Half do dwunastej, a w warsztacie wciąż paliło się światło. Bożena stała przy oknie, patrzyła na neon myjni po drugiej stronie ulicy Grzybowskiej i liczyła w głowie, ile razy jeszcze powtórzy to samo zdanie, zanim ktoś je usłyszy.
— Tomek, muszę z tobą pogadać. Poważnie.
Syn nie odrywał się od laptopa. Na ekranie migał arkusz z fakturami za części do citroënów — to była specjalność warsztatu, odkąd przejęli go po ojcu Bożeny, dwadzieścia jeden lat temu. Dwadzieścia jeden lat harówki, żeby z dwóch kanałów i jednego podnośnika zrobić serwis z czterema stanowiskami i umową na obsługę floty taksówek.
— Za chwilę, mamo. Robię rozliczenie z Damianem.
Damian to był mąż Kasi, córki Bożeny. Przyszedł do warsztatu trzy lata temu, na próbę, bo szwagier akurat skończył kurs mechatroniki i szukał roboty. Zaczynał od wymiany opon i wulkanizacji. Dziś miał klucz do biura, kod do sejfu i, jak się okazało dzisiaj rano, podpis na umowie przeniesienia połowy udziałów.
Bożena dowiedziała się o tym przypadkiem, od księgowej. Pani Iwona zadzwoniła zapytać, czy ma już wystawiać dokumenty na spółkę cywilną „Tomasz Wojnar, Damian Sadowski" — bo taki wniosek przyszedł do niej mailem w poniedziałek.
— Jaką spółkę? — spytała wtedy Bożena, trzymając słuchawkę tak mocno, iż zbielały jej knykcie.
— No jak to jaką. Tomek nie mówił? Damian ma teraz pięćdziesiąt procent. Podobno taki był plan od dawna.
Plan od dawna. Bożena postawiła czajnik na gazie, patrzyła, jak płomień liże dno, i zdała sobie sprawę, iż nikt jej o żadnym planie nie pytał. To ona w dwa tysiące piątym wzięła kredyt w Kredyt Banku na drugi kanał. To ona, gdy mąż umarł, sama jeździła po dostawców, bo nikt inny nie znał cen na Uralu i na oryginały. A teraz jej syn, bez słowa, oddawał połowę tego wszystkiego zięciowi, który u nich pracuje trzeci rok.
Wieczorem przyjechała do warsztatu z papierową torbą pełną drożdżówek z osiedlowej piekarni na Woli — jakby to była zwykła wizyta. W torbie, pod ciastkami, miała odbitkę wniosku, którą pani Iwona przesłała jej mailem.
— Usiądź, Tomek.
— Mamo, ja wiem, o co chodzi, i zaraz ci wytłumaczę.
— To tłumacz.
Zza kurtyny z plandeki, którą oddzielali kanał od biura, wyszedł Damian. Miał na sobie kombinezon roboczy, na rękach ślady smaru, których nie zmył choćby mydłem z pumeksem. Popatrzył na teściową i, zamiast się tłumaczyć, powiedział to, czego Bożena zupełnie się nie spodziewała:
— To ja to zaproponowałem. Nie Tomek.
— Świetnie. To ty mi powiedz, dlaczego dowiaduję się od księgowej, a nie od żadnego z was.
Milczenie trwało chwilę za długo. Za oknem przejechała nocna śmieciarka, terkocząc na wybojach jak zawsze o tej porze. Tomek w końcu odłożył długopis.
— Bo wiedziałem, iż powiesz nie. A Damian ciągnie ten warsztat razem ze mną od trzech lat, mamo. Zostaje po godzinach, robi grafiki, rozmawia z dostawcami po angielsku, bo teraz sprowadzamy części z Niemiec. Zasłużył.
— Zasłużył na pensję. Nie na połowę firmy, którą budowałam z twoim ojcem, kiedy ty jeszcze chodziłeś do podstawówki na Kasprzaka.
Damian wytarł ręce w szmatę wiszącą przy skrzynce z narzędziami.
— Pani Bożeno, ja rozumiem, iż to boli. Ale ja też mam rodzinę. Kasia jest w ciąży, wie pani o tym?
Nie wiedziała. Poczuła, jak coś w niej się łamie i skleja jednocześnie — złość i coś, co przypominało ulgę, iż wreszcie zostanie babcią, wymieszane w jedno gorące uczucie, którego nie umiała nazwać.
— To tym bardziej powinniście byli ze mną porozmawiać, zamiast robić to za moimi plecami.
— A ty byś się zgodziła? — zapytał cicho Tomek.
— Nie wiem. Ale to nie wasza decyzja, tylko moja. Ja jestem właścicielką tego warsztatu. Nie ty, Tomek. Ja.
