Halina weszła bez pukania, z teczką z dokumentami, i położyła ją prosto na desce z narzędziami, przygniatając nią klucz nastawny, którego Marek szukał od pięciu minut. Radio grało stację RMF Maxxx, za oknem lał deszcz, ręce miał czarne od smaru po łokcie, bo akurat wyciągał spod Accorda skrzynię biegów — typowy wrześniowy dzień, kiedy niebo w Radomiu wisi nisko i szaro jak mokry koc.
— Podpisz to — powiedziała Halina. — Przenoszę udziały ojca na Kubę.
Kuba, jej syn z pierwszego małżeństwa, miał dwadzieścia sześć lat, prawo jazdy kategorii B i dyplom marketingu, którego nigdy nie użył. W warsztacie bywał może trzy razy w życiu, zawsze po pieniądze.
Marek wytarł ręce w szmatę leżącą na skrzyni narzędziowej, odsunął teczkę na tyle, żeby odzyskać klucz, i dopiero wtedy sięgnął po papiery. Umowa darowizny, notarialnie już przygotowana, brakowało tylko jego podpisu jako współwłaściciela — bo bez jego zgody transakcja nie mogła przejść, tak zapisał to ojciec w akcie założycielskim spółki, dwadzieścia jeden lat temu, kiedy postawił tu pierwszy podnośnik i szyld z odręcznym napisem "Mechanika Pojazdowa". Ojciec zmarł trzy lata temu, a jego połowa udziałów przeszła formalnie na Halinę, drugą żonę, macochę Marka, z którą nigdy się nie polubił, ale też nigdy otwarcie nie wojował. Dziś szyld nad wjazdem był już nowy, plastikowy, podświetlany, warsztat obsługiwał flotę taksówek z całego miasta, a ojcowski, odręczny, stał gdzieś w kącie za regałem na opony.
— Nie podpiszę — powiedział, bo krzyczeć nie miał zamiaru, tylko zamierzał być twardy.
— To jest majątek twojego ojca, a ja jestem jego żoną — odparła Halina. — Mam prawo zdecydować, komu zostawię swoją część.
— Zostaw swoją część komu chcesz. Ale to, co należało do taty, jest w połowie moje. Tak stoi w papierach od dwudziestu jeden lat.
— Kuba nie ma nic, Marek. Ja niedługo skończę sześćdziesiąt lat, emerytura będzie żadna, a ty masz warsztat, dom, wszystko. Pomyśl, co po mnie zostanie synowi, jak nie ten udział.
— To nie jest sposób, żeby mu coś zostawić. To jest sposób, żeby zabrać coś mnie.
Deszcz walił w blaszany dach hali, gdzieś w kącie kapał kran, którego nikt nie umiał naprawić od miesiąca — mechanik od hydrauliki, nie od aut. Halina zabrała teczkę i wyszła, trzaskając drzwiami tak, iż z półki spadł kubek po kawie i rozbił się na betonie.
Przez trzy tygodnie było cicho. Zbyt cicho.
Pierwszego października do warsztatu przyjechało czarne Audi A4 z kancelarii prawnej z centrum miasta. Wysiadł z niego mężczyzna w garniturze i wręczył Markowi pozew. Halina żądała podziału majątku i wypłaty jej "należnej części zysków" z ostatnich trzech lat, twierdząc, iż Marek prowadził księgowość nieprawidłowo i ukrywał dochody.
To była nieprawda, i Marek to wiedział, bo księgowość prowadziła pani Ewa, ta sama co za życia ojca, uczciwa jak stary zegarek na ścianie biura. Ale prawnicy kosztowali, a sprawa mogła ciągnąć się latami, a przez ten czas rachunki firmowe mogły zostać zablokowane.
Marek zadzwonił do swojego kolegi ze studiów, Piotra Wilka, który od dziesięciu lat prowadził kancelarię przy placu Jagiellońskim. Spotkali się tego samego wieczoru, kiedy za oknem miasto już zapalało latarnie, a na ulicy ktoś wyprowadzał psa, mimo mżawki, bo pies i tak się uparł.
— Twój ojciec zapisał w akcie coś mądrego — powiedział Piotr, przesuwając palcem po ekranie ze skanem dokumentu. — Klauzula pierwokupu: kto przez ostatnie pięć lat faktycznie prowadził działalność operacyjną, ma prawo wykupić udziały drugiej strony po wycenie rzeczoznawcy. Halina nie przepracowała tu ani jednego dnia. To twoja karta.
— Czyli mogę ją wykupić?
— Możesz, i ona nie ma podstaw, żeby odmówić. Jest tylko jedno ale: trzydzieści dni od wyceny na całą kwotę. Nie zdążysz — klauzula przepada i wracacie do zwykłego podziału przez sąd. To już nie tygodnie, tylko lata.
— A pozew o zyski?
— Blef, żeby cię zmęczyć. Poproszę o księgi od pani Ewy — jeżeli są czyste, jej prawnik się wycofa.
