Stracił firmę i popadł w depresję. Chciał całkowicie zmienić swoje życie
Jean Béliveau pochodzi z miasta Asbestos w kanadyjskiej prowincji Quebec. Przez wiele lat pracował w branży reklamowej, zajmując się produkcją i sprzedażą szyldów oraz neonów. Prowadził własną firmę w Granby, która zatrudniała około piętnastu pracowników. Miał stałą partnerkę Luce Archambault oraz dwoje dzieci, Thomasa-Erica i Elisę-Jane, pochodzących z poprzedniego małżeństwa. Jego życie koncentrowało się na pracy, zarabianiu pieniędzy i codziennych obowiązkach. Z czasem coraz trudniej było mu jednak odnaleźć w tym satysfakcję. W styczniu 1998 roku Kanadę nawiedziła potężna burza lodowa, która spowodowała rozległe zniszczenia i poważne zakłócenia w działalności przedsiębiorstw. Problemy dotknęły również firmę Béliveau. Pomimo prób ratowania biznesu mężczyzna musiał zwolnić pracowników i zamknąć działalność. Później przeprowadził się do Montrealu, ale utrata przedsiębiorstwa bardzo mocno odbiła się na jego samopoczuciu. Zmagał się z przygnębieniem, narastającą frustracją i poczuciem, iż dotychczasowe życie przestało mieć sens. Aby poprawić swój stan psychiczny, zaczął regularnie biegać. Aktywność fizyczna pozwalała mu oderwać myśli od niepowodzeń zawodowych. Z czasem coraz bardziej wydłużał pokonywane dystanse. W listopadzie 1999 roku, podczas jednego z treningów na moście Jacques-Cartier w Montrealu, przyszła mu do głowy nietypowa myśl. Zaczął zastanawiać się, dokąd mógłby dotrzeć, gdyby zamiast zawracać do domu, po prostu biegł dalej. Najpierw pomyślał o Nowym Jorku, później o Meksyku i Brazylii, aż w końcu zaczął rozważać okrążenie całej Ziemi. Po powrocie do mieszkania otworzył atlas i rozpoczął obliczanie odległości. Doszedł do wniosku, iż pokonanie zaplanowanej trasy mogłoby zająć około dziesięciu lat. Pomysł wydawał się nierealny, szczególnie iż wcześniej nie miał dużego doświadczenia w dalekich podróżach. Poza Kanadą i Stanami Zjednoczonymi odwiedził zaledwie kilka miejsc. Mimo to postanowił przygotować się do wyprawy.
Przez osiem miesięcy ukrywał plan przed rodziną
Béliveau zaczął opracowywać trasę, zdobywać informacje o państwach, przez które chciał przejść, i organizować podstawowy sprzęt. Robił to w tajemnicy przed najbliższymi. Obawiał się, iż partnerka i dzieci będą próbowały go powstrzymać, a on sam pod wpływem ich argumentów zrezygnuje z przedsięwzięcia. Dopiero na około trzy tygodnie przed planowanym wyjściem, podczas wspólnego śniadania, powiedział Luce, iż zamierza opuścić dom na wiele lat i obejść świat pieszo. Kobieta początkowo była zszokowana. Wiedziała, iż partner przeżywa trudny okres, ale nie spodziewała się tak radykalnej decyzji. Bała się o jego bezpieczeństwo i przyszłość ich związku. Nie mogła również towarzyszyć mu w podróży, ponieważ przez cały czas pracowała zawodowo. Po pierwszych emocjach postanowiła jednak go wesprzeć. Uznała, iż wyprawa może pomóc Jeanowi odzyskać utraconą równowagę, choć będzie oznaczała wieloletnią rozłąkę. Luce zaproponowała również, aby podróż nie służyła wyłącznie osobistym celom. Przekonała partnera, iż mógłby wykorzystać zainteresowanie swoją wyprawą do promowania pokoju i zwracania uwagi na problem przemocy wobec dzieci. W ten sposób przedsięwzięcie nazwane World Wide Walk, czyli światową wędrówką, zostało powiązane z ogłoszoną przez Organizację Narodów Zjednoczonych Międzynarodową Dekadą Kultury Pokoju i Niestosowania Przemocy wobec Dzieci Świata na lata 2001–2010. Luce zadeklarowała, iż będzie pomagała w prowadzeniu strony internetowej, kontaktach z mediami i poszukiwaniu wsparcia finansowego. Dzieci Béliveau również musiały pogodzić się z decyzją ojca. Thomas-Eric i Elisa-Jane byli już dorośli, ale wizja tak długiej rozłąki nie była dla nich łatwa.
