Warszawski lekarz od igły, przez którą stanęło serce Marcina

newsempire24.com 2 dni temu

Krzysztof Adamiak miał pięćdziesiąt jeden lat i konto na Instagramie z sto dwudziestoma tysiącami obserwujących. Kupował apartamenty na Mokotowie jak inni kupują chleb, jeździł czarnym Maybachem, a na jego profilu co drugi post zaczynał się od słowa "luksus". Jego najlepszy przyjaciel, Marcin Walicki, był jednym z tych, którzy mu wierzyli bez zastrzeżeń.

Marcin miał czterdzieści trzy lata, prowadził firmę transportową pod Poznaniem i od lat kompleksował na swój podwójny podbródek. Krzysztof namówił go na wyjazd do Phuketu w marcu — "zrelaksujesz się, a przy okazji poprawisz sobie szczękę u mojego znajomego, polecam, robiłem to trzy razy".

Klinika nazywała się jakoś pretensjonalnie, miała zdjęcia uśmiechniętych Europejczyków na stronie internetowej i cenę w batach, która w przeliczeniu wychodziła podejrzanie niska — jakieś cztery tysiące złotych za zabieg wypełniania żuchwy kwasem hialuronowym. Żona Marcina, Ewelina, nie poleciała z nimi — została w Poznaniu z córką, bo akurat zaczynał się remont łazienki i ktoś musiał odebrać telefon od hydraulika.

Zabieg trwał czterdzieści minut. Marcin wrócił do hotelu Angsana z opatrunkiem i obiecał sobie masaż na wieczór, "żeby się odstresować po tej igle". Leżał na macie w spa na trzecim piętrze, kiedy poczuł ucisk w klatce. Powiedział masażystce po angielsku, iż brakuje mu powietrza. Trzy minuty później stracił przytomność.

Krzysztof, który czekał na niego w barze przy basenie z drinkiem w ręku, usłyszał krzyk personelu i pobiegł na górę. Zobaczył Marcina leżącego na podłodze, usta sine, oczy w połowie otwarte. Karetka jechała przez tajlandzkie korki dwadzieścia minut. W szpitalu w Phuket International reanimowali go sto trzy minuty. Lekarze znaleźli zator w tętnicy płucnej — materiał wypełniający, który zamiast zostać w żuchwie, przedostał się do krwiobiegu i zablokował przepływ do płuc.

Marcin zmarł szóstego marca, dwa tysiące dwudziestego szóstego roku, o dziewiątej czterdzieści wieczorem czasu lokalnego.

Ewelina stała w kuchni w Poznaniu z telefonem przy uchu, kiedy Krzysztof powiedział jej to słowo po słowie, jakby bał się, iż za gwałtownie powiedziane zdanie coś zmieni. Na blacie parował herbatnik, który właśnie wyjęła z piekarnika na przyjazd męża. Nie wyłączyła piekarnika. Stała tak, aż zapach spalonego ciasta wypełnił cały dom, a sąsiad z dołu zaczął walić w kaloryfer, bo czuł dym przez wentylację.

Ciało przewieziono do Wielkiej Brytanii, bo tam Marcin miał drugie obywatelstwo po matce z Manchesteru i tam zdecydowano wykonać sekcję. Patolog w Londynie znalazł w płucach materiał zgodny chemicznie z wypełniaczem użytym w tajlandzkiej klinice. Koroner, po trzech miesiącach dochodzenia, orzekł jednoznacznie: zabieg kosmetyczny spowodował śmiertelny zator.

Krzysztof, ten sam, który namówił przyjaciela na wyjazd, zorganizował pogrzeb jak wydarzenie medialne. Trumna ze złoconymi okuciami, warta — jak pisały portale — ponad trzy miliony złotych, kondukt przez centrum Poznania, znani raperzy wśród żałobników, relacja na żywo na Instagramie. Ewelina stała przy grobie w czarnym płaszczu i patrzyła, jak ludzie, których nigdy nie widziała na oczy, robią sobie selfie na tle trumny jej męża.

Minął miesiąc. Krzysztof zadzwonił do Eweliny z propozycją: chciał sfinansować pomnik, "coś na poziomie", chciał też, żeby firma transportowa Marcina — ta, którą budował jedenaście lat — przeszła "pod jego skrzydła", bo "tak by Marcin chciał, zabezpieczyć rodzinę". Zaproponował, iż przejmie udziały za pół miliona złotych, mniej niż jedna trzecia realnej wartości firmy z dwudziestoma ciężarówkami i kontraktami do Niemiec.

Ewelina nie odpowiedziała mu przez telefon. Zamiast tego pojechała do kancelarii prawnej na ulicy Święty Marcin, tej samej, z której firma brała nazwę — bo Marcin tak to sobie wymyślił, jako żart z własnym imieniem. Siedziała w gabinecie mecenas Barbary Lisowskiej z segregatorem dokumentów firmy na kolanach: akt założycielski, bilans za ostatni rok, pełnomocnictwa.

— Pan Adamiak nie ma żadnego udziału w tej spółce — powiedziała prawniczka, przeglądając papiery. — Formalnie nigdy nie miał. To, co proponuje, to zwykła transakcja, a nie żadne zobowiązanie wobec zmarłego.

Ewelina podpisała wtedy dwa dokumenty. Pierwszy: pełnomocnictwo dla siebie jako jedynej właścicielki firmy transportowej, z wykreśleniem jakichkolwiek zapisanych wcześniej opcji na rzecz osób trzecich — bo Marcin w testamencie zostawił Krzysztofowi prawo pierwokupu udziałów, zapis z czasów, kiedy jeszcze mu ślepo wierzył. Drugi dokument: oficjalne pismo odmowne, wysłane kurierem na adres Krzysztofa, z pieczątką kancelarii i podpisem notarialnym.

Krzysztof przyszedł sam, bez zapowiedzi, do biura firmy przy obwodnicy Poznania dziesięć dni później. Stanął w recepcji, w okularach przeciwsłonecznych, które nie zdjął choćby w środku budynku.

— Ewelina, przecież rozmawialiśmy, miałem to wziąć, Marcin by chciał…

— Marcin chciał wrócić do domu z tego wyjazdu — odpowiedziała, nie podnosząc się od biurka. — Ty go tam zawiozłeś.

Nie krzyczała. Wskazała tylko na drzwi i na tablicę nad wejściem, gdzie firmowe logo już nosiło nowy podpis — "E. Walicka, właścicielka". Krzysztof stał jeszcze chwilę, policzył coś w głowie, po czym wyszedł, nie zdjąwszy okularów. Nazajutrz usunął z Instagrama wszystkie zdjęcia z Marcinem.

Firma transportowa jeździ dalej do Hamburga i Kolonii, pod tym samym numerem NIP, z tym samym logo i nowym nazwiskiem na papierach. Ewelina przychodzi do biura codziennie o siódmej, pije kawę z tego samego kubka, który kupił jej Marcin na targach w Lipsku, i nie odbiera telefonów z numerów, których nie rozpoznaje.

Idź do oryginalnego materiału