Wakacje w Polonezie i kapcie dziadka Staszka

polregion.pl 6 dni temu

Ojciec pakował bagażnik od piątej rano, a my i tak wiedzieliśmy, iż o siódmej wyjedziemy najwcześniej za kwadrans ósma. Mama biegała z siatkami, ojciec przesuwał walizki, żeby wszystko weszło, a moja siostra Basia zdążyła trzy razy zmienić bluzkę i dwa razy rozpłakać się, iż zgubiła gumkę do włosów. Ja siedziałem na trzepaku i pilnowałem, żeby nikt nie zamknął drzwi od klatki, bo przecież wyjazd bez pożegnania z panem Mietkiem, który zawsze dawał nam po cukierku, nie miał prawa się udać.

To była nasza coroczna podróż z blokowiska w Zielonej Górze do wsi pod Kruszwicą. Trasa w sumie prosta, niespełna dwieście kilometrów, ale polonezem w letni upał robiła się z tego wyprawa przez pół świata. Na tylnym siedzeniu panował ścisk: torba z wałówką, słoiki z kompotem od cioci, koc w kratę i my dwoje. Basię mdliło po piętnastu minutach, więc ojciec co rusz zjeżdżał na pobocze. Mama powtarzała, iż następnym razem pojedziemy pociągiem, a ojciec udawał, iż nie słyszy.

Za oknem przemykały pola, lasy, tablica z napisem Gopło i wreszcie ta jedna, niepozorna droga przez topole. Znam ją na pamięć. Kiedy wjeżdżaliśmy między drzewa, wierciłem się tak, iż odpinałem pas i klękałem na siedzeniu. Ojciec burczał, żebym siadł, bo policja. Ale oboje wiedzieliśmy, iż za tym zakrętem będzie już płot z siatki, furtka z desek i pies Buras, który zawsze pierwszy słyszał silnik.

Dziadek Staszek wychodził przed dom zanim zdążyliśmy zaparkować. Stał w kapeluszu, który nosił odkąd pamiętam, w koszuli z podwiniętymi rękawami i w kapciach. Zawsze w kapciach, choćby padało. Babcia Helena szła zaraz za nim, wycierała ręce w fartuch i mówiła to samo: „No, nareszcie”. I od razu brała Basię pod ramię, bo Basia była najmłodsza, a ja musiałem pomagać ojcu przy bagażniku.

Ale zanim tknąłem pierwszą torbę, dziadek robił mi test. Nazywał to „protokołem powitalnym”. Musiałem mu powiedzieć, ile lat minęło od ostatnich wakacji, do której klasy idę i czy umiem jeszcze gwizdać na zaciśniętych palcach. Za każdy poprawny punkt dostawałem cukierek miętowy, ale jeżeli nie umiałem gwizdać — oddawałem jednego. Dwa lata temu straciłem trzy cukierki, bo z emocji zapomniałem, jak się składa palce. Dziadek śmiał się wtedy tak, iż kapelusz zsunął mu się na czoło.

Babcia Helena już mnie nie wypytywała o nic. Po prostu brała mnie za rękę i prowadziła do kuchni, gdzie na blasze stała pokrojona chałka, a obok leżał słoik miodu od pana Kazimierza spod czwórki. Mama od razu zaczynała narzekać, iż wybrudzę koszulkę, na co babcia machała ręką i odpowiadała, iż od miodu koszulki się pierze. W kuchni zawsze pachniało drożdżami, smażonym olejem i aptekowymi ziołami, bo babcia suszyła miętę na parapecie. Nad oknem wisiał termometr z godłem z czasów, których nie pytałem.

A potem przychodziło to, na co czekałem cały rok. Babcia zdejmowała klucze z haczyka przy lodówce, brała blaszaną miskę i szliśmy do ogrodu. Dopiero tam zaczynało się lato: maliny ciepłe od słońca, ogórki, które jeszcze parzyły w dotyku, i marchew, którą babcia od razu trzeć i wkładała mi do ust, mówiąc, iż żadna z miasta nie jest tak słodka. Zrywaliśmy porzeczki, jabłka, wszystko w ciszy, tylko czasem babcia cmokała i pokazywała, iż tyle samo zjadłem, co nazbierałem.

Są takie chwile, których nie da się opowiedzieć bez mijania się z prawdą — bo za nic nie chcą wejść w zdania. To było właśnie to: droga przez topole, pies, który obwąchuje ci buty, i ręka babci pachnąca cebulą i ziemią. Niby nic, a dla mnie cała definicja szczęścia.