W dniu urodzin wyszedł z mieszkania
18 sierpnia 2000 roku, dokładnie w swoje 45. urodziny, Béliveau opuścił rodzinny dom. Była godzina 9.10 rano. Pożegnał Luce, syna i córkę, oddał klucze do mieszkania i ruszył w kierunku granicy ze Stanami Zjednoczonymi. Ciągnął, a adekwatnie pchał przed sobą trójkołowy wózek, który sam nazywał swoim domem na kółkach. Ważył około 50 kilogramów i mieścił namiot, śpiwór, odzież, żywność, podstawowe przybory oraz dokumenty potrzebne podczas podróży. Już pierwsza noc pokazała mu, iż wyprawa nie będzie przypominała zwykłych wakacji. Zatrzymał się na terenie gospodarstwa, którego właścicielka pozwoliła mu rozbić namiot. O świcie obudził go jednak jej mąż, który stanowczo nakazał mu odejść. Jean musiał gwałtownie spakować rzeczy i opuścić posesję. Był dopiero drugi dzień podróży, a on po raz pierwszy przekonał się, iż znalezienie bezpiecznego noclegu może być równie trudne jak pokonywanie kolejnych kilometrów. 19 sierpnia dotarł do przejścia granicznego w Lacolle. Obawiał się rozmowy z amerykańskimi funkcjonariuszami, ponieważ słabo mówił po angielsku, jest z francuskojęzycznej części Kanady. Nie wiedział też, jak zareagują na człowieka, który chce przejść przez Stany Zjednoczone, pchając przed sobą ciężki wózek. Ku jego zaskoczeniu celnicy zainteresowali się przedsięwzięciem i życzyli mu powodzenia. niedługo lokalna gazeta opisała jego historię. Mieszkańcy mijanych miejscowości zaczęli rozpoznawać Kanadyjczyka, zatrzymywali samochody, przekazywali mu jedzenie i proponowali pomoc. Zdarzały się jednak również sytuacje znacznie mniej przyjemne. Jean nie miał zagwarantowanych noclegów ani pieniędzy pozwalających codziennie zatrzymywać się w hotelach. Kiedy nie znajdował nikogo, kto zgodziłby się go przyjąć, szukał schronienia tam, gdzie było to możliwe. We wrześniu 2000 roku, w miejscowości Perth Amboy w stanie New Jersey, siedmiokrotnie bezskutecznie prosił o nocleg. Ostatecznie rozłożył śpiwór w mauzoleum na cmentarzu. Spał również w parkach, budynkach należących do organizacji religijnych i pomieszczeniach udostępnianych przez służby publiczne.
W Nowym Jorku zaproponowano mu bilet do domu
Po dotarciu do Nowego Jorku Béliveau postanowił odwiedzić siedzibę Organizacji Narodów Zjednoczonych. Trwało tam właśnie Zgromadzenie Ogólne, dlatego liczył, iż uda mu się zwrócić uwagę na swoją wyprawę i jej pokojowe przesłanie. Nie spotkał się jednak z oczekiwanym zainteresowaniem. Nikt nie zaoferował mu pomocy w zorganizowaniu noclegu, a pracownicy ochrony nie mogli rozwiązać jego problemów. Zniechęcony zwrócił się do kanadyjskich przedstawicieli konsularnych. Urzędnicy zaproponowali mu bilet autobusowy do Montrealu. Uważali, iż powrót do kraju będzie rozsądniejszym rozwiązaniem, niż dalsza podróż bez wystarczających pieniędzy i zaplecza. Jean stanowczo odmówił. Wyjaśnił, iż nie chce wracać, ponieważ dopiero rozpoczął marsz dookoła świata. Ostatecznie udało się znaleźć duchownego, który przyjął go na noc. Kanadyjczyk kontynuował podróż na południe. Po około dwóch miesiącach zaczął przeżywać pierwszy poważny kryzys. Przyglądał się ludziom wracającym wieczorem do ciepłych domów, podczas gdy sam pozostawał na zewnątrz, często zmarznięty i niepewny, gdzie będzie spał. W rozmowie przeprowadzonej w 2013 roku przyznał, iż właśnie wtedy bardzo chciał przerwać wyprawę. Myślał o bliskich, wygodnym łóżku i zwyczajnym życiu, które zostawił w Kanadzie. Po kolejnej nocy zmienił jednak zdanie i ruszył dalej.
Po trzech miesiącach odmówiły mu posłuszeństwa kolana
Początkowo Béliveau zamierzał przede wszystkim biec. Każdego dnia pokonywał choćby 40–50 kilometrów, ciągnąc ciężki wózek w deszczu, upale i silnym wietrze. Z czasem wysiłek okazał się zbyt duży. Mężczyzna zaczął odczuwać coraz poważniejsze dolegliwości kolan, które uniemożliwiały mu utrzymywanie wcześniejszego tempa. W trzecim miesiącu podróży, kiedy dotarł do Atlanty w stanie Georgia, musiał podjąć decyzję dotyczącą dalszej wyprawy. Miał już za sobą około dwóch tysięcy kilometrów. Przed nim pozostawała wielokrotnie dłuższa droga, której nie dało się pokonać w dotychczasowy sposób. Postanowił więc całkowicie zrezygnować z biegania i kontynuować podróż marszem, pokonując średnio około 30 kilometrów dziennie. Nie traktował tej zmiany jako porażki. Uznał, iż wolniejsze tempo pozwoli mu dłużej zachować siły i jednocześnie dokładniej poznawać odwiedzane miejsca. Nie miał pojęcia, jakie trudności czekają go po opuszczeniu Stanów Zjednoczonych. Nie znał języków większości państw, które zamierzał odwiedzić, i nie posiadał pieniędzy wystarczających na wieloletnie utrzymanie. Musiał liczyć na pomoc obcych ludzi i własną zdolność przystosowania się do nieznanych warunków. niedługo miał przekroczyć kolejną granicę i rozpocząć wędrówkę przez Meksyk oraz państwa Ameryki Środkowej.
