Halina przesuwa palcem po ekranie telefonu, sprawdzając saldo konta.
Kwota, która się pojawia, każe jej zamknąć oczy i policzyć do dziesięciu.
– Marku – woła męża, który kręci się przed lustrem w przedpokoju.
Marek poprawia kołnierzyk nowej koszuli.
– Co tam, Halinko? – odpowiada.
– Za taksówkę do restauracji zapłacisz ze swojej karty?
Mąż przestaje szarpać koszulę i patrzy winnie na żonę.
– No co ty zaczynasz? Zostały mi grosze. Jeszcze w tym tygodniu parking trzeba opłacić. Zamówisz ty?
Halina blokuje ekran.
Marek kończy dziś czterdzieści lat.
Wiek solidny.
Pół roku temu umówili się, iż uczczą to skromnie, w domu, we troje – oni i syn.
Mają kredyt na dwa pokoje, wzięty dwa lata temu.
Rata zjada prawie całą pensję Marka.
Halina ciągnie czynsz, zakupy, zajęcia dziecka i ubrania.
Jej pensja kierownika sprzedaży na to pozwala, ale wolnej gotówki prawie nie zostaje.
Miesiąc temu w ich plany wtrąca się Jadwiga, matka Marka.
Teściowa oświadcza, iż czterdziestka jedynego syna to wydarzenie rangi światowej.
Nie wypada siedzieć w kuchni jak dziadostwo.
Trzeba zaprosić rodzinę, wynająć salę w restauracji, pokazać wszystkim, iż Marek w życiu odniósł sukces.
Na nieśmiałe próby Marka, iż na restaurację nie ma pieniędzy, Jadwiga odpowiada krótko:
– Halina dobrze zarabia, nie zbiednieją z takiej okazji.
I Halina ustępuje.
Sama znajduje przytulną restaurację z dobrą kuchnią, sama układa menu, sama wpłaca zadatek.
– Zamawiamy taksówkę – zgadza się Halina, zarzucając płaszcz.
W restauracji już krzątają się kelnerzy.
Stół na piętnaście osób ugina się od przystawek.
Halina specjalnie wybiera luźną sukienkę w kolorze piaskowym, żeby po całym dniu biegania w pracy i organizowania przyjęcia czuć się swobodnie.
Goście zaczynają się schodzić przed osiemnastą.
Jadwiga zjawia się ostatnia, w towarzystwie córki, Bożeny.
Teściowa wchodzi tak, jakby to było przyjęcie u królowej.
– Solenizantowi na zdrowie! – ogłasza głośno Jadwiga, wręczając synowi papierową torbę.
Marek zagląda do środka i rozpromienia się.
– O, mamo, dziękuję! Te same perfumy!
Halina od razu zerka na nazwę.
Cena tego flakonu to jedna trzecia raty kredytu.
– Dla ukochanego syna nic mi nie szkoda – oznajmia dumnie teściowa, oddając kelnerowi nowy płaszcz z futrzanym kołnierzem.
Potem przenosi wzrok na synową.
Uśmiech na twarzy Jadwigi gaśnie natychmiast.
– Halina, gratulacje – rzuca sucho.
– Dobry wieczór, pani Jadwigo – odpowiada spokojnie Halina.
Teściowa rozgląda się po sali.
– No, co ja mogę powiedzieć… – przeciąga, siadając na honorowym miejscu. – Ciemno tu. I obrusy jakieś tanie. Marku, przecież mówiłam o restauracji „Dworek” w centrum. Tam dopiero są żyrandole!
– Mamo, „Dworek” to nie dla naszej kieszeni – mówi cicho Marek, siadając obok.
– Ojej, dość tego biedowania! – macha ręką Bożena, poprawiając fryzurę. – Przecież Halinka zarabia jak dyrektor fabryki. Mogliście choć raz w życiu zrobić bratu porządne przyjęcie.
Halina czuje, jak podchodzi jej irytacja, ale się powstrzymuje.
Nie pora na wyjaśnienia przy gościach.
– Częstujcie się, pani Jadwigo – Halina podsuwa teściowej półmisek z rybami. – Kuchnia tu wyśmienita.
Teściowa z niesmakiem nabiera widelcem kawałek ryby.
– Łosoś jakiś blady. Na targu pewnie tani kupowaliście?
– To pstrąg wędzony od szefa kuchni – odpowiada spokojnie Halina.
Przyjęcie nabiera tempa.
Goście jedzą, piją, wznoszą toasty.
