Ojciec Bartka, Zenon Wilga, wybudował swój warsztat samochodowy przy ulicy Grabowej w Tarnowie kawałek po kawałku, przez dwadzieścia dwa lata. Zaczynał w wynajętym boksie za dworcem, gdzie zimą trzeba było grzać olej w silnikach kaloryferem elektrycznym, żeby po prostu odpalić klientom auto. Skończył jako właściciel dwóch hal, czterech stanowisk i marki, którą w Tarnowie znał każdy, kto miał kiedyś problem z zawieszeniem.
Kiedy Zenon zmarł w lutym, na pogrzebie stała cała ulica. A trzy tygodnie później do Bartka zadzwoniła siostra, Ilona, i powiedziała, iż musi mu coś pokazać.
Siedzieli w kuchni matki, przy stole nakrytym ceratą w kwiatki. Za oknem sąsiad z bloku otrzepywał dywanik na balkonie, dech mu się unosił w lutowym powietrzu jak z czajnika. Ilona położyła na stole teczkę z dokumentami.
— Tata przepisał warsztat. Na Kaśkę.
Kaśka to żona Bartka. Bartek pracował w tym warsztacie od siedemnastego roku życia, znał każdą śrubę w tych halach lepiej niż własną kieszeń. A na papierze, jak się okazało, od trzech tygodni właścicielką była jego żona.
— To niemożliwe — powiedział. — Tata by mi powiedział.
— Ja też tak myślałam.
Zadzwonili do notariusza, pana Fudali, u którego akt był podpisany. Starszy człowiek, chudy, w okularach zsuwających się z nosa, powiedział im to, co miał obowiązek powiedzieć, i nic więcej.
— Pan Wilga przyszedł sam, w pełni świadomy, podpisał dokumenty. Akt darowizny jest zgodny z prawem. jeżeli mają państwo zastrzeżenia co do stanu zdrowia ojca w tamtym okresie, to droga sądowa.
Bartek wyszedł z tej kancelarii i od razu, na chodniku, zadzwonił do Kaśki. Nie odebrała. Drugi raz, trzeci. Dopiero po godzinie napisała: „Wróć do domu, pogadamy, nie przez telefon”.
W domu, przy kuchennym stole, Kaśka siedziała z rękami splecionymi na kolanach.
— Twój ojciec sam mi to zaproponował. Powiedział, iż ty i tak nigdy nie umiałeś prowadzić papierów, iż zawsze uciekałeś od rachunków, a on się bał, iż warsztat się rozpadnie, jak coś mu się stanie. Powiedział, iż ja to utrzymam.
— I nie pomyślałaś, iż warto mi powiedzieć?
— Bał się, iż się pokłócicie. Że powiesz mu, iż nie masz zaufania. Był chory, Bartek. Nie chciał kłótni w ostatnich miesiącach.
Bartek nie krzyczał. Wstał, wyszedł na balkon, zapalił pierwszego papierosa od trzech lat. Dołem, na parkingu, sąsiad zeskrobywał lód z szyby swojego Passata, klnąc pod nosem, iż skrobaczka mu pękła w połowie roboty.
Przez kolejne dni Bartek nie chodził do warsztatu. Nie mógł. Kaśka za to chodziła — otwierała, zamykała kasę, rozmawiała z mechanikami, którzy pytali z ukosa, co się dzieje, bo plotka po Tarnowie rozniosła się szybciej niż cokolwiek innego.
Aż raz, gdy wrócił z zakupów, zastał w kuchni Ilonę i matkę, Zofię. Matka trzymała w rękach starą kopertę, pomiętą, z odciskiem po długim leżeniu w szufladzie.
— Znalazłam to w szafce ojca, między instrukcjami do wiertarki.
W kopercie był list, napisany ręką Zenona, drżącą już wtedy pod koniec, kiedy choroba zabierała mu siły w palcach.
„Bartek, jeżeli to czytasz, to znaczy, iż coś poszło nie tak i musiałem zrobić to po swojemu. Nie ufam papierom w twoich rękach, synu, wiem to od lat, i nie ufam też, iż będziesz miał siłę się bić o ten warsztat, jeżeli coś mi się stanie szybko. Kaśka ma głowę do liczb. Ale to nie znaczy, iż warsztat jest jej. To znaczy, iż ona go pilnuje, dopóki ty się nie ogarniesz. Rok. Dałem ci rok od mojej śmierci. jeżeli w tym czasie pójdziesz po kurs księgowości, po prawo jazdy kategorii C, jeżeli przestaniesz uciekać od rachunków tak, jak uciekałeś całe życie — ona ma zapisane u notariusza, iż przepisze na ciebie połowę udziałów. jeżeli nie — zostaje jej.”
Bartek czytał to trzy razy. Za oknem akurat przejechał autobus 21, ten sam, którym jeździł do zawodówki piętnaście lat temu.
Nie od razu zrozumiał. Był wściekły jeszcze tydzień, może dwa. Ale poszedł do Kaśki i zapytał wprost, czy wie o liście.
— Wiedziałam, iż coś takiego istnieje. Nie wiedziałam co w nim jest. Miałam pokazać ci go dopiero, jak minie rok, jeżeli nic się nie zmieni.
Bartek zapisał się na kurs księgowości dla małych firm w Krakowie, dojeżdżał tam dwa razy w tygodniu pociągiem, w te same wagony, w których jego ojciec kiedyś jeździł po części do warsztatu. Zdał prawo jazdy kategorii C jeszcze zimą. Nauczył się prowadzić księgę przychodów i rozchodów, nauczył się, ile naprawdę kosztuje jedna zmiana oleju po odliczeniu podatku, VAT-u i kosztów części.
Latem warsztat zaczął odrabiać zaległości, które ojciec zostawił nierozliczone, a Kaśka pierwsza to zauważyła — bo to ona teraz siedziała po nocach nad fakturami, coraz rzadziej sama.
— Nie musimy czekać do lutego — powiedziała mu pewnego wieczoru, odkładając kalkulator. — Widzę, co się zmieniło. Umówmy się z Fudalą, kiedy chcesz.
Dokładnie rok od śmierci ojca poszli razem, on i Kaśka, do pana Fudali. Notariusz przygotował akt: pięćdziesiąt procent udziałów w warsztacie przechodzi na Bartłomieja Wilgę. Kaśka podpisała bez wahania.
Wyszli z kancelarii razem, na ten sam mróz, w którym rok wcześniej chowali Zenona. Bartek wziął teczkę z dokumentami, przełożył ją do swojej torby.
— To co, jedziemy otwierać? — zapytał.
— Jedziemy — odpowiedziała Kaśka i wsiadła do samochodu po stronie kierowcy, tak jak robiła to od miesięcy, kiedy on jeszcze uczył się liczyć.