W Meksyku grożono mu bronią
Po opuszczeniu Stanów Zjednoczonych, Jean Béliveau dotarł do Meksyku. Jego pojawienie się wzbudzało zainteresowanie mieszkańców, szczególnie dzieci, które widząc wózek podróżnika, pytały, czy sprzedaje lody. Kanadyjczyk gwałtownie przekonał się jednak, iż nie każda napotkana osoba ma dobre zamiary. Podczas pobytu w tym kraju przeżył sytuację, w której grożono mu bronią. W Meksyku przeżył również krótkie zauroczenie. Po latach opowiadał dziennikarzom, iż zakochał się tam na dziewięć dni. Nie ujawniał jednak wielu szczegółów tej znajomości. Znacznie większym problemem okazało się przemieszczanie przez region Chiapas, w którym działały ugrupowania rebelianckie. Miejscowi ostrzegli go, aby nie pokonywał samotnie jednego z odcinków drogi. Twierdzili, iż na trasie mogą przebywać uzbrojeni ludzie. Ostatecznie Kanadyjczyk zdecydował się przejechać samochodem około 60 kilometrów, uznając, iż dalszy marsz byłby zbyt ryzykowny. Następnie przemierzał kolejne państwa Ameryki Środkowej, w tym Gwatemalę, Salwador i Kostarykę. W wielu miejscowościach spotykał się z mieszkańcami, organizacjami społecznymi oraz przedstawicielami władz. Jego podróż zaczęła przyciągać uwagę zagranicznych dziennikarzy, dzięki czemu coraz więcej osób rozpoznawało wędrowca. Podczas pobytu w Kostaryce spotkał się również z osobami zaangażowanymi w działalność pokojową, w tym z laureatami Pokojowej Nagrody Nobla. przez cały czas pozostawał uzależniony od pomocy przypadkowych ludzi. Największy problem pojawił się przed dotarciem do Kolumbii. Na początku XXI wieku w kraju trwał konflikt zbrojny, a na części obszarów działały organizacje partyzanckie, grupy paramilitarne i przestępcy zajmujący się handlem narkotykami. Béliveau obawiał się, iż samotny marsz może zakończyć się porwaniem lub śmiercią. Zrezygnował więc z pokonania tego państwa pieszo i zdecydował się na podróż samolotem. Było to odstępstwo od pierwotnego planu, ale pozwoliło mu kontynuować wyprawę bez narażania życia.
Nocą usłyszał przerażający odgłos
Po dotarciu do Ameryki Południowej Kanadyjczyk przemierzał między innymi Ekwador, Peru i Chile. Każde państwo stawiało przed nim inne wyzwania. W górskich regionach musiał radzić sobie ze zmianami temperatury i wysokością, natomiast na pustynnych odcinkach największym problemem były upał, brak wody i ogromne odległości między miejscowościami. W Peru postanowił przestać obcinać włosy. Z czasem zapuścił długą, siwiejącą fryzurę, którą zwykle związywał z tyłu głowy. Jedno z najbardziej przerażających doświadczeń spotkało go na pustyni Atakama w Chile. Pewnego wieczoru postanowił przenocować pod gołym niebem. Nie rozstawiał namiotu, ale położył się w śpiworze, korzystając z pozornego spokoju pustynnego krajobrazu. W środku nocy obudził go głośny, przypominający warczenie lub syczenie odgłos. Dochodził z niewielkiej odległości. Béliveau podejrzewał, iż w pobliżu znajduje się puma. Mężczyzna bał się poruszyć. Nie widział zwierzęcia i nie wiedział, czy jakakolwiek próba ucieczki nie sprowokuje ataku. Przez pewien czas leżał nieruchomo, nasłuchując kolejnych odgłosów. W końcu wszystko ucichło. Kanadyjczyk nie ustalił, co rzeczywiście znajdowało się obok niego. Wspominał później, iż była to jedna z najstraszniejszych nocy całej wyprawy. Jednocześnie właśnie Atakamę zapamiętał jako miejsce wyjątkowego spokoju, w którym szczególnie chętnie prowadził dziennik. W kolejnych miesiącach przeszedł również przez Argentynę i dotarł do Brazylii. W czerwcu 2003 roku, niemal trzy lata po rozpoczęciu podróży, dziennikarz niemieckiego tygodnika "Der Spiegel" spotkał go w miejscowości Morretes, położonej w południowej części kraju. Béliveau miał wówczas za sobą około 18 tysięcy kilometrów. Mieszkańcy z niedowierzaniem słuchali, iż dotarł tam pieszo z Kanady. Aby przekonać rozmówców, pokazywał im segregator z wycinkami prasowymi oraz dokumentami potwierdzającymi przebytą trasę. Przed nim pozostawał jeszcze jeden odcinek brazylijskiej wędrówki, prowadzący w kierunku São Paulo. Droga była pagórkowata, a częste deszcze utrudniały marsz. Pod koniec czerwca 2003 roku planował opuścić Amerykę Południową i polecieć do Republiki Południowej Afryki. Stamtąd zamierzał rozpocząć wieloletni marsz przez kontynent afrykański.
