Zanim Marta zniknęła za drzwiami z walizką, Bartek Sowiński jeszcze przez chwilę stał w kuchni z kartonem płatków owsianych w ręku, jakby czekał, iż ona zaraz wróci i wszystko odbędzie się jak zawsze.
Nazywam się Bartek, mam czterdzieści dwa lata i prowadzę serwis samochodowy na Bemowie, ten sam, który wykupiłem od poprzedniego właściciela pięć lat temu za dwieście tysięcy złotych pożyczonych od żony. Może od tego powinienem zacząć, bo to jest chyba jedyna rzecz, o której nie powiedziałem nikomu, choćby matce. Marta dała mi te pieniądze z konta po swojej cioci Basi, tej samej cioci, która zapisała jej mieszkanie na Żoliborzu, w którym mieszkaliśmy od ślubu. Ja mówiłem znajomym, iż warsztat "postawiłem sam od zera", bo tak było łatwiej. Łatwiej dla mnie.
Tamtej nocy przywiozłem mamę bez uprzedzenia, bo lekarz w przychodni na Woli powiedział, iż po operacji kolana nie powinna zostawać sama w swoim bloku na Bródnie, przynajmniej na parę tygodni. Zadzwoniłem do Marty z parkingu pod szpitalem, powiedziałem: "jedziemy do nas", i to było wszystko. Nie zapytałem. Wiem, jak to wygląda z jej strony. Ale ja tego wieczoru myślałem tylko o tym, iż mama nie ma nikogo innego, bo mój brat wyjechał do Norwegii i telefon odbiera raz na dwa tygodnie.
O 4:40 rano zerwałem kołdrę z Marty, bo mama poprosiła o owsiankę bez cukru przed lekami na serce, a ja po prostu nie wiedziałem, jak się robi owsiankę. Nigdy się nie nauczyłem. To zabrzmi głupio, ale to prawda — sześć lat małżeństwa i nie umiałem ugotować własnej matce śniadania, bo zawsze robiła to Marta, albo ja, albo nikt. Powiedziałem jej, żeby wstała, iż w niebieskim organizerze są tabletki. Mama stała w drzwiach w szlafroku Marty — wzięła go z łazienki, bo swojego nie spakowała — i powiedziała, iż dobra żona już byłaby w kuchni.
Widziałem, jak Marta patrzy na nas obu. Nie krzyczała. Powiedziała "dobrze" i to mnie uspokoiło, bo pomyślałem, iż sprawa zamknięta. Poszła w stronę schodów, a ja wróciłem do łóżka, bo miałem o ósmej klienta z audi na wymianę sprzętła. Dopiero jak zszedłem do kuchni po piętnastu minutach, zobaczyłem walizkę przy drzwiach.
Zapytałem, co robi. Powiedziała: "wyjeżdżam". Śmiałem się, bo myślałem, iż to o owsiankę. Powiedziała: "nie, o sześć lat". Powiedziałem coś, czego teraz się wstydzę — iż to nasz dom, iż nie może odejść, bo mama potrzebuje pomocy. Ona popatrzyła na mnie i powiedziała: "ciekawy dobór słów", i wtedy poczułem, iż w brzuchu mam kamień, bo przypomniałem sobie, iż mieszkanie jest zapisane tylko na nią. Nigdy nie było inaczej. Po prostu wolałem o tym nie myśleć.
Wyszła. Zatrzasnęła drzwi tak, iż w przedpokoju zadrżał obraz z Suwałk, który wisiał tam od ślubu. Mama stała ze łyżką w garnku i mruknęła, iż wróci, bo dokąd ma pójść kobieta po czterdziestce. Ja nie byłem tego tak pewny.
Pierwszego dnia jeszcze się nie bałem. Zjadłem kanapkę stojąc nad zlewem, bo nie umiałem znaleźć w szafkach niczego innego, i pomyślałem, iż przesadziła, iż wróci po weekendzie. Drugiego dnia mama zaczęła pytać, gdzie Marta trzyma jej leki na nadciśnienie, bo skończyły się te, które przywiozła ze sobą, a ja nie miałem pojęcia, w jakiej aptece Marta je zawsze zamawiała, bo to ona pamiętała te rzeczy, nie ja.
