W ŻYCIU MUSI BYĆ PORZĄDEK – Lada, zabrania ci kontaktów z siostrą i jej rodziną! Oni mają swoje życi…

polregion.pl 3 godzin temu

ŻYCIE W PORZĄDKU

Wiesz, Jowito, zakazuję ci kontaktować się z siostrą i jej rodziną! Oni mają swoje sprawy, my swoje. Znowu dzwoniłaś do Haliny? Skarżyłaś się na mnie? Ostrzegałem cię. Nie miej do mnie żalu, jeżeli coś się wydarzy powiedział Rafał i chwycił mnie mocno za ramię, aż zabolało, jakby to był ochraniacz z kaktusa.

Ja, jak to często w snach bywa, bez słowa wycofałam się do kuchni, gdzie płakałam do zimnego czajnika. Łzy były słone, a świat mienił się przez nie jak pod wodą. Nigdy nie żaliłam się siostrze na własne życie. Po prostu rozmawiałyśmy, dzieliłyśmy się troskami o schorowanych rodziców, których cienie ciągle krążyły po naszym rodzinnym domu w Kielcach. Ta zwyczajność doprowadzała Rafała do furii. Nienawidził Haliny i tej atmosfery spokoju i dostatku, która panowała w jej szczecińskim mieszkaniu. Nasze życie płynęło na przechylonej łodzi.

Gdy wychodziłam za Rafała, byłam szczęśliwsza niż pierwszy śnieg w listopadzie. Miłość obuła nasze życie w pęcherze, unosząc nad trawnikami. Nie przeszkadzało mi, iż był o głowę niższy, ani iż jego matka, Stanisława, na ślub przywlokła się ledwie trzymając pion, czuć było od niej wódczane chmury we wszystkich pokojach. Później się okazało, iż to alkoholiczka z wieloletnim doświadczeniem i marzeniami o innej rzeczywistości.

Dopiero po roku wybudziłam się z tego miłosnego snu. Rafał pił. Pił, aż ściany zaczynały chodzić, a potem wlewał się do mieszkania jak rozlany barszcz czerwony. Potem pojawiły się zdrady, jak okna, których nie można było domyć. Ja pracowałam na oddziale szpitalnym jako pielęgniarka. Zarabiałam niewiele, ledwie na rachunki i drożdżówki. Rafał wolał całodobowe towarzystwo pijaków, z którymi zawsze siedział na osiedlowej ławce. Utrzymywać mnie nie miał zamiaru, a marzenia o dzieciach zamieniłam na opiekę nad kotem perskim, Stefanem, który był jedyną istotą, która nie odwracała się do mnie plecami.

Chociaż Rafała przez cały czas kochałam jak przywiązanego balona, życie z nim było jak stanie w kolejce po mięso zawsze coś nie tak.

Jowito, ależ ty naiwna! powtarzała mi przyjaciółka z pracy, Aldona. Mężczyźni kręcą się wokół ciebie jak pszczoły przy śliwkach, a ty wpatrzona w tego swojego gnomika! Co w nim widzisz? Przychodzisz cały czas w siniakach, maskujesz to pudrem jak mur błędów. Myślisz, iż nikt nie widzi twoich lampionów pod oczami? Rzuć go, nim cię na amen pobije!

Niestety, Rafał znęcał się nade mną coraz częściej. Raz pobił mnie tak, iż nie mogłam wyjść na dyżur dzienny. Więził mnie w mieszkaniu, klucz zabrał jak totem. Od tamtej pory panicznie się go bałam, a serce biło jak młot pneumatyczny, gdy w drzwiach zgrzytał klucz. Wydawało mi się, iż Rafał mści się za wszystko za to, iż nie mam dzieci, za to, iż jestem, jaka jestem, i za to, iż wciąż kocham go bladym cieniem tej pierwszej miłości. Nie walczyłam, gdy mnie bił, wyzywał lub drwił. Dlaczego?

Jego matka szepnęła mi kiedyś przez zęby wykrzywione jak stalaktyty:
Jowitko, słuchaj męża, kochaj go swym wnętrzem i zapomnij o rodzinie, przyjaciółkach. Bo do niczego cię nie doprowadzą.

Słuchałam jej. Zapomniałam o rodzinie, przyjaźniach, przylepiłam się do Rafała, jakbyśmy byli dwoma kawałkami plasteliny. Podobało mi się, gdy Rafał błagał o przebaczenie, klęczał przede mną i całował mnie w stopy. Wtedy śniłam. Rafał obsypywał łóżko płatkami róż w tym śnie czułam, jakby to były płatki lodu z różanych chmur, niesione przez wiatr znad Bałtyku. Wiedziałam, iż róże zrywał w ogródku u przyjaciela-pijaka, a jego żona potem łkała, patrząc na ogołocone krzaki. Ale wybaczała, a nasza sypialnia na chwilę stawała się odległym rajem.