Wycena zajęła osiemnaście dni. Warsztat razem z gruntem, sprzętem i klientelą — osiemset dziesięć tysięcy złotych. Połowa Haliny: czterysta pięć tysięcy. Marek wpatrywał się w tę liczbę na ekranie tak długo, iż litery zaczęły mu pływać przed oczami. Miał trzysta dwadzieścia tysięcy oszczędności zebranych przez lata pracy pod podniesionymi autami. Brakowało sto dwadzieścia pięć tysięcy, a to oznaczało kredyt, przy którym rata wychodziła prawie dwa tysiące złotych miesięcznie na dziesięć lat — dokładnie tyle, ile do tej pory zostawało mu z zysku po opłaceniu dwóch mechaników i podatków. Liczył to na kartce z rachunkami za części, przekreślał, liczył jeszcze raz.
Bank kazał czekać. Doradczyni w okularach za dużych jak na jej twarz przeglądała wyciągi z konta firmowego i kręciła głową nad umowami z firmami taksówkowymi, które kończyły się za pół roku i mogły nie zostać przedłużone.
— Trzydzieści dni od wyceny. Licznik już biegnie — przypomniał Piotr przez telefon, kiedy Marek zadzwonił po drugiej wizycie w banku bez decyzji.
Dwudziestego dnia bank zażądał dodatkowego zabezpieczenia. Marek podpisał zgodę na hipotekę mieszkania, w którym dorastał — tego samego, gdzie w szufladzie w przedpokoju wciąż leżały stare klucze do samochodów, jakich już nikt nie produkował. Podpisał tego samego dnia, bo do końca terminu zostało dziesięć dni.
Dwudziestego siódmego dnia przyszła decyzja pozytywna. Trzy dni na przelew.
Dwunastego listopada, kiedy po raz pierwszy tej jesieni na dachach leżał szron, Marek i Piotr pojechali do kancelarii notarialnej na Rynku podpisać akt przeniesienia udziałów. Halina przyszła sama, bez Kuby — ten, jak się okazało, wyjechał już do Wrocławia, gdzie znalazł sobie mieszkanie, "bo w Radomiu nie ma perspektyw", jak napisała mu w esemesie, który Marek przypadkiem zobaczył na ekranie jej telefonu leżącego na stole notariusza.
Halina podpisywała dokumenty krótkimi, urywanymi ruchami długopisu.
— To wszystko? — spytała, kiedy skończyła.
— Przelew pójdzie dziś do wieczora. Pełna kwota, jak w umowie.
— Myślisz, iż wygrałeś?
— Nie myślę w kategoriach wygranej. Warsztat zawsze był mój, od dnia, kiedy zacząłem tam pracować jako szesnastolatek, zamiatając podłogę za dziesięć złotych dniówki.
— Ty masz warsztat. Ja mam czterysta pięć tysięcy, które rozejdą się na kredyt Kuby we Wrocławiu i na to, żebym miała z czego żyć, jak zabraknie mi sił, żeby posprzątać po kimś cudze mieszkanie. Też bym wolała, żeby to wyglądało inaczej.
Halina wstała, zabrała torebkę, ale w drzwiach się zatrzymała.
— A Kuba?
— Kuba dostał to, co powinien dostać ktoś, kto nigdy nie przyłożył ręki do tego miejsca — nic. Tak jak zapisał tata.
Wyszła, nie odpowiadając, a obcasy jej butów stukały po marmurowej posadzce korytarza, coraz ciszej, aż w końcu zamknęły się drzwi windy.
Marek wrócił do warsztatu tego samego popołudnia. Deszcz ustąpił miejsca mrozowi, na podjeździe leżał cienki lód, a pani Ewa siedziała w biurze z termosem herbaty i kartoteką klientów.
— Gotowe? — spytała.
— Gotowe. Warsztat jest w stu procentach mój, spółka rozwiązana zgodnie z prawem, przelew poszedł. Mieszkanie mam obciążone hipoteką na dziesięć lat, ale warsztat mój.
Wieczorem zamknął bramę na klucz, ten sam stary klucz, który nosił na pęku od piętnastego roku życia, i zgasił światło w hali. Za oknem sąsiad wyprowadzał tego samego psa co zawsze, para z oddechu unosiła się w mroźnym powietrzu, a radio w warsztacie obok nadawało wiadomości o pierwszych przymrozkach w regionie.
Telefon od Kuby przyszedł tydzień później. Marek popatrzył na wyświetlacz, na imię wypisane wielkimi literami, odłożył telefon obok termosu i otworzył w aplikacji bankowej potwierdzenie przelewu na czterysta pięć tysięcy złotych. Rata miała wejść pierwszego dnia następnego miesiąca. Telefon przestał dzwonić, zapadła cisza, a on wrócił do liczenia, ile zostanie na koncie firmowym po pierwszej racie.















