesiąt tysięcy. Ilona powiedziała, iż nie zejdzie poniżej trzystu pięćdziesięciu.
– Nie masz gdzie wziąć takich pieniędzy, wiesz to – powiedział jej po tym spotkaniu, na parkingu, otwierając drzwi swojego pikapa.
– To nie mój problem, gdzie ty weźmiesz pieniądze na coś, co jest w połowie moje.
Rozprawa merytoryczna wypadła w lutym. Sędzia wysłuchała obu wycen, zapytała rzeczoznawcę z Krakowa o metodologię, spytała Krzysztofa, dlaczego zamówił wycenę u kolegi ze studiów, z którym – jak się okazało z dokumentów – grał w piłkę w jednej lidze amatorskiej od ośmiu lat.
Wyrok zapadł w kwietniu, rok po śmierci ojca. Sąd przyznał warsztat Krzysztofowi w całości, zobowiązując go do spłaty na rzecz Ilony dopłaty w wysokości trzystu dziewięćdziesięciu tysięcy złotych w terminie sześciu miesięcy, z odsetkami, jeżeli nie zdąży.
Krzysztof nie miał takich pieniędzy. Bank odmówił mu kredytu na tę sumę, bo warsztat jako zabezpieczenie wyceniano właśnie na te sporne czterysta osiemnaście, a nie na sto dwadzieścia, które wpisał sobie do głowy.
We wrześniu, sześć miesięcy po wyroku, zadzwonił komornik. Nie do Ilony – do Krzysztofa. Warsztat trafił na licytację komorniczą, ponieważ dłużnik nie uregulował zobowiązania w terminie, a Ilona – na radę mecenas Sęk – złożyła wniosek egzekucyjny, żeby nie czekać w nieskończoność na "jakoś to będzie".
Licytacja odbyła się w listopadzie, w sali Sądu Rejonowego przy Ogrodowej. Kupił warsztat inny mechanik z Bemowa, Rafał Ostrowski, który od lat wynajmował mniejszy boks dwie ulice dalej i od dawna szukał większej powierzchni. Zapłacił czterysta dwa tysiące – kwotę, z której po odliczeniu długów i kosztów egzekucji Ilona dostała swoją część w całości, a Krzysztofowi zostało kilka ponad dwadzieścia tysięcy.
Stała na chodniku przy Powstańców Śląskich w dniu, kiedy Rafał wieszał nową szyld z własnym nazwiskiem. Kalendarz z Miss Tuning z dwa tysiące jedenastego ktoś w końcu zdjął ze ściany – zobaczyła go przez okno, złożony i wystawiony razem z innymi rzeczami do wyrzucenia.
Krzysztof zadzwonił do niej tego samego dnia, po południu.
– Jesteś zadowolona? – zapytał.
– Nie jestem ani zadowolona, ani nie jestem. Odebrałam swoją część po tym, jak ty próbowałeś wziąć moją za jedną trzecią jej wartości. To wszystko.
– Tata by się wstydził tego, co zrobiłaś.
– Tata by się wstydził tego, iż próbowałeś oszukać własną siostrę na dwieście dziewięćdziesiąt osiem tysięcy złotych. Ale jego już nie ma, żeby powiedzieć nam, co myśli.
Rozłączyła się i schowała telefon do torebki, tej samej, w której od kwietnia nosiła teczkę z kopią wyroku – już niepotrzebną, ale jeszcze nie wyrzuconą. Rafał przybijał ostatnią literę szyldu, "K" od "Ostrowski", i słońce odbijało się w niej tak, iż Ilona musiała odwrócić wzrok.











