Napisałam, iż w złym małżeństwie umieramy powoli. Napiszę jednak coś więcej: w złym małżeństwie ciągle jest pod górkę. Tkwienie w nim to dobrowolne zamienienie się w Syzyfa. Działasz, starasz się, ale Twój wysiłek jest na nic. Dlaczego? to proste. Nie da się kochać mądrze za dwoje, działać za dwoje i motywować kogoś ciągle do zaangażowania, jeżeli po drugiej stronie nie ma ani chęci, ani gotowości. Nagrodą za naiwność jest wypalenie, rozczarowanie i poczucie zmarnowania najlepszych lat życia. Niby to podskórnie wiemy, a ciągle sobie to robimy…
W złym małżeństwie każdy dzień jest pod górkęDlaczego tkwimy w złych małżeństwach?
To dość prozaiczne. Tkwimy, bo zostałyśmy oszukane. Albo przez niego, albo przez siebie.
Oszukane przez toksyka
Zacznijmy od pierwszej wersji. Trafiłyśmy na osobę toksyczną. Ja wiem, iż jest to już wyświechtane słowo i wiele osób, gdy je widzi przestaje czytać, ale proszę, zostać. Musiałam go użyć, ponieważ niestety nasza trudna historia oraz psychologia, która od lat się rozwija, a jeszcze nie tak dawno była w powijakach, sprawiła, iż wielu z nas ma problem ze sobą. Tak, napisałam to brutalnie, ale taka jest prawda.
Nie umiemy się mądrze komunikować, kochać kogoś tak, jak sami chcielibyśmy być kochani. Mamy problem z własną złością i słabością. Nie chcemy się do niej przyznać, a co dopiero pokazać komuś. Gramy, a w miłości gra to najgorszy scenariusz, który nie pozwala poznać kogoś…i siebie. Miłość zamiast pomagać nam dojrzeć sprawia, iż tkwimy w szklanej bańce i choćby nie czujemy, jak mocno się dusimy.
Osoba toksyczna początkowo bombarduje miłością. Jest świetna, zabawna, nigdy przy niej się nie nudzimy. Wydaje się nam, iż się zakochujemy, ale psychologia mówi, iż dzieje się coś innego: uzależniamy się od wrażeń. To podążanie za dopaminą tak jak za słodką czekoladką. Zostajemy oszukane przez system promujący miłość romantyczną i przez człowieka, który dokładnie wie, jak wykorzystać nasze słabe strony.
W złym małżeństwie każdy dzień jest pod górkęZłe małżeństwo, czyli gdy oszukujemy same siebie
Napisałam też, iż oszukujemy się same. To też prawda, bo w złym małżeństwie świadomie ignorujemy czerwone flagi.
To nie tak, iż nigdy ich nie zauważamy, zauważamy, ale…naiwnie twierdzimy, iż zmienimy faceta, miłością, akceptacją, zaangażowaniem. Oczywiście przeceniamy swoje umiejętności. Jednak idziemy w to dalej.
Angażujemy się tak bardzo, iż dochodzimy do momentu, kiedy trudno się rozstać. Są dzieci, kredyty, zobowiązania – one trzymają w złym małżeństwie bardziej niż cokolwiek innego.
Brakuje złudzeń, nadziei, ale to co? Przecież wiemy, co robimy, nie? Mamy konsekwencję w postaci ciągłego zapieprzania z plecakiem wypchanym kamieniami pod wysoką górę. To cena naszego zbyt dużego optymizmu i niestety braku wiedzy. Tego, iż nikt nam nie powiedział, że…
Nikt nam nie powiedział, że…
- zabawny facet, który gwarantuje wiele “atrakcji” to niekoniecznie dobry materiał na męża,
- ten najgłośniejszy wcale nie musi być najlepszy,
- inteligencja częściej jest cicha niż głośna,
- ciągłe życie na krawędzi napędza adrenalinę, ale na dłuższą metę to pewna katastrofa.
