Wszystkie środki dozwolone
Rodzina zebrała się w komplecie. Pretekst do spotkania był, jak zwykle, materialny, choć ukryty pod przykrywką rodzinnej kolacji. Lidia, córka babci Teresy i mama Marty oraz Pawła, przeglądała babcine chusteczki, w które ta dawniej zawijała pieniądze… Babcia już dawno nie była w stanie o nich decydować niczego nie pamiętała, nikogo nie poznawała ale Lidia, z przyzwyczajenia, odkładała jej emeryturę do tych samych chusteczek.
No i znowu zginęło! lamentowała Lidia, patrząc na zebranych. Dziesięć tysięcy złotych, nie mniej! Nie mogłam się pomylić! Sama liczyłam. Gdzie one znikają? Mamo, pamiętasz, ile tam było?
Babcia Teresa spojrzała ale nie na córkę, tylko na zdjęcie zmarłego męża.
Ach, Piotruś Jaka to była uroda… westchnęła, rzucając okiem na wnuczkę Zosię. A ty, Zosiu, nie jedz moich cukierków. Dla gości są. A gdzie Paweł? W szkole?
Lidia zwinęła tysiączki. Jej mama oczywiście nic nie zapamiętała o tych pieniądzach. Lidia była już jednak przekonana, iż ktoś kradnie. Wydawało się to irracjonalne, bo przecież w domu bywali tylko swoi, ale ktoś z pewnością wynosił pieniądze! I to jeszcze starszej, schorowanej osobie
Wrócił Paweł, o którym właśnie babcia wspominała.
Co wy tak siedzicie, jak na stypie? rzucił, odkładając kluczyki do samochodu.
Lidia, jego matka, pociągnęła nosem:
Pawełku, tragedia! Znowu zniknęły pieniądze babci… Od kilku miesięcy sama chowam jej emeryturę do tej szafki i znowu ktoś kradnie!
Paweł rozejrzał się z kpiną. Jego mama we wszystkich widziała dobro, on w nikim.
Pieniądze znikają, mówisz? zmrużył oczy. Wiem, dokąd znikają.
Poszedł do przedpokoju i przytargał pasiastą torbę Marty. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, rozpiął zamek i wysypał zawartość na stary ceratowy obrus.
Z torby wysypały się szminka, klucze, lusterko… i całkiem pokaźna suma pieniędzy.
Pogniecione, ale wyraźnie polskie banknoty. Pięć tysięcy złotych w pięćsetkach.
Patrzcie! zawołał Paweł, podnosząc jeden banknot. Przechodziłem obok torby i z niej właśnie to wypadło pięćsetki! Bardzo znajome pięćsetki.
Ciocia Grażyna, która do tej pory jadła sałatkę, nagle zakrztusiła się kawałkiem i zaczęła kaszleć.
Na każdym banknocie, przy uważnym spojrzeniu, można było dostrzec cienką, niebieską kreskę długopisu.
A pamiętacie ciągnął Paweł jak miesiąc temu mama liczyła pieniądze, a Tomek maział po nich długopisem? To właśnie te. Te same pięćsetki z babcinej emerytury.
Wszyscy spojrzeli na Martę.
Marta, niczym posąg, zadrżała.
Co ty robisz, Pawle?
Ja? oburzył się Przechodziłem, torba spadła, zaglądam, a tam znajome pieniądze!
Marta, widząc, iż nie ma co atakować Pawła, zaczęła się tłumaczyć:
To nie ja! zerwała się, potrąciwszy stół.
Babcia aż się obejrzała.
Kto tu hałasuje? mruknęła babcia Teresa. Gdzie moje kapcie?
Wszyscy patrzyli na Martę z przerażeniem.
Marto, córeczko Lidia wstała powoli Jak mogłaś? Przecież pracujesz Pomagam ci Jak można kraść od własnej babci?
Mamo, to nie ja! Przysięgam, niczego nie brałam!
A kto? przenikająco spytał Paweł. Ty tu najczęściej bywasz, mówisz, iż opiekujesz się babcią. Inni nie mają dostępu do skrytki. Mama by czegoś takiego nie zrobiła. Zostajesz tylko ty.
Marta cofała się, jakby chciano ją uderzyć.
Przysięgam, choćby nie dotknęłam tych pieniędzy!
Patrzyła na matkę, szukając w niej oparcia, ale Lidia patrzyła na córkę jak na złodziejkę.
Kłamiesz wyszeptała Lidia Jak mogłaś…
Przecież kocham babcię! Marta rozpłakała się z rozpaczy Przecież przyjeżdżałam, żeby jej pomagać! Naprawdę nie brałam tych pieniędzy!
Ale uparta logika była bezlitosna. Banknoty wypadły z jej torby. Nikt poza Martą nie mógł być podejrzany.
To wszystko. Sprawa jasna zakończył Paweł. Szkoda, Marto. Mogłaś po prostu poprosić, każdy by ci dał. Ale kraść od bezradnej staruszki Tego się po tobie nikt nie spodziewał.
Wieczorem wyrzucili Martę z mieszkania, a jej świat stanął na głowie. Nikt nie chciał jej wysłuchać. Mama, choć po czasie prosiła krewnych o łagodność, to…
Nie wpuszczaj jej więcej, Lidio syknęła przez telefon ciocia Grażyna, gdy Lidia próbowała się z kimś podzielić. Wyobrażasz sobie ten wstyd? Babci już wszystko jedno, ale jakby ją to zabolało, gdyby wiedziała, kim się Marta stała…
Lidia uległa. Prawie przestała rozmawiać z córką. Gdy Marta dzwoniła, odpowiadała tylko: zajęta, potem, nie teraz.