Baśka, rzecz jasna, inaczej to zapamiętała. Dla niej wakacje zaczynały się od tego, iż mogła zamknąć się w pokoju na piętrze i nikt nie kazał jej odrabiać matematyki. Siedziała tam godzinami z książką dłuższą niż ona sama. Ja wolałem stodołę. Dziadek pokazywał mi, jak składać scyzoryk, jak ciąć drzewo na szczapy i jak poznawać, czy kura zniesie jajko. Pozwalał mi karmić króliki, ale tylko pod nadzorem, bo kiedyś nakarmiłem je tak, iż jeden ledwo chodził. Nazwaliśmy go Balon.

Wieczorem pachniało dymem z komina, w oddali szczekały psy, a my siedzieliśmy na ławce przed domem. Ojciec i dziadek rozmawiali o cenach nawozu, mama i babcia o tym, jak to gwałtownie rosną dzieci. Basia patrzyła w telefon, choć zasięg był tam tak słaby, iż wiadomości dochodziły z jednodniowym opóźnieniem. Ja liczyłem gwiazdy. Kiedyś doliczyłem do stu dziesięciu i zgubiłem się na trzy tygodnie.

Tydzień mijał tak, iż nie wiedziałeś, który jest dzień. We wtorek piekło się chleb, w środę szło się po mleko do sąsiadki, w czwartek dziadek naprawiał płot. W niedzielę jechaliśmy do Kruszwicy na mszę, a potem na lody do budki przy deptaku. Dziadek zawsze kupował dziesięć kulek, pięć dla mnie, pięć dla Basi, choć babcia krzyczała, iż dostaniemy anginy. Gdy wracaliśmy, lody już dawno były wypite z wafli, a my cali w czekoladzie. Mama mówiła: „Trzeba to sprać od razu”. I prała.

Nie pamiętam dnia wyjazdu. Pamiętam, iż zawsze padało. To zabawne, bo sierpień w tamtej części Polski był suchy jak pieprz. A jednak ostatniego dnia kapała woda z nieba, ojciec pakował bagażnik, a dziadek stał w progu z reklamówką ogórków. Babcia Helena wpychała mi do kieszeni słoik miodu i zawinięte w serwetkę gruszki, które dojrzewały po drodze. Buras chował się pod ławkę, bo wiedział, iż auto zaraz odjedzie.

Ojciec odpalał silnik, mama robiła zdjęcie, Basia machała do każdego psa, jakby go żegnała. A ja przez tylne okno patrzyłem na znikającą furtkę, póki nie minęliśmy zakrętu. Dziadek unosił rękę, babcia robiła znak krzyża. I koniec.

Minęło jedenaście lat. Niedawno byłem w tamtej okolicy służbowo. Zielona Góra, Kruszwica, ale po drodze wstąpiłem na chwilę. Nie powiedziałem nikomu. Po prostu zjechałem z głównej i wjechałem między topole. Droga węższa, niż ją pamiętałem. Płot przerobiony, furtka metalowa, a psa nie ma. Dom stoi, ale kapcie dziadka już nie leżą na progu. Została tylko budka lęgowa, którą sam zbiłem, i stara blizna po huśtawce na gruszy.

Stałem przed furtką z siatką ogórków w ręku, głupi jak sto lat. I pierwszy raz w życiu nie zapukałem. Bo bałem się, iż drzwi otworzy ktoś obcy i zapyta, czego ja tu chcę.

Wsiadłem do auta. Przez otwarte okno wpadł zapach wilgotnej trawy, taki sam jak wtedy, gdy babcia brała mnie za rękę i prowadziła do ogrodu. Ruszyłem pod mostek na Gople. Zatrzymałem się, wyjąłem z bagażnika jeden ogórek, przełamałem na pół i wrzuciłem połowę do wody. Nie wiem, czy karpie zjedzą. Ale coś mi mówiło, iż tak trzeba.

Resztę ogórków zawiozłem mamie do domu. Pokroiła je na mizerię, a ja siedziałem w kuchni, patrzyłem, jak ściera cebulę, i powiedziałem: „Mamo, a pamiętasz, jak dziadek witał nas w kapciach?”. Matka zaśmiała się tak, iż musiała odłożyć nóż. Potem podniosła go i dodała: „Kapcie do dziś stoją w szafce. Babcia nie pozwoliła wyrzucić”. Pokazała mi karton, w którym leżał stary, wydeptany ślad po wewnętrznej stronie. Oddała mi go bez słowa, jakby wiedziała, iż przyjechałem nie tylko po to, żeby zobaczyć dom.

Wracałem do Zielonej Góry. Karton leżał na fotelu pasażera. Gdzieś za Kruszwicą wyprzedził mnie chłopak w rozklekotanym fiacie, wiozący w siatce karpia. W radiu leciało coś o tym, iż lato powoli się kończy. Pomyślałem, iż może za rok podjadę tam jeszcze raz. Tylko po to, żeby wrzucić do Gopła drugą połówkę.

Idź do oryginalnego materiału