Ku nowemu życiu
Mamo, jak długo będziemy się kisić w tej dziurze? To choćby nie jest prowincja, tylko prowincja prowincji! zanuciła ulubioną śpiewkę córka, kiedy wróciła z kawiarni.
Jagna, mówiłam Ci już sto razy: tu jest nasz dom, tu mamy korzenie. Nigdzie się nie wybieram.
Mama leżała na kanapie, opierając na poduszce zdrętwiałe nogi. Ten układ nazywała Lenin na defiladzie.
Znowu zaczynasz: korzenie, korzenie… Mamo, jeszcze dziesięć lat i zwiędniesz tu na dobre, a wtedy przyczepi się do nas jakiś kolejny chrząszcz, którego mi przedstawisz jako nowego tatę.
Po tych gorzkich słowach mama podniosła się i podeszła do lustra w szafie.
Nie zwiędłam wcale, przesadzasz już…
Właśnie, póki co nie, ale za chwilę sama się zamienisz w buraka, dynię albo brukiew co tam wolisz, jesteś przecież kucharką.
Córko, jeżeli tak bardzo chcesz wyjechać, wyprowadź się sama. Od dwóch lat możesz wszystko, póki nie łamiesz prawa. Po co ja ci adekwatnie potrzebna?
Dla sumienia, mamo. Jak wyjadę za lepszym życiem, to kto się tobą tutaj zajmie?
Ubezpieczenie zdrowotne, stała pensja, internet, no i jakiś chrząszcz się znajdzie, sama tak mówiłaś. Tobie łatwiej się przeprowadzić, jesteś młoda, ogarniasz świat, nastolatków jeszcze nie masz dość, a ja jestem już na pół drogi do nieba.
No popatrz! Widzisz! Żartujesz jak moi znajomi, a przecież masz dopiero czterdziestkę…
Po co mi to przypominasz? Żeby mi dzień popsuć?
Po kociemu to by było ledwie pięć lat poprawiła się gwałtownie córka.
Wybaczam.
Mamo, póki nie jest za późno, wskakujmy w pociąg i uciekajmy. Tu nie ma nic, co nas zatrzyma.
Miesiąc temu wywalczyłam, żeby dobrze pisali nasze nazwisko na rachunkach za gaz, i mamy tu przychodnię rejonową rzuciła ostatnie argumenty mama.
Z ubezpieczeniem Cię wszędzie przyjmą, domu nie trzeba od razu sprzedawać, jakby coś nie wyszło wrócimy. gwałtownie Cię wprowadzę w świat, pokażę, co to życie!
Lekarz na USG od razu mówił, iż nie dasz mi spokoju. Myślałam, iż żartuje. Nic dziwnego, iż potem w telewizji wygrał konkurs jasnowidzów… Dobra, jedziemy, ale jeżeli się nie uda, obiecaj, iż bez scen i dramatu mnie puścisz z powrotem.
Słowo harcerza!
Twój ojciec to samo mi przysięgał w USC, a i tak geny te same.
***
Jagna z mamą nie chciały się zbyt drobnić nie zatrzymały się w żadnym większym mieście, tylko od razu pojechały podbijać Warszawę. Zebrały wszystkie oszczędności z trzech lat i zaszalały: wynajęły kawalerkę na obrzeżach, pomiędzy targowiskiem i pętlą autobusową, opłaciły czynsz na cztery miesiące z góry. Pieniądze błyskawicznie się skończyły choćby zanim zaczęły je wydawać.
Jagna była spokojna, pełna energii i otwarta. Nie tracąc czasu w rozpakowywanie walizek czy urządzanie mieszkania, rzuciła się w wir miejskiego życia artystycznego, towarzyskiego i nocnego. gwałtownie złapała kontakt z ludźmi, poznała wszystkie modne miejscówki, zaczęła mówić i ubierać się jak rodowita warszawianka, jakby nie mieszkała na końcu świata, tylko wykluła się tu z warszawskiego powietrza i snobizmu.