W Afryce napadli go złodzieje
Po przybyciu do Republiki Południowej Afryki, podróżnik gwałtownie zetknął się z zupełnie innymi warunkami. Przemierzał tereny, na których miejscowości dzieliły duże odległości, a dostęp do pomocy i podstawowych usług był ograniczony. Zdarzało mu się nocować w bardzo skromnych warunkach, czasami w pomieszczeniach przeznaczonych dla zwierząt. W niektórych miejscach lokalni mieszkańcy proponowali mu nocleg w prywatnych domach, a policjanci udostępniali bezpieczne pomieszczenia na posterunkach. W RPA został napadnięty przez dwóch młodych, pijanych mężczyzn, którzy próbowali go obrabować. Był to jeden z nielicznych przypadków, kiedy podczas całej wyprawy padł ofiarą bezpośredniej agresji. Innym razem nocował w policyjnej celi, ponieważ uznano ją za odpowiednie miejsce do bezpiecznego spędzenia nocy. Rano okazało się jednak, iż funkcjonariusze o nim zapomnieli. Zamiast rozpocząć marsz o planowanej porze, musiał czekać, aż ktoś przypomni sobie o pozostawionym podróżniku. Béliveau spotykał również ludzi, których przeszłość mogła wzbudzać poważne obawy. Podczas pobytu w Afryce schronienia udzielali mu między innymi zbiegli więźniowie. Jeden z gospodarzy przyznał, iż w przeszłości zabił dwie osoby. Kanadyjczyk nie próbował oceniać jego historii ani prowadzić własnego dochodzenia. Twierdził, iż podczas spotkania został dobrze potraktowany, otrzymał jedzenie i miejsce do spania. To doświadczenie pozostało jednym z najbardziej niezwykłych wspomnień z całej podróży.
W Malawi jadł smażone termity. W Etiopii nie mógł znaleźć butów w swoim rozmiarze
Przemierzając południową i wschodnią Afrykę, Béliveau odwiedził między innymi Mozambik, Malawi i Kenię. W niewielkich wioskach jego pojawienie się często stawało się lokalnym wydarzeniem. Mieszkańcy otaczali go, zadawali pytania i próbowali zrozumieć, dlaczego człowiek z Kanady dobrowolnie pokonuje tak ogromne odległości. Wiele rodzin zapraszało go na wspólne posiłki. Podczas pobytu w Malawi podano mu na śniadanie smażone termity. Spróbował ich i później żartował, iż smakiem przypominały orzeszki ziemne. Dużym wyzwaniem było utrzymanie sprzętu we właściwym stanie. W RPA otrzymał buty z podeszwami wykonanymi ze starych opon samochodowych. Okazały się wyjątkowo wytrzymałe i pozwoliły mu pokonać niemal trzy tysiące kilometrów. Zużyte podeszwy można było wymienić na kolejne kawałki gumy. Dzięki temu nie musiał tak często szukać nowych butów, co w niektórych częściach kontynentu było poważnym problemem. Szczególnie dotkliwie odczuł to w Etiopii. Nosił buty w rozmiarze 47, natomiast w odwiedzanych sklepach największe dostępne obuwie miało rozmiar 45. Nie mogąc znaleźć niczego odpowiedniego, kupił za małe buty i samodzielnie rozciął ich przednią część nożem, żeby zrobić miejsce na palce. Tak przerobione obuwie pozwoliło mu ruszyć dalej, ale podczas marszu przez pustynne tereny do środka nieustannie dostawały się piasek i drobne kamienie.
