Nazywam się Kamil Wroński, mam czterdzieści dwa lata i od ośmiu lat prowadzę hurtownię materiałów budowlanych na obrzeżach Radomia, przy drodze na Kielce. Piszę to, bo ludzie ciągle pytają mnie o to samo: dlaczego ogłoszenie wisi tygodniami, stawka jest dobra, a nikt nie zostaje dłużej niż trzy dni. Chcę wreszcie powiedzieć, jak to wygląda z mojej strony, bo ja też mam swoje powody, żeby to prowadzić właśnie tak, a nie inaczej.
Ogłoszenie brzmi prosto: dwieście dwadzieścia złotych dniówka, transport cementu i rozładunek, dwanaście, czasem trzynaście punktów dziennie. Do tego, jeżeli ktoś ogarnie ponad dwieście worków, dorzucam pięćdziesiąt, czasem sto złotych premii. Napisane uczciwie, bez naciągania. Problem w tym, co się dzieje między jednym zdaniem ogłoszenia a rzeczywistością.
Mój magazyn stoi przy rondzie, tuż obok warzywniaka pani Krysi, gdzie zawsze pachnie kiszoną kapustą i mokrym kartonem, a w radiu na okrągło leci to samo disco polo z lat dziewięćdziesiątych, bo starszy magazynier, pan Zenek, inaczej nie umie pracować. To jedyny beztroski element tego miejsca. Reszta to worki. Worek cementu waży czterdzieści kilo. Trzeba go wziąć z palety, przenieść przez błoto albo przez schody, bo klienci budują na wzgórzach, gdzie żaden samochód nie podjedzie bliżej niż na pięćdziesiąt metrów, i ułożyć równo, żeby się nie rozerwał. Dwieście worków to osiem ton na plecach jednego człowieka. Dwieście pięćdziesiąt to dziesięć ton.
Zacząłem tak liczyć zamówienia, bo mój poprzedni model nie działał. Trzy lata temu miałem dwóch stałych chłopaków na etacie, Grześka i Tomka, płaciłem im pensję miesięczną, bez względu na to, ile punktów zrobią. I co? Rozładowywali sto worków dziennie zamiast dwustu, siedzieli po godzinie na papierosie za magazynem, klienci dzwonili, iż cement przyjeżdża po zmroku. Straciłem wtedy dwóch kontrahentów pod rząd, jeden z nich budował osiedle w Skarżysku i przeszedł do konkurencji na stałe. Odczułem to na koncie firmy, nie na jakimś abstrakcyjnym poziomie – konkretnie, jedenaście tysięcy złotych miesięcznie mniej obrotu przez pół roku. Wtedy zmieniłem system na dniówki z premią za tempo, bo inaczej firma by nie przetrwała.
Ludzie, którzy przychodzą na moje ogłoszenie, widzą liczbę dwieście dwadzieścia i myślą, iż to dużo jak na jeden dzień pracy fizycznej. Nie widzą tego, iż to dwanaście adresów, każdy w innej dzielnicy, iż między punktami trzeba jeszcze załadować kolejną partię, iż kierowca, Darek, jeździ tak, jakby zdawał egzamin na rajdowca, bo sam dostaje premię za liczbę kursów. Nie widzą też tego, iż ja stoję nad tym wszystkim od piątej rano, sprawdzam zamówienia, dzwonię do klientów, żeby potwierdzić adresy, bo raz zdarzyło się, iż chłopak zawiózł cement pod zły numer i musiałem osobiście jechać po worki z powrotem, o dwudziestej drugiej, w deszczu.
Trzeci dzień to zawsze ten sam moment. Przychodzi nowy człowiek, mówi, iż plecy odmawiają posłuszeństwa, iż ręce mu drżą, kiedy trzyma kubek herbaty. Ostatnio taki chłopak, Bartek, student z Politechniki Radomskiej, przyszedł do mnie po trzecim dniu i po prostu położył rękawice robocze na biurku. Nie odezwał się słowem, tylko obracał je w palcach, jakby sprawdzał, czy jeszcze nadają się do czegokolwiek, podczas gdy ja nalewałem kawę z termosu. Zapytałem, co się stało. Powiedział, iż policzył: w te trzy dni przeniósł prawie dwadzieścia cztery tony. Nie wiedziałem, iż aż tyle, bo ja te liczby widzę w fakturach, nie w kilogramach na plecach jednego dwudziestolatka.
Nie jestem złym człowiekiem, chociaż wiem, iż tak to wygląda z zewnątrz. Sam zaczynałem jako wantażnik, u swojego wujka, w Starachowicach, miałem wtedy dziewiętnaście lat i też myślałem, iż dam radę wszystko udźwignąć. Dawałem radę może rok, potem przeszedłem do biura, bo kręgosłup zaczął strzelać przy każdym schylaniu. Wiem dokładnie, co robię tym ludziom. Płacę im więcej niż konkurencja, bo wiem, iż to jest ciężkie, i uważam, iż skoro praca jest cięższa, to i pieniądze powinny być większe – to dla mnie uczciwe rozliczenie, a nie oszustwo.
Problem zaczął się robić poważny, kiedy zamówienia wzrosły – wiosną, kiedy wszyscy nagle zaczynają budować płoty i tarasy. Wtedy zamiast dwustu worków zrobiło się dwieście pięćdziesiąt, czasem trzysta, bo nie chciałem odmawiać klientom, a nowych ludzi do pracy nie miałem skąd wziąć. Zacząłem naciskać na tych, którzy jeszcze zostali, żeby brali więcej naraz, żeby szybciej się uwijali, bo inaczej nie zdążymy przed zmrokiem. Krzyczałem czasem na Darka przez telefon, żeby jechał szybciej między punktami. Wtedy właśnie zaczęli odchodzić jeden za drugim – nie po tygodniu, po dwóch, trzech dniach, tak jak mówią ludzie.