To była prawda, o której wszyscy jakby zapomnieli — po śmierci męża cały biznes formalnie przepisano na Bożenę, a Tomek dostał tylko pełnomocnictwo do prowadzenia bieżących spraw. Nikt nigdy nie sięgnął po dokumenty, bo nikt nie musiał. Do teraz.
Damian utkwił oczy w swoich butach, zabłoconych przy podeszwach od kałuży na podjeździe.
— To znaczy, iż ten wniosek jest nieważny?
— To znaczy, iż jutro rano pojedziemy do notariusza na Chłodnej i unieważnimy to świństwo. A potem usiądziemy we trójkę, z Kasią, i pogadamy jak ludzie, a nie jak złodzieje po nocy.
Nikt się nie sprzeciwił od razu, choć Tomek wciąż siedział z rękami skrzyżowanymi na piersi, jakby czekał na moment, żeby coś jeszcze dorzucić. Nie dorzucił. Patrzył w podłogę, jakby liczył pęknięcia w wylewce betonowej, które od lat obiecywał załatać.
Rano notariusz, pan Wieczorek, kancelaria dwie przecznice od placu Grzybowskiego, przyjął ich bez kolejki, bo Bożena była u niego klientką od lat — jeszcze przy sprawach spadkowych po mężu. Podpisała unieważnienie wniosku o zmianę udziałów. Koszt — trzysta osiemdziesiąt złotych, które zapłaciła z własnej karty, żeby nikt nie mógł powiedzieć, iż to była wspólna decyzja rodzinna.
Potem, w warsztacie, przy kawie z automatu, który stał w kącie odkąd Bożena pamiętała, rozłożyła nowy dokument. Nie odmowę. Umowę.
— Damian dostaje piętnaście procent udziałów, płatnych z przyszłych zysków firmy, rozłożonych na pięć lat, jeżeli zostanie i będzie pracował tak jak dotąd. Nie za darmo, na próbę, po cichu, tylko jawnie, na papierze, ze mną jako współwłaścicielką głównego pakietu.
— Piętnaście? — Damian podniósł głowę znad kartki. — Mówiłeś, iż będzie z tym większy procent, Tomek.
— Mówiłem, iż pogadamy — odparł Tomek, nie patrząc na niego. — I gadamy.
— A reszta? — spytał w końcu Tomek, zwracając się do matki.
— Reszta zostaje moja, dopóki żyję. Potem to wasza sprawa, twoja i Kasi. Ale dopóki ja płacę składki ZUS za czworo pracowników i dopóki to moje nazwisko widnieje w KRS-ie, decyzje zapadają ze mną przy stole, a nie za moimi plecami przy laptopie o północy.
Damian wziął długopis, ale nie podpisał od razu. Przeczytał dokument dwa razy, linijka po linijce, zatrzymując się dłużej przy paragrafie o okresie próbnym, jakby szukał w nim furtki.
— A jeżeli po tych pięciu latach zdecydujesz inaczej? — zapytał.
— To będzie w umowie, czarno na białym, u notariusza. Nie na słowo, jak teraz.
Milczał jeszcze chwilę, postukując długopisem o brzeg stołu. W końcu skinął głową i podpisał, mocniej dociskając pióro niż było trzeba.
Tomek sięgnął po dokument zaraz po nim. Trzymał go dłużej, niż Bożena się spodziewała, jakby ważył go w dłoni.
— Nie musisz mnie od razu przekonywać, iż to dla mojego dobra, mamo — powiedział wreszcie i podpisał, choć ręka mu drżała trochę mniej niż wtedy, gdy tłumaczył się z tego pierwszego wniosku.
Wieczorem zadzwoniła do Kasi.
— Mamo, ja wiem, iż Damian już ci powiedział — zaczęła Kasia, zanim Bożena zdążyła się odezwać. — Nie gniewaj się na niego, to on chciał wam to wyznać sam, tylko bał się, że…
— Wiem, córeczko. Już porozmawialiśmy.
— I co teraz?
— Teraz musisz kupić fotelik. Dobry, nie byle jaki, bo w tym starym audi Damiana rozklekocze się na pierwszym progu zwalniającym.
Kasia parsknęła śmiechem, tym samym, którym śmiała się jako dziecko, kiedy Bożena łaskotała ją po powrocie z warsztatu, pachnąca smarem i benzyną.
— Mamo, ono się nazywa Damiana samochód, nie audi Damiana samochodu, ojej, no wiesz, o co mi chodzi.
— Wiem, wiem. Marzec, mówisz?
— Marzec. Może wcześniej, lekarka mówi, iż dziecko duże.
— To po dziadku — powiedziała Bożena i sama się zdziwiła, iż powiedziała to na głos, i iż zabrzmiało to jak coś, co od dawna chciała powiedzieć.