W Etiopii podróżnik przeżył również kolejny poważny kryzys. Został zatrzymany w Addis Abebie, choć nie rozumiał, jaki był powód interwencji służb. Zwolniono go następnego dnia. Poza problemami z policją zaczął odczuwać narastające osamotnienie. W przeciwieństwie do wcześniejszych etapów, nie zawsze udawało mu się nawiązywać kontakt z mieszkańcami, a niektóre spotkania kończyły się nieufnością lub odmową pomocy. Po latach przyznał, iż właśnie w Etiopii był szczególnie bliski rezygnacji. Czuł się odrzucony i wyczerpany psychicznie. Brakowało mu rozmów z bliskimi, a wieloletnia samotność zaczęła przytłaczać go bardziej niż wysiłek fizyczny. Rozważał zakończenie wyprawy i powrót do Kanady. Skontaktował się wówczas z Luce Archambault, swoja partnerką, która przekonała go, aby nie podejmował pochopnej decyzji. Dzięki jej wsparciu zdecydował się kontynuować marsz. W dalszej części podróży dotarł do Sudanu. Podczas pobytu w tym kraju dostosował swój wygląd do miejscowych zwyczajów, nosząc turban i zapuszczając długą brodę. Zmieniający się krajobraz, warunki klimatyczne oraz konieczność nieustannego poszukiwania wody i jedzenia wymagały od niego dużej odporności. Każdego dnia musiał także ustalać, czy droga, którą zamierza przejść, jest bezpieczna i dostępna dla samotnego podróżnika.
W Algierii trafił na stół operacyjny
W północnej Afryce Béliveau dotarł do Algierii, którą później wspominał jako jeden z najbardziej gościnnych państw całej wyprawy. Mieszkańcy zapraszali go do domów i częstowali posiłkami, a niektórzy prosili, by opowiadał za granicą o ich kraju w sposób wykraczający poza doniesienia o przemocy i terroryzmie. Kanadyjczyk wielokrotnie podkreślał, iż właśnie tam spotkał ludzi wyjątkowo otwartych na przybyszów. Podczas pobytu w Algierii pojawiły się jednak poważne problemy zdrowotne. Béliveau zachorował i musiał przejść operację prostaty. Sytuację komplikował fakt, iż nie posiadał już ubezpieczenia medycznego. Ochrona zapewniana przez kanadyjski system wygasła po około półtora roku jego nieobecności w kraju. Wcześniej próbował uzyskać nowe ubezpieczenie w RPA, ale gdy przedstawiał plan dalszej wieloletniej podróży, nie udało mu się znaleźć odpowiedniego rozwiązania. Pomoc zaoferował algierski chirurg, który zgodził się przeprowadzić zabieg bezpłatnie. Operacja zakończyła się powodzeniem i pozwoliła podróżnikowi odzyskać siły. W późniejszym wywiadzie Béliveau mówił, iż bez pomocy lekarza znalazłby się w bardzo trudnym położeniu. To doświadczenie dodatkowo uświadomiło mu, jak bardzo jego wyprawa zależała od życzliwości ludzi, których wcześniej nie znał. Kanadyjczyk planował również przejść przez Libię, ale nie otrzymał wymaganej wizy. Musiał więc zmienić trasę i skorzystać z samolotu. Po zakończeniu afrykańskiego etapu dotarł przez Maroko do Europy, gdzie rozpoczął kolejną część swojej pieszej podróży.
Po sześciu latach dotarł do Niemiec. Po raz pierwszy zobaczył pięcioletnią wnuczkę
Jesienią 2006 roku Béliveau przemierzał Niemcy. Miał wówczas za sobą około 40 tysięcy kilometrów i odwiedził już 38 państw. Podczas pobytu w Cloppenburgu ponownie skorzystał z gościnności policjantów, którzy pozwolili mu przenocować w jednej z cel. Tym razem wspominał to doświadczenie jako wyjątkowo bezpieczny nocleg. W drodze spotykał również osoby, które znały już jego historię z gazet i telewizji. W październiku dotarł do Hamburga, gdzie czekało na niego szczególnie ważne spotkanie. Po raz pierwszy zobaczył swoją pięcioletnią wnuczkę, którą dotychczas znał jedynie z rozmów telefonicznych. Dziewczynka przyszła na świat już po rozpoczęciu jego wędrówki. Béliveau przyznał później, iż był wzruszony niezwykłym poczuciem bliskości, jakie odczuł podczas spotkania z dzieckiem, mimo iż wcześniej nigdy nie trzymał go w ramionach. Podróż miała jednak również znacznie boleśniejszą cenę. Kilka miesięcy wcześniej, w 2006 roku, zmarł ojciec Kanadyjczyka. Jean dowiedział się o jego śmierci, przebywając tysiące kilometrów od rodzinnego domu. Bardzo chciał wrócić na pogrzeb, ale ostatecznie pozostał na trasie. Uważał, iż opuszczenie wyprawy oznaczałoby złamanie podjętego zobowiązania. Postanowił, iż po powrocie do Kanady przejdzie pieszo drogę prowadzącą z domu na cmentarz, gdzie pochowano ojca, traktując ją jako osobistą pielgrzymkę. Na początku listopada 2006 roku udzielił w Hamburgu wywiadu niemieckiemu tygodnikowi "Der Spiegel". Mówił wówczas, iż przez sześć lat wielokrotnie przekonywał się, jak kilka rzeczy jest człowiekowi naprawdę potrzebnych. Wystarczały mu ciepłe ubrania, woda, jedzenie i miejsce do spania. Większość używanego sprzętu pochodziła już od ludzi poznanych po drodze. Miał kurtkę otrzymaną w Irlandii, plecak z Chile i okulary z Algierii. W tym czasie zużywał już 31. parę butów, a koła jego wózka wymieniano osiem razy. Béliveau zamierzał teraz kontynuować marsz przez kolejne państwa Europy, a następnie skierować się ku Azji.
