Potem zgasiła gaz pod mlekiem, które i tak zdążyło przypalić się do dna, i poszła do sypialni po pasek od spodni Mariana, bo akurat ten mógł się przydać, gdyby trzeba było go podnieść z podłogi.
Marian nie wstawał już trzeci dzień. Nie dlatego, iż nie mógł. Po prostu przestał widzieć powód. Leżał na wersalce, twarzą do ściany, w tej samej koszuli, w której siedem lat temu wrócił z pogrzebu syna, i udawał, iż śpi, ilekroć Elżbieta stawała w drzwiach.
Dom był pod Warszawą, w Radości, przy ulicy Lawendowej — choć lawendy nikt tam nigdy nie sadził. Wszyscy mówili na ten dom „willa po Kruczkowskich”, bo Kruczkowscy zbudowali go jeszcze przed wojną. Potem przyszli inni, a w końcu Szostakowie. Elżbieta wniosła w posagu jedną czwartą działki i maszynę do szycia Łucznik, którą wciąż przykrywała serwetą jak relikwię.
Córka, Dorota, przyjechała po piętnastu minutach, chociaż z Ursynowa jedzie się w niedzielę co najmniej trzy kwadranse.
— Mówiłam, żebyś nie pisała takich rzeczy przez telefon — powiedziała od progu, zdejmując buty. — Myślałam, iż umarł.
— Jeszcze nie — odparła Elżbieta i podała jej kubek z herbatą, do której nie zdążyła dodać cukru.
Dorota weszła do sypialni i zapaliła światło, chociaż na dworze było już jasno. Marian mrugnął i odwrócił się tyłem do córki.
— Tato, wstawaj.
Nie odpowiedział.
— Tato, przyjechałam. Wiesz, ile kosztuje benzyna? Prawie siedem złotych za litr. Mogłeś chociaż na mnie spojrzeć.
Marian mruknął coś, co mogło być „daj mi spokój” albo „zamknij okno, bo wieje”. Dorota wyszła do kuchni i usiadła naprzeciw matki.
— Ile to jeszcze potrwa? — zapytała.
— A ile ma potrwać? — Elżbieta obtarła dłonie w fartuch. — Dopóki nie uzna, iż ma po co wstawać.
— Byłaś u lekarza?
— Była. Kardiolog powiedział, iż serce ma jak dzwon. Tylko iż ten dzwon nie dzwoni.
Dorota nalała sobie herbaty, spróbowała i skrzywiła się, iż gorzka. Matka dosypała jej cukru, chociaż od lat pamiętała, iż córka pije bez.
— To jest zwykła depresja — powiedziała Dorota. — Ja ci to mówiłam trzy lata temu. Trzeba go wysłać na terapię, dać leki, zapisać na rehabilitację. A ty co? „On się pozbiera, on jest z tych twardych.” No i się pozbierał, tylko w drugą stronę.
Elżbieta wyjęła z szuflady łyżkę, obejrzała ją pod światło i odłożyła z powrotem.
— Masz rację — powiedziała w końcu. — Pojedziemy.
Na parterze, w dawnym pokoju Kruczkowskich, od trzech lat stała pusta rama po lustrze. Aluminiowa, z wygrawerowanym ornamentem. Elżbieta nalała do wiadra wody, wzięła szmatę i uniosła ramę z podłogi, jakby ważyła dwadzieścia kilo, a nie półtora.
— Co robisz? — zapytała Dorota, wchodząc za nią.
— Przecieram. Jutro przyjdzie pan Andrzej, ten od antyków, obejrzy.
— Po co?
— Bo to koniec przedstawienia — powiedziała Elżbieta i przetarła róg rękawem, zamiast szmatą. — Sprzedam, co niepotrzebne. Zapłacę za terapię. A jak nie zechce, to za miejsce w ośrodku.
Dorota zmarszczyła czoło.
— O czym ty mówisz?
— O tym, co sprzedam. — Elżbieta postawiła ramę przy parapecie. — To, co zostało z mojej biżuterii ślubnej, oddam twojemu wujkowi. On mi za to zapłaci gotówką.
— Masz biżuterię ślubną? Nigdy mi nie mówiłaś.
— Bo miło było mieć coś tylko dla siebie.
Dorota usiadła na parapecie. Za oknem sąsiad wyprowadził na spacer psa, z którym syn Szostaków, Janek, bawił się jako dziecko. Tamtego psa już nie było, ale teraźniejszy, młody, wyglądał prawie identycznie. Jakby tamten wrócił.