Chwalą Marka – jaki wspaniały fachowiec, jaki wspaniały mąż i ojciec, jak mu się poszczęściło w życiu.
Jadwiga nie zamyka ust cały wieczór.
Opowiada historie z dzieciństwa Marka, chwali się jego wyimaginowanymi sukcesami zawodowymi i ani razu nie wspomina Haliny.
Synowa jest dla niej obsługą, której zadaniem jest dolewać sok i nie wychylać się.
Przy podaniu dania głównego atmosfera przy stole gęstnieje.
Halina jest zmęczona.
Wstaje, żeby poprosić kelnerów o herbatę, i wracając na miejsce, słyszy donośny głos teściowej.
– No i ubrałaś się, Halino.
Nad świątecznym stołem zamiera brzęk sztućców.
Goście jednocześnie wbijają wzrok w talerze, udając, iż są pochłonięci sałatkami.
Halina zatrzymuje się w pół drogi do krzesła.
– Słucham?
– W tej sukience wyglądasz jak stara szkapa, słowo daję! – ogłasza głośno Jadwiga, obrzucając wzrokiem zamarłych gości.
Marek oblewa się czerwienią.
– Mamo, przestań – odzywa się niepewnie. – Normalna sukienka.
– Marku, po prostu masz zamydlone oczy – macha ręką matka, poprawiając kołnierzyk nowej jedwabnej bluzki. – Ja chcę dla niej dobrze. Kochana, masz trzydzieści osiem lat, a ubrałaś się jak babcia na działkę. Żadnej talii, żadnego fasonu. Czysty brak gustu!
Bożena uśmiecha się złośliwie, zasłaniając usta serwetką.
Halina powoli podchodzi do stołu.
Cały wieczór teściowa demonstracyjnie się krzywi.
To przystawki za proste, to restauracja tania, to żona syna niedość ładna.
– A mnie się podoba – odpowiada spokojnie Halina, patrząc prosto na teściową. – Wygodna.
– Wygodna jej! – prycha Jadwiga. – Kobieta ma zdobić mężczyznę. Być jego wizytówką.
Prostuje ramiona.
– Spójrz na mnie – ciągnie teściowa. – Jestem na emeryturze, a trzymam fason. Bo siebie trzeba szanować, a nie naciągać pierwszy lepszy worek z bazaru.
Goście niezręcznie wymieniają spojrzenia.
Rodzony wujek Marka wpatruje się w kieliszek, udając, iż bada bąbelki wody mineralnej.
– Halina, usiądź, nie zaczynaj – szepcze mąż, ciągnąc żonę za rękaw.
To zrozumiałe.
Marek zawsze woli przeczekać w cieniu, dopóki kobiety wyjaśniają sobie relacje.
Najlepiej, żeby Halina po prostu przemilczała i zniosła.
Ale dziś Halina nie zamierza milczeć.
Jest zmęczona dźwiganiem kredytu, opłacaniem zachcianek teściowej i wysłuchiwaniem publicznych upokorzeń za własne pieniądze.
– Pani Jadwigo – Halina opiera dłonie o krawędź stołu. – A skąd ta bluzka, którą ma pani na sobie?
– Co ma do tego moja bluzka? – gubi się teściowa, zaskoczona nagłą zmianą tematu.
– Bardzo dużo ma do tego – pyta niewzruszona synowa. – Bluzka włoska. Czysty jedwab. I skórzane buty, zauważyłam, jak pani wchodziła. I ten nowy płaszcz z futrzanym kołnierzem wisi w szatni. Ładne rzeczy, prawda?
– Ładne – przyznaje ostrożnie Jadwiga. – Umiem wybierać dobre rzeczy.
– Wybierać pani potrafi – zgadza się Halina. – A płacić?
Przy stole ktoś nerwowo kaszle.
Marek czerwienieje i próbuje wstać.
– Halina, dość – cedzi przez zęby.
– Nie, nie dość, Marku – Halina gestem go powstrzymuje. – Skoro już mówimy o wyglądzie i szacunku do siebie. Powiedzmy sobie szczerze.
Podnosi głos na tyle, żeby słyszeli wszyscy obecni.
– Tę włoską bluzkę, buty i wspaniały płaszcz kupiła pani w zeszłym miesiącu, pani Jadwigo. Za dwadzieścia tysięcy, które przelałam pani z mojej kwartalnej premii.
Twarz teściowej się wydłuża.
– Bo pani, cytuję, „nie miała w co pójść do przychodni, wstyd przed lekarzami” – wylicza Halina.