Przeszedł przez Europę i dotarł do Iranu
Na początku 2007 roku Jean Béliveau przebywał na Węgrzech. Miał już za sobą ponad 40 tysięcy kilometrów i przygotowywał się do kolejnego etapu podróży. W następnych miesiącach przeszedł przez Serbię, Macedonię i Grecję, a później skierował się do Turcji. W Stambule otrzymał specjalne pozwolenie na piesze przekroczenie mostu nad Bosforem, który normalnie był zamknięty dla pieszych. W ten sposób dotarł z europejskiej części miasta do azjatyckiej, rozpoczynając wędrówkę po piątym kontynencie swojej wyprawy. Następnie przemierzał Gruzję i Azerbejdżan. W lipcu 2007 roku, po długich staraniach, udało mu się uzyskać wizę do Iranu. 1 sierpnia przekroczył granicę w Astara i ruszył na południe. Temperatura dochodziła do 40 stopni Celsjusza, a Kanadyjczyk musiał pokonywać kolejne odcinki w palącym słońcu. Początkowo obawiał się reakcji mieszkańców, ponieważ wcześniej słyszał wiele niepokojących informacji o sytuacji politycznej w kraju. gwałtownie przekonał się jednak, iż spotykani ludzie chętnie zapraszali go do domów, częstowali jedzeniem i pomagali w znalezieniu noclegu. Był jednak inny problem. Dostęp do internetu był ograniczony, a połączenia działały bardzo wolno. W niewielkich miejscowościach trudno było również znaleźć osoby mówiące po angielsku. Mimo tych przeszkód nie zamierzał rezygnować z dalszej podróży. Kolejnym planowanym państwem był Pakistan, jednak sytuacja związana z bezpieczeństwem uniemożliwiła mu przejście zaplanowanej trasy. Béliveau zdecydował się więc dotrzeć do Zatoki Perskiej i skorzystać z promu do Dubaju. Stamtąd przedostał się do Indii. Jesienią 2007 roku przekroczył granicę pięćdziesiątego państwa swojej wyprawy. Miał wówczas za sobą około 46,6 tysiąca kilometrów.
Czterech uzbrojonych policjantów pilnowało go w Indiach
W 2008 roku Kanadyjczyk przemierzał północno-wschodnie Indie. Chciał dotrzeć do granicy z Chinami przez stan Arunachal Pradesh, ale wcześniej musiał pokonać Assam, region, w którym dochodziło do konfliktów i działały ugrupowania separatystyczne. Miejscowe władze uznały, iż samotny cudzoziemiec może znaleźć się w niebezpieczeństwie. Zdecydowano więc o zapewnieniu mu ochrony. Przez część trasy towarzyszyło mu czterech uzbrojonych policjantów, którzy pilnowali jego bezpieczeństwa podczas marszu. Obecność eskorty przyciągała uwagę mieszkańców. W niektórych wioskach miejscowa ludność rzadko spotykała zagranicznych turystów, dlatego wysoki Kanadyjczyk z ogromnym wózkiem stawał się lokalną atrakcją. Ludzie zatrzymywali się, żeby z nim porozmawiać, robili zdjęcia i zapraszali go na posiłki. Zainteresowanie było tak duże, iż niekiedy udawało mu się pokonać zaledwie około 20 kilometrów dziennie. Podczas pobytu w Bokakhat otrzymał również darowiznę w wysokości tysiąca rupii, która miała pomóc mu w dalszej podróży. Największym problemem okazało się jednak uzyskanie pozwolenia na przekroczenie granicy chińskiej. Władze Indii odmówiły mu wstępu do Arunachal Pradesh ze względów bezpieczeństwa. Béliveau musiał zawrócić i 7 maja 2008 roku wsiadł do pociągu, którym dotarł w kierunku granicy z Nepalem. Następnie przedostał się do Katmandu, gdzie kupił bilet lotniczy do chińskiego Chengdu. Samolot miał wystartować 13 maja. Dzień wcześniej wydarzyła się jednak tragedia, która zmusiła go do kolejnej zmiany planów.