Moja żona, Ania, powiedziała mi wprost, przy kolacji, gdy akurat oglądaliśmy wiadomości o kolejnej podwyżce cen prądu: iż prowadzę firmę tak, jakby liczyła się tylko marża, a nie ludzie, którzy tę marżę wypracowują. Powiedziałem jej, iż nikogo nie zmuszam, iż każdy sam decyduje, czy zostać. Ona na to spytała, czy sam bym wytrzymał piąty dzień takiej pracy w moim wieku. Zamilkłem, bo wiedziałem, iż nie.
Punkt zwrotny nastąpił w połowie sierpnia, kiedy zamówił u mnie cement pewien deweloper spod Iłży, budujący blok na dwadzieścia mieszkań. Zamówienie na czterysta worków w ciągu jednego dnia, rozłożone na trzy adresy, bo materiał trzeba było przewieźć etapami. Miałem wtedy tylko jednego wantażnika na stałe, chłopaka imieniem Rafał, który akurat wytrzymał u mnie już dwa tygodnie, bo był silny jak koń i podobno trenował wcześniej zapasy. Kazałem mu wziąć to zlecenie samemu, bo Darek miał inny kurs, a ja sam nie mogłem zostawić biura. Obiecałem mu trzysta złotych premii, jeżeli zrobi to w jeden dzień.
Rafał zadzwonił do mnie o siedemnastej, głosem, którego nigdy wcześniej u niego nie słyszałem – cichym, urwanym, jakby brakowało mu tchu na każde słowo. Powiedział, iż nie czuje lewej ręki, iż coś strzeliło mu w plecach przy przenoszeniu któregoś z kolejnych worków, iż siedzi na krawężniku przy ulicy Kolejowej i nie może wstać. Pojechałem po niego sam, zostawiłem magazyn na Zenka, i przez całą drogę do szpitala w Radomiu, przy Aleksandrowicza, myślałem tylko o jednym: iż to ja go tam wysłałem, wiedząc, ile to waży.
Lekarz na izbie przyjęć powiedział, iż to przeciążenie kręgosłupa, iż Rafał ma szczęście, bo nic nie pękło, ale przez dwa tygodnie ma zakaz dźwigania czegokolwiek cięższego niż siatka z zakupami. Siedziałem na korytarzu obok niego, na tych niewygodnych krzesłach przyklejonych do ściany, i patrzyłem, jak pielęgniarka podaje mu kubek wody, a on trzyma go obiema rękami, bo jedną nie daje rady. Wtedy zrozumiałem, iż licznik w mojej głowie – dwieście worków, dwieście pięćdziesiąt worków, premia za tempo – przestał mieć jakikolwiek sens wobec konkretnego człowieka, który nie może utrzymać kubka.
Wróciłem do domu tamtego wieczoru i usiadłem z Anią przy kuchennym stole, tym samym, przy którym rozmawialiśmy o marży. Wyjąłem zeszyt, w którym prowadzę zamówienia, i przeliczyłem wszystko od nowa, długopisem, bez telefonu, bez pośpiechu. Ustaliłem twardy limit: sto pięćdziesiąt worków na osobę dziennie, nie więcej, choćby jeżeli trzeba odmówić klientowi albo przełożyć dostawę na następny dzień. Podniosłem stawkę za dniówkę do dwustu sześćdziesięciu złotych, żeby to się bilansowało przy mniejszej liczbie worków, ale zniosłem premię za przekraczanie limitu, bo to właśnie ona pchała ludzi do granicy.
Następnego dnia zadzwoniłem do dewelopera z Iłży i powiedziałem mu wprost, iż nie przyjmę już zamówień na jeden dzień powyżej trzystu worków rozłożonych na jednego pracownika – iż musi albo zamówić dwóch wantażników, albo rozbić dostawę na dwa dni. Zirytował się, powiedział, iż pójdzie do konkurencji. Odpowiedziałem, iż rozumiem, ale nie zmienię zdania. Poszedł do konkurencji na jedno zamówienie, a po dwóch tygodniach wrócił sam, bo tamci przywieźli mu cement zniszczony wilgocią – worki poprzewracane w błocie, bo pracownik konkurencji też pracował ponad siły i nie miał czasu poukładać ich porządnie.
Rafał wrócił do pracy po trzech tygodniach, już na nowych zasadach. Zapytałem go wtedy, dlaczego w ogóle się zgodził na te czterysta worków tamtego dnia, skoro czuł, iż to za dużo. Powiedział, iż bał się, iż jeżeli odmówi, to ja znajdę kogoś innego, a on straci tę pracę, bo akurat spłacał kredyt na samochód, osiem lat, rata siedemset złotych miesięcznie. Wtedy zrozumiałem, iż to nie tylko ja decydowałem o granicach – iż ludzie sami je przesuwają ze strachu, a moim zadaniem jako pracodawcy jest te granice wyznaczyć za nich, twardo, niezależnie od tego, ile obiecuje im premia.
Dziś na drzwiach magazynu wisi kartka, którą sam napisałem manualnie i przykleiłem taśmą: limit sto pięćdziesiąt worków dziennie na osobę, dniówka dwieście sześćdziesiąt złotych, bez wyjątków. Zenek śmieje się, iż disco polo z radia teraz gra dłużej, bo nikt się już tak nie spieszy. Rafał zostaje u mnie do dziś, prawie rok, a ostatnio przyprowadził kolegę z osiedla, który też szuka dorywczej pracy. Ogłoszenie już nie znika po trzech dniach – po prostu przestałem je w ogóle zamieszczać, bo nie muszę.