Jaskrawa szminka na ustach Jadwigi nagle wygląda absurdalnie.
Przebiega wzrokiem po gościach, szukając wsparcia, ale rodzina nagle gwałtownie interesuje się stygnącym mięsem.
– Przecież syna prosiłam! – rzuca wyzywająco teściowa.
– A dał nie syn – ucina Halina. – Bo pensja twojego Marka starcza dokładnie na ratę kredytu, benzynę i lunche biznesowe.
Bożena próbuje się wtrącić.
– Halinko, po co liczysz cudze pieniądze? Przesadzasz.
– Liczę swoje pieniądze, Bożeno – odcina się Halina. – A to przyjęcie, przy którym teraz siedzicie, krytykując restaurację i mój wygląd, też jest opłacone co do grosza z mojego portfela.
W sali zawisa niezręczna cisza, przerywana tylko brzękiem naczyń przy sąsiednich stolikach.
– I te drogie perfumy, które dziś podarowała pani synowi, kupione są za pieniądze, które dałam pani w zeszłym tygodniu na leczenie zębów – dodaje Halina, patrząc prosto w oczy teściowej.
Jadwiga oblewa się rumieńcem.
– Jak śmiesz… – mamrocze.
– Więc tak – Halina prostuje się. – Mogę chodzić choćby w worku po ziemniakach. Bo ten worek kupiłam sobie sama, za własne zarobione pieniądze!
Przysuwa do siebie kieliszek soku.
– A kiedy nauczy się pani ubierać za swoją emeryturę, wtedy będziemy dyskutować o moich fasonach! Smacznego!
Halina spokojnie siada na swoim krześle.
Jadwiga łapie powietrze otwartymi ustami.
Czeka, iż syn stanie w obronie matki, skarci zapalczywą żonę.
Ale Marek po prostu siedzi ze spuszczoną głową i starannie dłubie widelcem w kawałku pieczonego ziemniaka.
Nic z tego.
Teściowa zgniata serwetkę, rzuca ją na stół i gwałtownie wstaje.
– Mojej nogi więcej w waszym domu nie będzie! – wyciska z siebie, nie zwracając się do nikogo konkretnie.
Odwraca się i szybkim krokiem idzie do wyjścia.
Bożena, rzuciwszy Halinie miażdżące spojrzenie, zrywa się i biegnie za matką.
Reszta wieczoru mija w przygnębiającej atmosferze.
Goście gwałtownie dojadają danie główne, piją herbatę, żegnają się sztywno i się rozchodzą.
Do domu Halina i Marek jadą w milczeniu.
Mija tydzień.
Życie toczy się dalej.
Jadwiga demonstracyjnie nie dzwoni.
Marek kilka dni chodzi obrażony, próbuje winić żonę o zbędną ostrość, ale argumentów nie znajduje.
W sobotę rano Halina parzy kawę, kiedy na telefon męża przychodzi wiadomość.
Marek, siedzący przy stole, patrzy na ekran i się ociąga.
– Halinko – zaczyna przymilnym tonem. – Mama pisze. Lodówka się jej zepsuła. Fachowiec mówi, iż naprawa wyjdzie drogo.
Halina upija łyk gorącej kawy z kubka.
– Co za nieszczęście – odpowiada spokojnie.
– Trzeba by pomóc – Marek drapie się po karku. – Przelejesz ze pięćset złotych? Z następnej pensji oddam.
– Nie, Marku. Nie przeleję – Halina odstawia kubek na stół.
– Jak to? Jedzenie się jej zepsuje!
– Dosłownie tak – Halina patrzy na męża. – Twoja mama jasno dała do zrozumienia, iż jestem chodzącym brakiem gustu i nie szanuję siebie. Postanowiłam posłuchać jej mądrej rady.
Podchodzi do kuchenki i wyłącza palnik.
– Zapisałam się wczoraj do salonu na strzyżenie i farbowanie. A w weekend jadę do centrum handlowego po nowe sukienki. Będę trzymać fason!
Marek mruga zdezorientowany.
– A lodówka jak?
– A lodówka, kochanie, to teraz twoja sprawa – Halina się uśmiecha. – Weź dorywczą fuchę, poproś o zaliczkę. Przecież to rodzina, rodzona krew. Na pewno dasz radę!
Bierze swój kubek i idzie do pokoju, zostawiając męża sam na sam z myślami i zepsutą lodówką Jadwigi.
Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz.