Trzęsienie ziemi w Chinach opóźniło jego podróż
12 maja 2008 roku prowincję Syczuan nawiedziło potężne trzęsienie ziemi, w którym zginęły dziesiątki tysięcy ludzi. Lotnisko w Chengdu zostało wykorzystane do prowadzenia działań ratunkowych i transportowania pomocy humanitarnej. Lot Kanadyjczyka przesunięto o kilka dni. Dopiero 17 maja dotarł do Chin, zatrzymując się po drodze w Lhasie, gdzie przeprowadzono kontrolę dokumentów. Po przybyciu do Chengdu Béliveau chciał kontynuować wędrówkę przez Xi'an. Policjanci ostrzegli go jednak, iż droga została poważnie uszkodzona, a w części miejscowości brakowało żywności i wody. Poradzili, aby wybrał bezpieczniejszą trasę. Kanadyjczyk skierował się więc w stronę Szanghaju, choć oznaczało to zmianę wcześniej opracowanego planu. W pierwszych dniach marszu przez cały czas odczuwalne były wstrząsy wtórne. Béliveau widział skutki katastrofy i spotykał ludzi próbujących wrócić do normalnego życia. Szczególne wrażenie zrobiła na nim ich gotowość do pomagania obcemu podróżnikowi mimo własnych problemów. W wiadomościach wysyłanych do Luce opisywał, iż mieszkańcy chętnie zapraszali go na posiłki i pomagali w odnalezieniu adekwatnej drogi. Sam stopniowo uczył się podstawowych chińskich zwrotów, które znacznie ułatwiały mu kontakty z ludźmi. 3 lipca 2008 roku dotarł do Wuhan, stolicy prowincji Hubei. Miał przed sobą kolejny długi odcinek, który musiał pokonać przed wygaśnięciem wizy. W Chinach obowiązywały go ograniczenia dotyczące długości pobytu, dlatego starał się utrzymywać odpowiednie tempo. Po drodze korzystał z pomocy mieszkańców, którzy tłumaczyli urzędowe dokumenty i pomagali przy przedłużaniu zezwolenia. Dzięki temu mógł kontynuować marsz przez kraj.
W Korei spróbował psiego mięsa
18 sierpnia 2008 roku, podczas ósmej rocznicy rozpoczęcia wędrówki, Béliveau przebywał już w Seulu w Korei Południowej. Podczas podróży przez Azję zetknął się z wieloma zwyczajami kulinarnymi, które wcześniej były mu zupełnie obce. W Chinach spróbował mięsa węża, natomiast w Korei również psiego mięsa. Chciał poznawać codzienne życie mieszkańców oraz potrawy, które stanowiły część ich lokalnej tradycji. Na początku stycznia 2009 roku dotarł na Tajwan. Wyspa była 55. etapem jego światowej podróży. Zaplanował przejście około 400 kilometrów przez pięć miejscowości, w tym Tajpej i Kaohsiung. W trakcie pobytu spotykał się z przedstawicielami organizacji społecznych, uczniami oraz mieszkańcami zainteresowanymi jego wyprawą. W wielu miejscach towarzyszyły mu grupy osób, które chciały przejść z nim choć fragment trasy. Niektórzy pomagali również w organizowaniu noclegów i spotkań. Tajwańczycy wsparli go finansowo i organizacyjnie, a jedna z osób pomogła mu zdobyć bilet lotniczy na Filipiny. Kanadyjczyk otrzymał też pomoc w przedłużeniu pobytu na wyspie. W rozmowie z dziennikarzami "Taipei Times" przyznał, iż dzięki wieloletniej wędrówce nauczył się porozumiewać po angielsku, hiszpańsku i portugalsku, choć przed wyjazdem nie posługiwał się swobodnie żadnym z tych języków. Kolejny etap prowadził przez Filipiny, gdzie w niektórych regionach również zapewniono mu ochronę uzbrojonych funkcjonariuszy. Béliveau zwracał później uwagę na niezwykły kontrast między swoim pokojowym przesłaniem a widokiem żołnierzy towarzyszących mu podczas marszu. W 2009 roku przemierzał także Indonezję, a pod koniec roku dotarł do Timoru Wschodniego. Miał już za sobą dziewięć lat wędrówki i ponad 60 tysięcy kilometrów.
