Mam na imię Dawid, trzydzieści sześć lat, i od ośmiu lat prowadzę mały warsztat przy ulicy Kawęczyńskiej na Pradze. Opowiem to z mojej strony, bo to, co widziała teściowa mojej żony, to tylko połowa prawdy.
Ta historia zaczęła się od Subaru Imprezy WRX rocznik 2004, którą kupiłem od klienta za dwanaście tysięcy złotych jako "okazję do odbicia". Miałem ją wystawić na Otomoto, sprzedać w dwa tygodnie, zarobić swoje i zapomnieć. Tak się nie stało.
Wystawiłem ogłoszenie w poniedziałek. We środę zadzwonił chłopak z Legionowa, powiedział, iż przyjedzie w sobotę z gotówką. We czwartek silnik zaczął łapać powietrze przez uszczelkę pod głowicą. Musiałem zdjąć głowicę, przewiertować, wymienić uszczelkę — trzy dni roboty, osiemset złotych w częściach. Chłopak z Legionowa się nie doczekał, kupił coś innego.
Naprawiłem, wystawiłem ponownie. Tym razem kobieta z Wołomina, umówiona na wtorek. W poniedziałek wieczorem, jak przeganiałem auto z hali na parking, skrzynia zaczęła wyć jak syrena. Synchronizator w trójce poszedł. Kolejne dwa tysiące czterysta złotych, kolejny tydzień.
Moja teściowa, Grażyna, przychodzi do warsztatu czasami z termosem herbaty i mówi, iż to auto jest przeklęte. Że powinienem je spalić albo oddać na złom i się nie certolić. Ona nie widzi, iż ja w tym aucie siedzę po godzinach, kiedy wszyscy już poszli do domu, trzymam dłoń na kierownicy i słucham, jak silnik chodzi równo po naprawie — to jest jedyna chwila w tygodniu, kiedy nic we mnie nie krzyczy. Ona widzi tylko rachunki. Ja widzę auto, które powoli staje się dobre.
Problem w tym, iż ja faktycznie potrzebuję wolnego stanowiska w warsztacie i gotówki, która w tym aucie siedzi zamrożona. Mam dwóch chłopaków na etacie, czynsz za halę płacę piętnastego każdego miesiąca, a Subaru zajmuje miejsce, gdzie mógłbym postawić coś, co faktycznie obraca pieniądze.
Po skrzyni przyszła kolej na elektrykę. Wtryskiwacz numer dwa zaczął się zacinać, auto szarpało na biegu jałowym. Wymieniłem cewki, sprawdziłem masy, w końcu znalazłem przetarty przewód przy wiązce koło kolektora. Czterysta złotych i cały wieczór leżenia pod maską z latarką w zębach.
Wystawiłem auto trzeci raz, już z pełną historią napraw w opisie, bo pomyślałem, iż uczciwość przyciągnie poważnego kupca. Zgłosił się mężczyzna, Marek, mechanik-amator z Ząbek, który chciał ją pod tor. Umówiliśmy się na sobotę rano, miał przyjechać z kolegą i transporterem.
W piątek wieczorem, dzień przed odbiorem, pękła uszczelka miska olejowa-blok. Plamę pod autem zobaczyłem, kiedy zamykałem halę. Stałem z kluczem w ręku, patrzyłem na tę kałużę rozrastającą się po betonie, i po prostu się roześmiałem, bo co innego było robić.
Grażyna przyjechała w sobotę rano, kiedy Marek już dzwonił, iż jest pod bramą. Powiedziała mi wtedy wprost: sprzedaj to teraz, w takim stanie, jaki jest, za ile dadzą, bo inaczej będziesz tę Subarę naprawiał do emerytury. Odpowiedziałem, iż Marek chce auto sprawne, nie na części.
Ona wzięła ze stolika fakturownik, otworzyła na czystej stronie i położyła długopis obok. Powiedz mu prawdę, powiedziała. Napisz cenę za auto jak stoi, z tą plamą pod spodem, i niech sam zdecyduje, czy chce ryzyko, czy nie.
Wyszedłem do Marka. Powiedziałem, iż pękła uszczelka miski olejowej, iż mogę to naprawić w dwa dni za dodatkowe sześćset złotych, albo mogę sprzedać auto dziś, tak jak stoi, za dwadzieścia osiem tysięcy zamiast trzydziestu dwóch, które chciałem wziąć za sprawne. Marek kucnął przy plamie, powąchał olej na palcach, powiedział, iż to dla niego drobnostka, sam to naprawi w niedzielę.
Podpisaliśmy umowę kupna-sprzedaży na dwadzieścia osiem tysięcy złotych tam, na masce, Grażyna trzymała długopis w pogotowiu, jakby się bała, iż się rozmyślę. Marek zapłacił gotówką, policzyliśmy razem przy kasie w biurze, banknot po banknocie, pies warsztatowy Rudy obwąchiwał mu buty cały czas.
Kiedy odjechali z transporterem, policzyłem wszystko na kartce: dwanaście tysięcy kupno, trzy i pół tysiąca w częściach i robociźnie zleconej na zewnątrz, sprzedałem za dwadzieścia osiem. Wyszło na plus, nie tyle ile liczyłem przy pierwszym ogłoszeniu, ale na plus.
Grażyna zabrała fakturownik, schowała do torby obok termosu, i powiedziała, iż następnym razem mam sprzedawać auto po tygodniu, a nie po dwóch miesiącach. Nie odpowiedziałem jej nic, tylko wstawiłem na zwolnione stanowisko hali rozgrzebanego Passata, którego odbiór miałem umówiony na poniedziałek.



![Uruchamiamy MC1204, słynny zegar z CEMI [TOWARY MODNE 342]](https://i1.ytimg.com/vi/9Sw4qEphmjs/maxresdefault.jpg)








