Biorą dzieci z domów dziecka, a ja postanowiłam zabrać babcię z domu opieki.
Nikt z moich przyjaciół ani sąsiadów nie popierał tego, co zrobiłam. Wszyscy patrzyli na mnie podejrzliwie, szeptali za plecami: Ciężkie czasy mamy, a ty takiego kogoś do domu bierzesz! Ale jestem pewna, adekwatnie to wiem robię dobrze.
Dawniej tworzyliśmy czwórkę: ja, moje dwie córki Jagoda i Bożena oraz moja mama, pani Zofia. Niestety, mama zmarła osiem miesięcy temu, i zostałyśmy tylko we trzy. Przez ten czas ja i moje córki przekonałyśmy się, iż mamy w sobie jeszcze tyle energii i czułości, by komuś pomóc. Miałam przyjaciela z liceum, Jurek, który zamiast założyć rodzinę i znaleźć dobrą pracę, zaczął pić. Najbardziej tragiczne było to, iż przepijał emeryturę swojej własnej mamy, a kiedy przestała mu dawać pieniądze, umieścił ją bez żalu w domu starców, przejął jej mieszkanie i przepuścił wszystko.
Panią Helenę, mamę Jurka, znałam od zawsze. Tak samo ona znała mnie. Raz w miesiącu jeździłam z córkami na Grochów, do tego szarego domu opieki, zawsze z siatką wypełnioną czekoladami i słoikami ogórków. Na mój pomysł obie córki zareagowały entuzjastycznie, a młodsza, Wiolka która ledwie skończyła cztery i pół roku aż podskoczyła: Będziemy mieć znowu babcię!
Wyobraź sobie jej wzruszenie pani Helena płakała z euforii tak długo, iż musiałam ją tulić i uspokajać. Minęły niemal dwa miesiące, odkąd babcia z nami mieszka, i choć wszystko jest trochę jak w onirycznym śnie ona śpi w salonie na wersalce, a my codziennie znajdujemy w najdziwniejszych miejscach jej kolorowe chusteczki w kwiaty to jest cudownie. Kochamy ją, a ona kocha nas.
Nie pojmujemy tylko, skąd pani Helena, która skończyła siedemdziesiąt parę lat, ma tyle siły. Każdego ranka tuż przed szóstą słychać szuranie pantofli i budzi nas zapach jeszcze ciepłych placków ziemniaczanych albo racuszków z jabłkami, unoszący się po całym mieszkaniu jak mgła o brzasku nad Wisłą.