— Chcesz powiedzieć — zaczęła Dorota — iż ojciec przez siedem lat cię olewał, a teraz ty za to zapłacisz?
— A ty chcesz powiedzieć, iż przestanę go kochać i zostawię na tej wersalce, aż sam z niej nie zejdzie?
— Nie. Ale to on powinien szukać pomocy. Nie ty.
Elżbieta przesiadła się na krzesło z wikliny, z którego od dawna nikt nie korzystał, i przez chwilę trzymała dłonie na kolanach, jakby zesztywniały jej naraz wszystkie stawy.
— Ty masz swoje mieszkanie — powiedziała. — I dobrze. Ale ja pamiętam dzień, kiedy Janek wypadł na pasach. Pamiętam but, który leżał na środku jezdni. Połowa buta, bo reszta pojechała z nim.
Dorota nie powiedziała nic.
— Ojciec wyszedł z domu, wsiadł do auta i wrócił nad ranem. Bez mowy. Bez łez. Od tamtej pory nie płakał. Ani razu. Myślisz, iż to jest mężczyzna, który nie potrzebuje pomocy? To jest mężczyzna, który nie umie o nią poprosić.
W pokoju zrobiło się cicho. Nad komodą wisiał zegar z kukułką, który od lat nie wybijał godzin, ale tego ranka, akurat tego, kukułka wychyliła się i wydała z siebie zduszony, metaliczny skrzek. Obie podniosły głowy.
— Naprawię go w tym tygodniu — powiedziała Dorota.
— Napraw — odrzekła Elżbieta. — Ale nie z litości. Z szacunku.
Wieczorem zjawił się zięć, Bartek. Nie dzwonił, nie pytał — przyjechał, bo Dorota wysłała mu wiadomość: „Nie wracam na noc.” W kuchni zrobiło się ciasno, a jednocześnie jakoś bezpieczniej. Bartek zjadł pół bochenka chleba z pasztetem, wypił dwie herbaty i przez cały czas nie odezwał się ani słowem. Dopiero kiedy Elżbieta zaczęła układać kubki w zmywarce, zapytał:
— To kiedy ojciec jedzie do tego psychiatry?
— Jutro dzwonię do poradni przy Szaserów. Mają dyżury poniedziałkowe. Umówię go na środę.
— Zięć się pyta, a teściowa zaraz sama wszystko załatwi — mruknął, obracając w palcach kromkę chleba. — Nie jestem zięciem, tylko Bartkiem. Niech pani tak do mnie mówi.
— Dobrze, Bartek — powiedziała Elżbieta spokojnym głosem. — Tylko żeby nie wyszło, iż zapłacę z własnej kieszeni, a on dalej będzie leżał i czekał, aż mu kolację podadzą.
— Właśnie to samo chciałem powiedzieć.
— To pomóż matce przy ojcu, a nie mnie przy kuchni.
Bartek wstał. Przez chwilę wyglądał, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze, ale zamiast tego poszedł do pokoju, w którym od siedmiu lat nie rozmawiał nikt dłużej niż przez trzy minuty dziennie.
Usiadł na brzegu wersalki obok Mariana i położył dłoń na oparciu.
— Teściu — zaczął. — Od siedmiu lat Bożego Narodzenia spędzamy w kuchni, a ty leżysz w pokoju. Nie chcę już tak. Dorota nie chce. A najbardziej nie chce tego Elżbieta, tylko iż ona ci tego nie powie, bo chce, żebyś wstał sam.
Marian nie zareagował.
— Więc robię tak — mówił dalej Bartek. — W czwartek jadę do Katowic, do brata. Zabieram cię ze sobą. Po drodze kupimy panu kapcie, bo te, co masz, są zdarte, i zjemy po kebabie. A w środę, przed wyjazdem, pójdziesz do lekarza. Elżbieta już dzwoni do poradni.
Marian wolno, bardzo wolno, obrócił twarz. Policzek miał odciśnięty szwem poduszki niczym rana po uderzeniu.
— Po co — zapytał — do Katowic?
— Bo tam jest mój brat. Ma warsztat. Od roku mówi, iż potrzebuje kogoś do liczenia faktur. Płaci cztery tysiące na umowę zlecenie. Chce, żebyś mu zrobił porządek w papierach.
— Ja jestem mechanikiem, a nie księgową.
— Pan jest już od siedmiu lat nikim. A tam może pan być kimś. choćby jeżeli tylko przy dokumentach.