Trzeciego dnia przyszła kartka z banku, taka zwykła, papierowa, z Alior Banku, zaadresowana na warsztat. Otworzyłem ją, bo myślałem, iż to jakaś faktura. To było zawiadomienie o zamknięciu rachunku firmowego, tego samego, na który od pięciu lat wpływały wpłaty od Marty na paliwo obrotowe warsztatu, i na który ostatnio, nie będę udawał, iż nie wiem o czym mówię, przelewałem też pieniądze na abonament siłowni i wakacje z kolegami, które księgowałem jako "materiały eksploatacyjne". Marta miała dostęp do tego konta od zawsze, bo to były jej pieniądze z odziedziczonej po cioci Basi lokaty, przekazane mi w formie pożyczki, żebym mógł "postawić się na nogi". Nigdy jej nie spłaciłem ani złotówki.
Zadzwoniłem do niej o wpół do siódmej wieczorem, w panice, bo mechanik Grzesiek zadzwonił, iż nie ma z czego zapłacić za części do skody, którą mieliśmy oddać rano. Powiedziałem: "wracaj, stało się coś strasznego". Nie odebrała za pierwszym razem. Za drugim odebrała i powiedziała spokojnym głosem, iż nic strasznego się nie stało, iż po prostu przestała finansować warsztat, do którego nigdy nie miała żadnego udziału na papierze, mimo iż włożyła w niego dwieście tysięcy złotych.
Powiedziałem, iż to nasze pieniądze, iż jesteśmy małżeństwem. Zapytała, czy pamiętam, na kogo jest zapisane mieszkanie na Żoliborzu, w którym mama teraz siedzi w moim starym fotelu i patrzy telenowelę na Polsacie. Nie pamiętałem, bo wolałem nie pamiętać. Powiedziała, iż przyjedzie w sobotę po swoje rzeczy i po dokumenty z czerwonej teczki, którą już zabrała, i iż do tego czasu mama może zostać, ale ja mam czas do soboty, żeby znaleźć dla niej inne miejsce, bo lokal jest jej, nie mój.
W sobotę przyjechała z prawnikiem, młodym chłopakiem w okularach, który przywiózł jedną kartkę — pełnomocnictwo do zarządu nieruchomością, cofające moje prawo do korzystania z mieszkania po trzydziestu dniach, zgodnie z ustną umową użytkowania, którą podpisałem w dniu ślubu, o czym w ogóle nie pamiętałem, iż podpisywałem. Marta postawiła na stole w kuchni papier, długopis i telefon z otwartą aplikacją banku, na ekranie widać było przelew: dwieście tysięcy złotych, tytuł "spłata pożyczki na warsztat, termin realizacji: trzydzieści dni". Powiedziała, iż jeżeli nie spłacę w terminie, warsztat wraca pod egzekucję komorniczą, bo umowa pożyczki, tę, którą też podpisałem bez czytania, miała klauzulę o przewłaszczeniu udziałów.
Mama siedziała przy stole cały czas i mówiła, iż to niesprawiedliwe, iż rodzina powinna sobie pomagać bez zaproszenia. Marta popatrzyła na nią i powiedziała tylko: "pani Krystyno, ja panią zawoziłam na rehabilitację przez cztery lata bez jednego dnia przerwy, i to się teraz kończy razem z resztą". Wstała, wzięła klucze od mieszkania, które leżały na kredensie, i zabrała ze sobą jeden komplet — mój. Powiedziała, iż nowy zamek już jest w drzwiach, dała mi tylko trzydzieści dni na wyprowadzkę, licząc od dziś.
Stałem w tej kuchni z kartką w ręku, a za oknem sąsiad z dołu wynosił śmieci i pogwizdywał coś z Eurowizji, jakby nic się nie stało, jakby świat nie przestał się kręcić w moim własnym domu. Mama zapytała, co teraz z jej owsianką na rano. Powiedziałem, iż sam ją zrobię. Nie umiałem jeszcze, ale miałem trzydzieści dni, żeby się nauczyć.