Poza tym nikt nam nie powiedział, iż miłość romantyczna to bzdura. Relację się tworzy, a nie dostaje w pakiecie. To wybór, który wymaga działania i zaangażowania od pierwszego dnia razem do ostatniego.
Nie dowiedziałyśmy się też, iż miłość to nie terapia, a partner to nie projekt do naprawy. Nikt nas nie nauczył, iż jeżeli ktoś nie chce dorosnąć emocjonalnie, to nie zrobi tego tylko dlatego, iż my bardzo pragniemy stabilności i bliskości.
Nikt nie powiedział, iż odpowiedzialność za relację zawsze jest wspólna, a jeżeli jedna osoba niesie ją sama, to nie jest związek, tylko ciężar. I naprawdę to nie kobieta powinna emocjonalnie dźwigać, zawsze wyjaśniać, uspokajać i być tą odpowiedzialną.
I tak tkwimy. Z przyzwyczajenia. Ze strachu. Z nadziei, która już dawno powinna umrzeć, ale my ją sztucznie reanimujemy dmuchając w usta ciepłym powietrzem, bo przecież „nie tak miało być” i jeszcze chwila, a on w końcu dojrzeje, zrozumie i doceni.
Aż w końcu budzimy się któregoś dnia i widzimy, iż to nie życie było trudne, to my zbyt długo próbowałyśmy udźwignąć coś, co od początku było nie do uniesienia.
Same sobie to zrobiłyśmy, i świadomość ta boli jeszcze bardziej niż litry łez, które dawno wsiąkły w poduszkę. Dużo bardziej niż niemy krzyk pełen poczucia niesprawiedliwości…
Złe małżeństwo to najpierw bezsenność, potem koszmary i przebudzenie z dziwnego snu
Nagle dociera do nas coś, czego bałyśmy się nazwać wcześniej, iż przez lata walczyłyśmy o związek, którego tak naprawdę nigdy nie było. Że kochałyśmy potencjał, a nie człowieka, trzymałyśmy się obietnic, a nie faktów.
Tak robiłyśmy, bo tak nas nauczono w cichych przekazach złość piękności szkodzi, lepszy taki niż żaden, chłop to chłop, kobieta gdy jest sama to jest smutna i nieszczęśliwa. Uwierzyłyśmy i spieszyłyśmy się z wyborem, jakby to był wyścig. Jakby najlepsza opcja miała uciec niczym pociąg pośpieszny. Zajadając popcorn, płakałyśmy na Titanicu i wzdychałyśmy do relacji, która dotknie nas w końcu ciepłem, które rozejdzie się po nieukochanym ciele…Skupiałyśmy się na czułych oczach Leo, a nie na górze lodowej, którą wszyscy zignorowali. Statek miał nie zatonąć. Przecież nie mógł, prawda?
Po serii bezsennych nocy, potem snów z kategorii strasznych, w których podświadomość mówiła, jak to się wszystko skończy, przyszedł czas na przebudzenie. I to wcale nie w środku nocy. W dzień. Różowe okulary naiwności popękały od środka i zmusiły nas do ich zdjęcia. Wtedy wszystko się skończyło.
I wtedy zaczęło boleć nie tylko to, co on zrobił, ale też to, czego my same sobie nie dałyśmy: szacunku, granic, prawa do odejścia, prawa do spokoju.
To moment brutalnego przebudzenia. Moment, w którym widzimy, iż największą krzywdę zrobiłyśmy sobie nie wtedy, gdy kochałyśmy za bardzo, ale wtedy, gdy przestałyśmy kochać siebie. I tak, nikt nam o tym nie powiedział, iż nie ma miłości do kogoś tam, gdzie zapominamy o miłości do siebie.
W złym małżeństwie każdy dzień jest pod górkę
Dopiero po przebudzeniu widzimy, jak bardzo nas to wyniszczyło. Patrzymy w lustro i widzimy kogoś, kogo nie poznajemy. Smutne oczy i usta, które zapomniały, jak to jest się uśmiechać naprawdę.