Wydaje mi się, iż tak mogłabym iść przez życie, sunąć niczym cień u boku Rafała i odbudowywać w kółko swoje porcelanowe szczęście roztrzaskiwane przez codzienność. Jednak los nagle podsunął mi klucz od tych drzwi.

Zostaw Rafała, mam z nim syna. Ty przecież jesteś bezpłodna. Ja nie chcę, żebyś przez cały czas była jego żoną powiedziała nagle obca kobieta, która pojawiła się w moim domu jak śnieg w sierpniu.

Nie wierzę ci! Wyjdź, zanim wezwę sąsiadów! krzyknęłam, choć w mojej głowie natychmiast zadźwięczał dzwon prawdy. Rafał zapierał się, jak mógł, ale nie umiał zaprzeczyć, gdy domagałam się przysięgi. Milczał, a to wystarczyło.

Jowito, nigdy cię nie widziałem wesołą. Co się dzieje? zapytał pewnego dnia ordynator naszego szpitala, dr Maurycy Romanowski. Wydawało mi się zawsze, iż mnie nie zauważa, a tu taka troska, jakby otworzyły się tajne drzwi za szafą.

Wszystko w porządku speszyłam się jak uczennica.

To dobrze. Gdy ktoś ma w porządku, świat staje się piękny rzucił tajemniczo.

Dr Maurycy miał za sobą rozwód, żył sam w mieszkaniu ze ścianami zielonymi niczym majowe pola. Miał córkę i już nie szukał kobiety. Był dość niepozorny w okularach, z zakolem, nieduży. Ale kiedy podchodził blisko, czułam woń jego wody kolońskiej, która wprawiała mnie w senność. Dziwny urok. Po jego słowach nie mogłam sobie znaleźć miejsca. „Dobrze, gdy ktoś ma w porządku…”ale u mnie wszystko było pokręcone. A czas w snach gna jak szalony i nie można wcisnąć pauzy.

W końcu odeszłam od Rafała i wróciłam do rodziców do Kielc. Mama, Janina, patrzyła na mnie zdumiona:

Co się stało, Jowitko? Mąż cię wyrzucił?

Nie, wyjaśnię potem, mamo zawstydziłam się własnego życia niczym frazy nie do przełknięcia.

Potem dzwoniła matka Rafała, przeklinała, krzyczała, groziła mi, ale już czułam pod żebrami świeży powiew. Dr Maurycy Romanowski dodał mi odwagi, jakby podsunął pod stopy trampolinę.

Rafał wściekał się, śledził mnie, wysyłał sms-y grozy. Nie wiedział, iż już nie miał nade mną żadnej mocy.

Rafał, nie trać na mnie czasu. Zaopiekuj się lepiej swoim synem. Nasza historia już się skończyła. Żegnaj! powiedziałam spokojnie, z zamkniętymi oczami.

Wróciłam do Haliny i rodziców. Poczułam, jakby wyrosły mi skrzydła. Byłam sobą, nie marionetką pod sznurem.

Przyjaciółka Aldona od razu zauważyła zmianę:
Jowito, ty jakaś inna! Odmłodniałaś, oczy ci się śmieją. Cała ty, jak panna na wydaniu!

A dr Maurycy niedługo zaproponował mi małżeństwo:
Zostań moją żoną, Jowito. Przysięgam, nie pożałujesz. Ale jedno zastrzeżenie mów mi po imieniu. Panie doktorze zostawmy na oddziale.

A ty mnie kochasz, Maurycy? zdziwiłam się jego propozycji, bo we śnie przecież wszystko możliwe.

Ech, wybacz, kobiety lubią słowa. No cóż, myślę, iż cię kocham. Ale bardziej wierzę w czyny Maurycy uścisnął mi dłoń, całując ją.

Tak, zgadzam się, Maurycy! Wierzę, iż będę mogła cię pokochać odpowiedziałam, czując, jakby serce wypuściło z siebie wróble tańczące pod sufitem.

Minęło dziesięć lat.

Maurycy każdego dnia potrafił okazać mi prawdziwą miłość. Nie rzucał pustych słów, nie całował stóp, tylko okazywał troskę, opiekę i czułość. Swoimi czynami podsuwał pod nos bukiet życia. Choć nie było nam dane mieć wspólnego dziecka cóż, byłam „pustym kwiatem”, jak śniło się kiedyś w nocy Maurycy nigdy nie miał mi tego za złe. Jego córka była dla nas niczym promień podarowała nam wnuczkę Zosię i to ona była naszym słonecznym dzieckiem.

Rafał całkiem się stoczył, pił aż zniknął z tego świata przed pięćdziesiątką. Jego matka, mijając mnie czasem na rynku w Kielcach, patrzyła z nienawiścią wypchaną lodem. Ale jej nienawiść już nie miała znaczenia; rozpuszczała się w powietrzu jak dym.

A u nas z Maurycym wszystko w porządku. Życie jest piękne, choćby jeżeli czasem przypomina dziwny, surrealistyczny sen.

Idź do oryginalnego materiału