Mama tymczasem żyła od porannego ziołowego naparu do wieczornej tabletki na sen. Już pierwszego dnia, wbrew prośbom córki, by poszła na spacer, zabrała się za przeglądanie ofert pracy. Stolica kusiła ilością propozycji, które nijak nie przystawały do pensji i podejrzanie pachniały przekrętem. Po krótkich rachunkach stwierdziła: pół roku maksymalnie, potem wracamy.
Nie zważając na docinki nowoczesnej córki, poszła sprawdzonym szlakiem zatrudniła się jako kucharka prywatnej szkoły, a wieczorami zmywała naczynia w kawiarence pod domem.
Mamo, znowu tkwisz przy garach cały dzień! Po co żeśmy się przenosiły? Naucz się chociaż czegoś nowego, zostań projektantką, sommelierką, a na upartego choćby stylistką od brwi. Chodziłabyś metrem, piła kawę żyła, dostosowywała się!
Jagna, nie jestem gotowa na naukę. Serio, daj mi czas, poradzę sobie, jeszcze się odnajdę. Ty rób swoje, jak marzyłaś.
Westchnąwszy nad zamkniętością mamy, Jagna układała sobie życie po swojemu. Osiedlała się w kawiarniach, gdzie kawę stawiali jej młodzi ludzie z różnych zakątków Polski; budowała mentalne i ezoteryczne relacje z miastem pod okiem internetowej runistki; wkręcała się w rozmaite grupki, gdzie wszyscy rozmawiali tylko o sukcesie i pieniądzach. Nie spieszyła się ani z pracą, ani z poważnymi związkami. Najpierw chciała zżyć się z Warszawą.
Po czterech miesiącach mama opłaciła czynsz już z własnej pensji, rzuciła zmywak i gotowała dla kolejnej szkoły w innej dzielnicy. Jagna w tym czasie porzuciła kilka kursów, poszła na casting do radia, zagrała w tłumie w jakimś filmie studenckim (zapłacili makaronem z sosem), przez chwilę umawiała się z dwoma muzykami z Trójmiasta jeden okazał się totalnym osłem, drugi ojcem kilkorga dzieci, który nie zamierzał się ustatkować.
***
Mamo, coś byś dzisiaj chciała porobić? Może zamówmy pizzę i obejrzymy film? Jestem wykończona, nie chce mi się nigdzie iść ziewała któregoś wieczoru Jagna w pozie Lenina na defiladzie, gdy mama poprawiała fryzurę przy lustrze.
Zamów, przeleję ci na kartę. Sobie nie rezerwuj, po powrocie i tak raczej nie będę głodna.
Po powrocie? Skąd wrócisz? córka usiadła i patrzyła w plecy matki.
Zaprosił mnie ktoś na kolację mama oderwała się od lustra i, jak nastolatka, zaśmiała się nerwowo.
Kto to?! Jagna poczuła dziwny niepokój.
W szkole mieliśmy wizytację. Nakarmiłam ich kotletami, które od dziecka lubisz. Szef komisji poprosił, żebym poznała go z szefem kuchni. Zaśmiałam się, przecież to szkoła… Potem wypiliśmy kawę, tak jak radziłaś. A dzisiaj idę do niego na kolację w domu.
Oszalałaś?! Do obcego faceta na kolację?!
A co w tym takiego?
A może jemu wcale nie kolacja w głowie?
Córko. Mam czterdzieści lat, nie mam męża. On ma czterdzieści pięć, jest przystojny, mądry i wolny. Mi już wszystko jedno, czy to będzie kolacja, czy nie uśmiechnęła się mama.
Mówisz, jakbyś była bezradną wieśniaczką, jakbyś nie miała wyboru.
Nie poznaję cię. Sama przecież pchałaś mnie do Warszawy, żebym nie tylko żyła, ale ŻYŁA.
Przy takich argumentach trudno się spierać. Do Jagny dotarło nagle, iż to one zamieniły się rolami to już przesada. Na pieniądze od mamy zamówiła gigantyczną pizzę i zadręczała się objadaniem przez cały wieczór. To samobiczowanie zakończyło się blisko północy, wtedy też wróciła mama. Nie zapaliła choćby światła w przedpokoju promieniała szczęściem.
