Wszystko było jak przez mgłę, jakby opowieść toczyła się na pograniczu jawy i snu. Walentyna pospieszała na tramwaj do pracy, gdy nagle poczuła, iż nie ma przy sobie telefonu zgubił się gdzieś w niewyraźnym labiryncie jej śniadaniowych poranków. Zawróciła z ulicy Miodowej do swojego bloku w Warszawie, stara, zdobiona cegła budynku stapiała się z szarym niebem, a mżawka dziwnie wibrowała od oddechów ludzi śniących jeszcze o kawie. Wlazła do windy, która zaraz zatrzymała się bezgłośnie na ósmym piętrze. Drzwi utknęły świat zamknięty między piętrami i czasem.
Siedząc w tej windzie, przefiltrowała swoje myśli przez pajęczynę rozbitych wspomnień, gdy zza cienkich drzwi usłyszała znajome głosy. Uszy nasiąkały tonem jej męża, Grzegorza, i tej drugiej kobiety Jolanty z sąsiedztwa.
Jolu, najdroższa, kocham cię tak, iż nie mogę już doczekać się wieczoru szeptał Grzegorz słowami miękkimi jak świeże ciasto drożdżowe.
Dziś wieczór będziemy wreszcie razem odpowiadała Jolanta nieco chrapliwym śmiechem. Czekam na ciebie po dziesiątej.
Twój mąż znów na nocnej zmianie? mruknął Grzegorz.
Jolanta skinęła głową, choć Walentyna nie mogła jej widzieć:
Cały tydzień! Wychodzi o wpół do dziesiątej, wraca skoro świt. Ale niedługo wróci musimy zdążyć, zanim wróci najsilniejsza mgła!
Głos Grzegorza rozszczepiał się echem między ścianami betonowej klatki:
Czemu ta winda tak wolno jedzie? denerwował się, choć przecież sama Walentyna wiedziała, iż czas w snach płynie inaczej.
Rozmawiali tuż przy windzie, przez długie, rozmazane minuty, nieświadomi, iż ktoś wsłuchuje się w ich sekrety. Wśród słów Grzegorz dziękował Jolancie za każdą chwilę euforii i szczęścia, jakie z nią przeżył w cieniu tej starej kamienicy.
Dopiero gdy Jola odezwała się i nazwała go po imieniu, a potem padło też imię Walentyny, lawina podejrzeń zamieniła się w pewność. Grzegorz i ona, Jolanta z mieszkania numer czterdzieści na ósmym piętrze wszystko było jasne.
Tak to więc jest pomyślała Walentyna w otoczeniu snujących się kabli i wibrujących neonów. On „oddycha świeżym powietrzem” wieczorami? Teraz już wiem, jakie to powietrze
Wkrótce przybyli technicy i otworzyli drzwi windy; ich twarze rozpływały się, było w nich coś z ulicznych latarni na Nowym Świecie po zmroku. Jednakże w głowie Walentyny już układał się niemy plan, cichy i uporczywy jak krople deszczu.
Nadszedł wieczór, a Warszawa tonęła w chłodzie i szarudze. Grzegorz zaczął szykować się do „wieczornego spaceru na świeżym powietrzu”.
Walusiu powiedział, poprawiając parasolkę wyjdę na godzinę.
Ale leje przecież! krzyknęła z kuchni Walentyna, mieszając barszcz.
Deszcz nie jest z cukru, nie rozpuści mnie. Potrzebuję ruchu rzucił tonem przekonanego sportowca.
A może zacznij spacerować po balkonie? zaproponowała przekornie.
Balkon to nie dla mnie. A poza tym, wezmę parasolkę i już go nie było.
Nie twój dzisiaj dzień, Grzesiu rzuciła na pożegnanie, choć jej słowa były raczej mantrą niż przepowiednią.
Po pół godzinie powrócił, przemoczony i wytrzęsiony. Drzwi były tylko nieco uchylone, zatrzymane na łańcuszku.
Gdzie parasol? Co z twoim garniturem i lakierkami? spytała przez szparkę.
Jacyś chłopcy podeszli na ulicy opowiadał zdyszany wszystko zabrali!
Walentyna westchnęła:
Twoje rzeczy są przy zsypie na śmieci. Możesz zabrać i pozdrowić Jolantę.
Jaką Jolantę?
Tę z ósmego.
Zatrzasnęła drzwi, zostawiając Grzegorza z kruszącym się sumieniem na korytarzu.
Wpatrując się w ekran wyciszonego telewizora, pomyślała tylko:
Dobrze, iż nasze dzieci już dorosły i powyjeżdżały z Warszawy. Nie muszą patrzeć na tą żałosność.
Grzegorz popędził ku zsypowi, znalazł starą, wypchaną walizkę. Kiedy już ją otworzył i się przebrał, wyszedł z klatki schodowej. Pogubił się jednak między chodnikami i tłumem cieni. Postanowił zamówić taksówkę do mamy w Lublinie, ale tu przyszło olśnienie telefon został u Jolanty.
Zdecydował się wrócić i poprosić Walentynę o telefon, ale i on utknął w windzie, na ósmym piętrze. Czasami sny są jak pętle w labiryncie, nie da się z nich wydostać.
W całym bloku nagle zabrakło prądu wszystko przysiadło w milczeniu. Dopiero po czasie winda jęknęła i wypuściła go na wolność. Ale wtedy Walentyna dawno już była w pracy, klucz od mieszkania miała tylko ona.
Schodząc pieszo, na ósmym spotkał Jolantę, również z walizką, stojącą przed złośliwie zamkniętą windą.
Masz mój telefon? zapytał cicho.
Mam I twoje rzeczy.
Stali przez chwilę razem, a potem zjechali windą, która tym razem ruszyła w dół jak łódź unosząca się na Wiśle wśród mgieł. Później rozjechali się w dwie różne strony, każde innym taksówkarskim fiatem, każde z nowym cieniem wiszącym nad głową. W kieszeni Grzegorz znalazł tylko kilka złotych, które dźwięczały dziwnie, jakby były monetami ze snu.












![12-letnia Nela nie miała objawów. Badania wykryły cukrzycę typu 1 [Zdjęcia]](https://www.wkatowicach.eu/assets/pics/aktualnosci/2026-05/DSC_4294.jpg)