Marian usiadł. Pierwszy raz od dawna Elżbieta usłyszała, jak sprężyny wersalki pracują pod jego ciężarem. Wstała od stołu i podeszła do drzwi, ale nie weszła do środka. Stała tak, z dłonią na futrynie, i patrzyła na męża, który patrzył na Bartka.
— Kiedy dokładnie? — zapytał w końcu.
— W środę rano do lekarza, w czwartek o piątej wyjeżdżamy do Katowic. Przed korkami.
— To kapcie kup mi wcześniej. Bo do Katowic w zdartych nie pojadę.
Następnego ranka Elżbieta poszła na cmentarz. Nie na grób syna — to zrobiła potem. Najpierw usiadła na ławce pod murem, otworzyła torebkę i przez kilka minut trzymała w dłoni klucz od mieszkania Doroty. Jej własny klucz. Dorota dała go jej przed rokiem, kiedy matka została na tydzień po operacji przepukliny.
— Zatrzymaj — powiedziała wtedy córka — i nie pytaj, czy możesz.
Teraz Elżbieta okręciła klucz sznurkiem, a potem go odłożyła z powrotem do przegródki. Była u siebie. I to było wszystko, czego potrzebowała.
Zadzwoniła do przychodni i umówiła Mariana na środę na dziewiątą rano. W środę Marian wrócił z wizyty milczący, ale ubrany, ogolony, z receptą złożoną na czworo w kieszeni koszuli. Usiadł przy stole, zjadł kanapkę i powiedział tylko:
— Tłumaczyłem się psychiatrze, dlaczego przez siedem lat nie płakałem. I dlaczego przez trzydzieści nie mówiłem, kiedy się boję.
Elżbieta nie zapytała o nic więcej. Postawiła przed nim drugą kanapkę.
W czwartek o piątej rano pod dom podjechał Bartek. Marian czekał już przy furtce, w nowych kapciach schowanych do torby, w starych butach na nogach. Wsiadł do samochodu bez słowa, ale kiedy Bartek zapytał, czy zapiął pasy, odpowiedział „tak”, i to było pierwsze zdanie, jakie wypowiedział od rana bez pytania.
Zadzwonił wieczorem. Elżbieta odebrała, siedząc na taborecie, dokładnie tym samym, na którym w niedzielę pisała SMS-a.
— Widziałem warsztat — powiedział Marian. — Brat Bartka pokazał mi segregatory. Same bałaganiące faktury od trzech lat. Powiedziałem, iż ogarnę do końca miesiąca.
— To dobrze — odpowiedziała Elżbieta.
— Śpimy tu do soboty. Wracam w sobotę wieczorem.
Odłożyła telefon i przez chwilę siedziała bez ruchu, z dłonią na blacie stołu, tam gdzie zwykle stawiała jego talerz.
W sobotę, kiedy Dorota przyjechała z zakupami, zegar z kukułką nagle zaczął wybijać godzinę dwunastą, chociaż nikt go nie naprawiał.
— Trzeba go będzie nastawić — stwierdziła Dorota.
— Zostaw — powiedziała Elżbieta. — On wie, która godzina. Niech teraz wybija, ile chce.
Kukułka wychyliła się z okienka i utknęła w połowie ruchu. Dorota parsknęła śmiechem, sięgając po ścierkę, żeby wytrzeć rozlaną na blacie herbatę.
Rama po lustrze czekała owinięta w stary koc przy drzwiach od tygodnia. W niedzielę po południu przyszedł pan Andrzej, obejrzał ornament pod lupą, postukał palcem w aluminium i odliczył na stole trzysta dwadzieścia złotych, banknot po banknocie, bardzo powoli, jakby chciał dać Elżbiecie czas na zmianę zdania.
Nie zmieniła zdania. Schowała pieniądze do koperty podpisanej „na terapię”, a kopertę włożyła do maszyny do szycia Łucznik, pod przykrywającą ją serwetę, tam gdzie od lat trzymała wszystko, co było naprawdę ważne.
Wieczorem, kiedy Marian wrócił z Katowic, pierwsze co zrobił, to zapytał, gdzie jest jego stara koszula.
— Wyrzuciłam — powiedziała Elżbieta. — Kupiłam ci nową. Leży w szafie.
Marian popatrzył na nią, potem poszedł do sypialni. Kiedy wrócił, miał na sobie nową koszulę, jeszcze ze śladem złożenia na plecach.
— Dobra — powiedział. — W poniedziałek jadę z powrotem do Katowic.
Usiadł przy stole i sam nalał sobie herbaty, bez pytania, gdzie stoi cukier.











