W przykrości
Przemywam twarz po raz piąty, woda gładzi opuchnięte powieki, miesza się z zaschniętymi łzami.
Patrzę w lustro, szkliste oczy i zaczerwienione policzki są podobno piękne ale uczucia ich właścicielki nikogo nie obchodzą.
Zakładam bieliznę, nie chce mi się, nie prałam majtek od trzech dni, plama wygląda jak Matka Boska, tylko wystawić do okna i zleci się gawiedź z różańcami.
Pralka pełna, powoli zarastają ją grzyby, będą świecić.
Ubrania leżą, lęgną się mole. Kiedy życie mnie zatrzymało, mieszkanie zaprasza wszystkich, których się nienawidzi.
Potrzeba mi obojętności. Ludzie zabierają wszystko, wyrywają flaki, chcą się dostać do serca, nie wezmą, bo jest zarośnięte kurzem.
Nie mogę zapomnieć tego, jak żałuję, choć nie powinnam. Żałuję, by ktoś zauważył, iż jestem.
Wszędzie biją batem, ciało drży od słów.
Szkoda, iż nie istnieją dobre wróżki, które mogą, na jedno skinienie, wyczarować idealne światy.
Ledwie się ubrałam, pójdę do najbliższego sklepu, choć to jak stąd do Warszawy na piechotę.
Niebo jest czyste ale moje szarostalowe jak zapach ich słów.
Skupiam się na kolorach, może zobaczę w chmurze Wieczność i odrzucę świat myślokształtów, pójdę przed siebie ale wcześniej muszę opłacić zaległe rachunki i załączyć pralkę.
KONIEC