Właśnie wtedy rozumiemy, jak bardzo oddaliłyśmy się od siebie samych, próbując zbliżyć się do kogoś, kto nigdy nie zrobił ani jednego kroku w naszą stronę. Oddając kawałek po kawałku siebie, stałyśmy się bezbronne, nagie, niczym osoba, która zagubiła się w cienkiej koszuli nocnej w ciemnym lesie na boso…
I wtedy przychodzi ta najtrudniejsza prawda jak wyrzut do siebie. Górka, która jest przed nami już nie jest motywacją, jest ciężarem, przeszkodą, której nie chcemy już pokonywać dla szczytnych idei. Zdejmujemy z ramion ciężki plecak i mówimy do niego – zamieniamy się. Teraz Ty go niesiesz i wyjmujemy jemu z rąk kwiaty, które zebrał i niósł przez tę drogę, zachwycając się nimi, ale nigdy nam ich nie wręczając.
Przypominamy sobie siebie samą. Patrzymy na kolorowe listki i zaczynamy odrywać, kocha, nie kocha…nie musimy już liczyć. Znamy odpowiedź.
W tym momencie zaczyna się droga nie pod górkę, ale w głąb siebie. Tam daleko, gdzie siedzi ta mała dziewczynka, która czuje, iż aby ktoś ją pokochał, tak prawdziwie, musi się postarać, bardzo postarać, być lepsza niż ktokolwiek, nigdy nie płakać, nie domagać się, nie mieć pretensji, nie dąsać się. Tylko uśmiechać się, żeby innym nie psuć humoru.
Gdy docieramy do tego miejsca, gdzie siedzi nasze wewnętrzne dziecko, to już rozumiemy, dlaczego pozwoliłyśmy sobie to zrobić. Jemu i sobie samej.
I wtedy przychodzi ten moment, kiedy przestajemy już myśleć o tym, czy on dorośnie w końcu do relacji z nami. Wiemy, iż chodzi o coś innego. O to, czy my dorosłyśmy do miłości do samej siebie.
Oj zabolało, a łzy popłynęły. Ale już się ich nie wstydzisz. Już nie.
Bo wreszcie rozumiesz, iż łzy nie są słabością, tylko sygnałem, iż wracasz do siebie. Że kończy się etap życia pod górkę, a zaczyna etap życia w prawdzie.
I może jeszcze nie wiesz, dokąd dokładnie pójdziesz. Może boisz się pierwszego kroku. Może drżysz na myśl o tym, co będzie dalej.
Ale wiesz już jedno, iż nie wrócisz tam, gdzie umierałaś po kawałku.
Bo kobieta, która zaczyna kochać siebie, nie zgadza się już na byle jaką miłość. Nie czeka na okruchy. Nie błaga o uwagę.
Ona wybiera siebie. I to wcale nie jest historia o tym, którego opuszcza, ale o niej, gdy odnajduje swoją godność.
I to jest pierwszy dzień jej prawdziwego życia.
Postscriptum. Co naprawdę robi z nami życie w złym małżeństwie
Życie w złym małżeństwie nie jest tylko „trudne emocjonalnie”. Badania są brutalne. Według American Psychological Association chroniczny stres relacyjny podnosi poziom kortyzolu tak samo jak życie w ciągłym zagrożeniu. Długotrwały konflikt małżeński zwiększa ryzyko depresji o 52%, a u kobiet aż dwukrotnie częściej prowadzi do zaburzeń lękowych. Badania z University of Nevada pokazują, iż pary żyjące w permanentnym napięciu mają wyższe ryzyko chorób serca o 34%, a u kobiet częściej występują migreny, bezsenność i problemy autoimmunologiczne.
Psychologia relacji mówi wprost: złe małżeństwo działa na ciało jak powolna trucizna. Organizm nie odróżnia kłótni od zagrożenia, reaguje tak samo. Układ nerwowy jest w trybie „walcz albo uciekaj” przez miesiące, czasem lata. To wyczerpuje. Niszczy. Zmienia osobowość.
I to nie metafora. To biologia.









