Nazywam się Barbara Kozioł, mam pięćdziesiąt trzy lata i od jedenastu lat prowadzę punkt zbiórki odpadów przy nabrzeżu w Toruniu. Pracuję tam, gdzie Wisła robi zakole koło starego spichlerza — zapach mułu, rdzy i smażonych precli ze straganu obok to pierwsze, co człowiek czuje rano. Nie jestem bohaterką tej historii. Jestem tą, która waży worki i wpisuje liczby w zeszyt.
Chłopaka, o którym chcę opowiedzieć, znam tylko z imienia — Kuba, trzydzieści jeden lat, prowadził z ojcem małą firmę wywozową, dwa busy i przyczepa. Przyszedł do nas po tym, jak zabrali mu ten kawałek nabrzeża, który wynajmował od miasta pod magazyn. Nie znam całej historii, bo nie moja sprawa — ale słyszałam, jak tłumaczył koleżance z fundacji, iż wujek, który był współwłaścicielem działalności, wypisał go z umowy, kiedy ojciec Kuby zachorował i nie mógł już pilnować papierów. Cztery lata pracy, flota, klienci — zostało przy wujku. Kubie zostały dwa busy zarejestrowane na niego osobiście i długi za paliwo.
Przyszedł pierwszy raz w kwietniu, w gumiakach, z workami po pięćdziesiąt kilo. Nie mówił wiele. Ważyłam mu plastik, on patrzył na wagę, jakby to była ostatnia rzecz, która mu jeszcze wychodziła.
— Ile to dzisiaj? — spytał.
— Sto dwadzieścia dwa kilo.
— To mniej niż wczoraj.
— Deszcz padał, ludzie nie wychodzili na brzeg.
Nie skomentował. Zapisał coś w telefonie i poszedł do następnego worka.
Fundacja, z którą współpracujemy, wsparta pieniędzmi z tej amerykańskiej akcji internetowej — tej, co zbierała na usuwanie śmieci z rzek i plaż, ponad sto trzydzieści milionów złotych uzbierali w sumie — postawiła u nas jedno z tych urządzeń pływających, które łapią odpady z wody, nim trafią do Bałtyku. Kuba zgłosił się do obsługi tej maszyny na zlecenie, bo miał prawo jazdy na przyczepę i znał nabrzeże jak własną kieszeń. Płacili od tony, nie od godziny. Pierwszego miesiąca zarobił osiemset dwadzieścia złotych. Drugiego — tysiąc sto. Nie narzekał, choć widziałam, iż liczy w głowie, ile to wobec rat za busy.
We wrześniu przyjechał wujek. Czarny Passat, nowe felgi, zaparkował tak, iż zablokował nam rampę do ważenia. Wyszedł, rozglądał się po nabrzeżu, jakby oceniał, czy warto wracać do rozmowy.
— Kuba, musimy pogadać o fakturach za paliwo z zeszłego roku.
— Nie mam ich przy sobie.
— To ty je zgubiłeś?
— Nie, ty je masz. Razem z firmą.
Nie powiedział nic więcej. Wrócił do ważenia worków. Wujek postał chwilę, popatrzył na mokre siatki rozłożone na płycie betonowej, na błoto na butach chłopaka, i wsiadł do samochodu. Nie wrócił tego dnia po odpowiedź.
Minęło sześć tygodni. Kuba zebrał z pracy przy urządzeniu i przy workach dokładnie siedemnaście tysięcy czterysta złotych — zapisywałam każdą dostawę, więc wiem to na pewno. Z tego spłacił zaległość za jeden bus, drugi sprzedał kuzynowi za cenę złomu, bo nie dał rady utrzymać dwóch. Zostało mu jedno auto, czyste papiery na jego nazwisko i koniec zależności od firmy, której już nie miał.
W listopadzie wujek przyjechał znowu, tym razem bez Passata — ktoś go podwiózł. Stał przy wejściu do punktu, czekał, aż Kuba skończy ważyć ostatni worek tego dnia.
— Słyszałem, iż sprzedałeś bus.
— Tak.
— Mogłeś przyjść, pogadać, dałbym ci lepszą cenę.
— Nie musiałem już z tobą rozmawiać o niczym.
Kuba zamknął zeszyt dostaw, który teraz prowadzi sam, bez udziałów wujka, podał mi go do podpisu i wyszedł do przyczepy. Wujek stał jeszcze przy barierce, ręce w kieszeniach kurtki, i patrzył, jak odjeżdża jedyny bus, którego już nikomu nie musi tłumaczyć.
Zważyłam ostatni worek tego dnia — sto osiemnaście kilo plastiku z Wisły, mniej niż w kwietniu, bo rzeka w listopadzie już nie niesie tyle, co po wiosennych deszczach. Zapisałam liczbę w zeszycie i zgasiłam światło nad rampą.