Marta próbowała walczyć. Dzwoniła do rodziny z różnych numerów, ale gdy rozpoznawali głos, natychmiast rozłączali się. Jej śledztwo nie przyniosło efektów i gwałtownie się skończyło, bo nikt nie chciał z nią rozmawiać ani wpuszczać do mieszkania.
Udało jej się wyciągnąć na spotkanie tylko mamę.
Mamo, błagam Marta niemal szeptała Wiem, iż to brzmi jak wymówka, ale przysięgam, to nie ja! Czemu mi nie wierzysz?
Mamie było najtrudniej. To w końcu córka.
Marta… mnie to boli. Ale pieniądze były u ciebie. Nie wracajmy do tego. Gdyby widziała to tylko ja, może byśmy o tym zapomniały, ale rodzina ci tego nie wybaczy Mnie też trudno. Babcia tak ci ufała.
Ale ja niewinna! Może to ktoś inny? Może same wypadły, z innej torby, może…
Przestań! syknęła Lidia. Jesteś moją córką i chciałabym ci wierzyć, ale fakty! Fakty są takie, iż jesteś złodziejką!
Z tym Lidia gwałtownie odeszła, zostawiając Martę samotną w chłodzie.
Nawet nie pozwolili jej pożegnać się z babcią
Poczekała, aż wszystko ucichnie, krewni się rozejdą, i pojechała do mieszkania babci, mając nadzieję, iż mama tam teraz mieszka. Czasem, choć szorstko, zgadzała się z nią rozmawiać. Może tym razem się uda?
Ale drzwi otworzył Paweł.
Był wysoki, musiała zadzierać głowę, by spojrzeć mu w oczy. Może to dobrze, iż trafiła na niego.
Pawle powiedziała Marta Proszę, porozmawiajmy. Ostatni raz.
O ho, Marta. Jeszcze chcesz ratować swoje dobre imię? Już nie masz czego. Lepiej się przyznaj. Może ci wybaczą.
Ale przyznawać się do cudzej winy Marta nie zamierzała.
Nie. Potrzebuję prawdy. Może się pomyliłeś? Może pieniądze wypadły z innej torby? Przypomnij sobie…
Paweł nagle zrobił się zimny.
Pomyliłem się? Marta, jesteś aż tak naiwna? Oczywiście, iż wiem, iż nie kradłaś. Sam ci je do torby włożyłem.
Oczy prawie jej pociemniały.
Co?.. tylko tyle była w stanie wyszeptać.
Tak właśnie było.
Po co? nie mogła zrozumieć Po co to zrobiłeś?
Pozbyłem się konkurencji.
W walce o spadek, siostrzyczko, wszystkie triki są dozwolone. Babcia miała przed sobą góra pół roku życia, sama widziałaś. A mieszkanie już przepisane na mamę, żeby nie było kłopotu z notariuszem. I tu zaczęły się schody. Mama… jest sentymentalna. Chciała je oddać tobie.
Marta nic z tego nie rozumiała.
Dlaczego?
Bo moja droga Marto mówił z przekąsem każdej nocy przyjeżdżałaś do babci. Karmiłaś ją, sprzątałaś, czytałaś książeczki, choć i tak już nie rozumiała… Wnuczka idealna! Mama to widziała i rozczulała się. Uważała, iż zasłużyłaś A ja? Czy ja nie jestem wnukiem? Nie zasłużyłem? Więc postanowiłem trochę rywalizować.
Ja nie robiłam tego dla mieszkania! krzyknęła Marta Dla babci! Bo ją kochałam!
Prychnął.
Nie mów mi bajek, Marta. Każdy chciałby być tą biedną, pokrzywdzoną owieczką i dostać wszystko. Tym razem ja byłem lepszy. 1:0.
Ponieważ Marta nie miała już słów, sam podsumował:
Dziś jesteś już dla nich złodziejką. Mama mi wszystko wybaczy, bo taki ze mnie wspaniały syn, a z ciebie przekreślona córka. Mieszkanie? Moje. Ty już nie wejdziesz tu bez skandalu.
Ale z ciebie syknęła Marta.
Cóż, taki świat. Pa, siostrzyczko. Spadek zdobyty.
Otworzył drzwi wejściowe.
Marta choćby się nie ruszyła. Prawda, przydałoby jej się mieszkanie. Wynajem kosztuje majątek, o własnym mogła pomarzyć. Ale ona naprawdę kochała babcię. Pamiętała, jak babcia Teresa, choćby w majakach, głaskała ją po policzku i szeptała: Dobrze, iż przyjechałaś, moja dobra. Zupełnie jak mój Piotruś.
A teraz, żeby odzyskać dobre imię, musiałaby udowodnić, iż Paweł kłamał. Ale jak?
Teraz już nie dało się nic zrobić.
Wychodząc z bloku, zamknęła za sobą drzwi. Wiedziała, iż za rok nikt nie będzie pamiętał, iż nie była zła. Wszyscy zapamiętają tylko jedno: Marta ukradła pieniądze umierającej babci.
Paweł już wygrał. I cieszył się tym zwycięstwem.



