Warsztat po kątem kamery

newsempire24.com 4 dni temu

Nazywam się Dawid Przecławski, mam trzydzieści cztery lata i od dziecka choruję na zanik mięśni rdzeniowy. Siedzę na wózku, odkąd skończyłem jedenaście lat, i tego dnia, kiedy Marta napisała do mnie pierwszy raz, akurat próbowałem sam zapiąć bluzę, bo asystent miał przyjść dopiero za godzinę.

To było w 2018 roku. Prowadziłem wtedy kanał na YouTube, nagrywałem z Krakowa krótkie filmy o tym, jak wygląda zwyczajny dzień człowieka na wózku — jak robię zakupy w Biedronce, jak pakuję sprzęt na pociąg do Warszawy, jak się śmieję z tego, iż winda w moim bloku znowu nie działa. Nie robiłem z tego dramatu. Chciałem tylko pokazać, iż da się żyć normalnie, tylko inaczej.

Marta zobaczyła jeden z tych filmów przypadkiem, bo kolega jej puścił link na grupie na Facebooku. Miała dwadzieścia sześć lat, pracowała jako logopedka w poradni na Podgórzu i, jak mi później powiedziała, nie napisała do mnie z litości ani z ciekawości, jak wygląda życie na wózku. Napisała, bo się ze mnie uśmiała — dosłownie, głośno, w autobusie linii 194, i ludzie się na nią odwrócili.

Jej wiadomość była krótka. Coś w stylu: "Oglądałam Twój filmik o tym pociągu i śmiałam się tak, iż ktoś mi dał chusteczkę, myśląc, iż płaczę. Mam pytanie o logopedię dla pacjentów z SMA, ale głównie chciałam napisać, iż masz dobre poczucie humoru."

Odpisałem jej po trzech dniach, bo bałem się, iż wyjdzie na coś głupiego. Napisałem o poradni, o ćwiczeniach, które robię z fizjoterapeutką, i na końcu dodałem, iż chusteczka w autobusie to najlepsza recenzja, jaką dostałem.

Pisaliśmy tak ze sobą przez pięć miesięcy, zanim się w ogóle zobaczyliśmy na żywo. Umówiliśmy się w kawiarni na Kazimierzu, tej z zielonymi markizami przy Miodowej, bo miała podjazd i stolik bez krzeseł pod blatem, żebym mógł podjechać wózkiem. Marta przyszła pół godziny wcześniej, żeby sprawdzić, czy to prawda — zadzwoniła do mnie z chodnika i powiedziała, iż już siedzi, i iż zamówiła dla mnie kawę, bo widziała w filmiku, iż piję z rurką, i kupiła rurki wcześniej w drogerii.

Mój asystent, Grzesiek, który wtedy jeszcze u mnie pracował, powiedział mi po tym spotkaniu jedną rzecz, której nie zapomnę: "Ona nie patrzyła na wózek ani razu. Patrzyła na ciebie, kiedy mówiłeś coś głupiego, i czekała, aż dokończysz żart."

Ślub wzięliśmy w 2021 roku, w kościele w Mogilanach, bo tam Marta miała chrzest, a ja po raz pierwszy w życiu musiałem przejechać wózkiem po kamiennych płytach, które ułożono jeszcze przed wojną — fizjoterapeutka żartowała, iż to był najcięższy przejazd w mojej karierze.

Rok później zaczęliśmy próbować mieć dziecko. Trzy cykle in vitro w klinice na Dietla się nie udały. Po trzecim Marta wyszła z gabinetu, usiadła na schodach przed budynkiem i powiedziała, iż nie wie, czy ma siłę na czwarty. Ja wtedy nie umiałem jej nic obiecać, bo sam nie wiedziałem, czy to się kiedyś uda. Powiedziałem tylko, iż zostanę z nią, cokolwiek się stanie, i iż to jedyna rzecz, którą naprawdę mogę zagwarantować.

Za czwartym razem się udało. Dowiedzieliśmy się w kwietniu tego roku, a termin wyznaczono na styczeń.

Mieszkanie trzeba było przebudować od zera, bo łóżeczko musiało stać tak, żebym mógł do niego podjechać wózkiem elektrycznym bez pomocy, a Marta pracowała na trzy zmiany w poradni i czasem wracała po dwudziestej drugiej. Kolega ze studiów, Bartek, stolarz z Niepołomic, sam z siebie przyjechał w sierpniu i zrobił nam szafkę na pieluchy z półką na wysokości mojego wózka, żebym mógł sam przewinąć dziecko bez czekania na kogokolwiek. Nie wziął za to złotówki. Powiedział tylko, żebyśmy go zaprosili na chrzciny.

Dwa tygodnie temu zadzwoniła do mnie moja matka, Teresa. Od dawna była przeciwna temu, żebyśmy mieli dziecko — mówiła, iż nie dam rady, iż to nieodpowiedzialne wobec Marty, iż zostawię na niej cały ciężar. Nie kłamała, mówiąc to, co myślała, więc się na nią nie obrażałem, tylko przestałem z nią o tym rozmawiać.

Tamtego dnia zadzwoniła i powiedziała, iż widziała na naszym kanale filmik, jak razem z Bartkiem montujemy tę szafkę, i iż po raz pierwszy przyznaje, iż może się myliła. Nie powiedziałem jej "a nie mówiłem". Powiedziałem tylko, iż szafka ma wymiary 70 na 45 centymetrów i iż jeżeli chce, może przyjechać w styczniu i sama zobaczyć, jak to działa.

Odłożyłem telefon na stolik przy wózku, tam gdzie zawsze leży ładowarka i pilot do telewizora, i spojrzałem na Martę, która siedziała na kanapie z laptopem, sprawdzając ceny fotelika samochodowego. Nie powiedziałem jej, co powiedziała moja matka. Powiedziałem tylko: "W styczniu będzie nas czworo w tym mieszkaniu, licząc szafkę Bartka." Marta zamknęła laptopa, podeszła do mnie i usiadła na podłodze tak, jak zawsze siada, kiedy chce rozmawiać na wysokości moich oczu, i zapytała, czy mam ochotę na herbatę z imbirem, bo ona sama już nie może.

Idź do oryginalnego materiału