No i jak? zapytała ciężko Jagna.
Fajny chrząszcz, zupełnie zwyczajny, nasz tutejszy zarżała mama i poszła pod prysznic.
Mama coraz częściej chodziła na randki: odwiedziła teatr, stand-up, koncert jazzowy, załatwiła kartę biblioteczną, znalazła się w klubie herbacianym, a choćby przepisała się do stołecznej przychodni. Po pół roku zapisała się na kursy doszkalające, zdobyła kilka certyfikatów, opanowała nowe kuchenne triki.
Jagna także nie próżnowała. Nie chciała dłużej siedzieć matce na garnuszku, próbowała dostać się do prestiżowych firm. Ale stanowiska jakoś ciągle jej umykały, a nowi znajomi nie kwapili się do stawiania kawy. Z braku lepszych opcji została baristką, a potem gwałtownie zmieniła się w nocną barmankę.
Rzeczywistość zaczęła ją przygniatać podkrążone oczy, wieczny brak czasu i sił. Związeków nie było. W barze pijani klienci czasem coś próbują, ale daleko im do czystej miłości. Jagna miała już tego wszystkiego dosyć.
Mamo, miałaś rację, nie ma tu po co siedzieć. Przepraszam, iż Cię tu ściągnęłam. Musimy wracać oznajmiła, wpadając po kolejnej stresującej zmianie.
O czym ty mówisz? Dokąd wracać? spytała mama, właśnie pakując walizkę.
Do domu! Tam, gdzie poprawnie piszą nasze nazwisko na rachunku, gdzie mamy swoją przychodnię. Od początku miałaś rację!
Ja już jestem tu zapisana, nie mam ochoty wracać powstrzymała ją mama, patrząc w zaczerwienione oczy, próbując zrozumieć.
Ja nie! Ja chcę do domu! Nie lubię tu: metro jest głupie, kawa kosztuje jak mięso, wszyscy w barze mają miny jakby połknęli kij. Muszę wracać. Tam są znajomi, własne mieszkanie, tu mnie nic nie trzyma… Ty też się pakujesz przecież!
Przeprowadzam się do Zbyszka powiedziała nagle mama.
Jak to do Zbyszka?!
Myślałam, iż już się tu urządziłaś, dasz radę opłacać mieszkanie sama. Jagna, serio, to prezent ode mnie: jesteś dorosła, piękna, masz pracę, żyjesz w stolicy. Tu masz perspektywy po prostu płyną z kranu! Tak bardzo ci dziękuję, iż mnie tu wyciągnęłaś. Gdyby nie ty, dalej bym więdła w naszej dziurze. A tu naprawdę życie jest prawdziwe! Dziękuję! mama wycałowała ją w obie policzki, ale Jagna nie potrafiła się jeszcze cieszyć.
Mamo, a ja? Kto się mną zaopiekuje?! zapytała już bez łez, tylko z żalem.
Ubezpieczenie, stała pensja, internet, no i jakiś chrząszcz się znajdzie powtórzyła mama z uśmiechem.
Czyli tak po prostu mnie zostawiasz?!
Nie zostawiam, ale sama obiecałaś bez dram pamiętasz?
Pamiętam… Dobra, daj klucze do mieszkania.
Weź z torebki. Mam jeszcze jedną prośbę.
Jaką?
Babcia też chce się tu przeprowadzić. Już wszystko z nią ustaliłam przez telefon. Pomóż jej się spakować.
Babcia się sprowadza?!
Tak, podśpiewałam jej o lepszym życiu, chrząszczach i naszym bagnie, a tu w poczcie szukają operatora. Wiesz, babcia od czterdziestu lat rozsyła przesyłki po całym świecie. Każdy list, choćby bez znaczka, dojdzie na miejsce! Niech też zaryzykuje, póki nie zwiędła do reszty…