Przez trzy miesiące maszerował w australijskim upale
Na przełomie 2009 i 2010 roku Jean dotarł do Australii. Tam musiał zmierzyć się z jednym z najtrudniejszych etapów całej wyprawy. Przez około trzy miesiące przemierzał rozległe, suche tereny północnej części kontynentu. Temperatura dochodziła do 45 stopni Celsjusza, a pomiędzy niewielkimi osadami znajdowały się wielokilometrowe odcinki pozbawione cienia. Dostęp do wody był ograniczony, dlatego Kanadyjczyk musiał bardzo dokładnie planować kolejne postoje. W późniejszym wywiadzie dla CNN przyznał, iż właśnie australijskie pustkowia były najtrudniejszym obszarem, przez który przyszło mu przejść. Wysoka temperatura powodowała ogromne zmęczenie, a wysiłek dodatkowo utrudniało pchanie ciężkiego wózka. Zdarzało się, iż na długich odcinkach nie spotykał żadnej osoby. Musiał również uważać na przejeżdżające samochody, ponieważ część trasy prowadziła poboczami dróg wykorzystywanych przez ciężarówki i pojazdy terenowe. Kiedy znalazł się na wschodnim wybrzeżu, warunki stały się nieco łagodniejsze. W lutym 2010 roku wystąpił w audycji "Late Night Live" australijskiego radia ABC, prowadzonej przez Phillipa Adamsa. Opowiadał o swoich doświadczeniach i przyznawał, iż coraz częściej myśli o powrocie do Kanady. Podczas pobytu w Queensland zatrzymywał się u rodzin, które oferowały mu miejsce do spania, jedzenie i pomoc przy naprawie sprzętu. W marcu dotarł do Rockhampton, a następnie kontynuował marsz przez Gladstone i kolejne miejscowości na wschodnim wybrzeżu. Spotykał tam również osoby poznane wiele lat wcześniej w zupełnie innych częściach świata. Jeden z podróżników, z którym rozmawiał podczas pobytu w Grecji, ponownie spotkał go właśnie w Australii. Takie przypadkowe spotkania szczególnie go cieszyły, ponieważ przypominały, iż mimo ogromnych odległości świat potrafi być zaskakująco mały. 6 czerwca 2010 roku Béliveau przeszedł pieszo przez słynny most Harbour Bridge w Sydney. Fotografowie uwiecznili go, kiedy pchał swój charakterystyczny wózek przez jedną z najbardziej rozpoznawalnych przepraw Australii. W tamtym czasie miał za sobą około 66,7 tysiąca kilometrów i odwiedził już 62 państwa. Zdjęcia z Sydney ukazały się w międzynarodowych serwisach informacyjnych.
Po Australii przyszła kolej na Nową Zelandię. Zaczął odliczać miesiące do powrotu
W drugiej połowie 2010 roku podróżnik kończył australijski etap wyprawy. Odwiedzał kolejne miasta, spotykał się z mieszkańcami i przygotowywał do podróży do Nowej Zelandii. Luce Archambault, która przez lata prowadziła internetowy dziennik jego wędrówki, zaczęła publikować coraz dokładniejsze informacje dotyczące planowanego powrotu. Wcześniej przez długi czas podawano przede wszystkim liczbę przechodzonych kilometrów i odwiedzanych państw. Teraz rodzina zaczęła liczyć dni pozostałe do ponownego spotkania w Montrealu. Pod koniec roku Béliveau dotarł do Nowej Zelandii, gdzie kontynuował marsz przez kolejne miesiące. Był to ostatni zagraniczny etap jego wieloletniej przygody. Wiedział już, iż po zakończeniu wędrówki po wyspach Pacyfiku będzie mógł wrócić do Kanady. Nie zamierzał jednak polecieć bezpośrednio do Montrealu. Chciał rozpocząć ostatnią część podróży na zachodnim wybrzeżu kraju i przejść pieszo przez Kanadę aż do rodzinnego miasta.
Do domu pozostawało ponad pięć tysięcy kilometrów
30 stycznia 2011 roku Jean Béliveau wylądował na lotnisku w Vancouver. Czekali tam na niego bliscy, dziennikarze oraz przedstawiciele organizacji wspierających jego przedsięwzięcie. Luce przyjechała, aby towarzyszyć mu podczas powitania. Mężczyzna miał wówczas 55 lat i znajdował się na ostatnim etapie wyprawy, która trwała już ponad dekadę. Kanadyjczyk planował pokonać jeszcze około 5,4 tys. kilometrów, przemierzając kraj z zachodu na wschód. Nie zamierzał skracać trasy ani korzystać z samochodu tylko dlatego, iż znalazł się na ojczystej ziemi. W lutym rozpoczął przygotowania do przejścia przez kolejne prowincje. Nie mógł liczyć na łagodny klimat. W wielu regionach panowały zimowe warunki, a śnieg i silny wiatr utrudniały poruszanie się poboczami dróg. Podczas marszu przez Kanadę nieustannie zmagał się z zamieciami. Szczególnie nieprzyjemne były sytuacje, kiedy przejeżdżające pługi śnieżne wyrzucały w jego stronę ogromne ilości mokrego śniegu i błota pośniegowego. Mężczyzna żartował później, iż właśnie tak ojczyzna przypomniała mu, skąd pochodzi. Mimo zmęczenia nie przerywał marszu. Zatrzymywał się w kolejnych miejscowościach, korzystał z pomocy mieszkańców i uczestniczył w spotkaniach organizowanych przez lokalne społeczności. Jesienią 2011 roku zbliżał się do Quebecu. Podczas ostatnich tygodni wędrówki pojawiało się coraz więcej osób chcących pokonać z nim fragment drogi. W połowie października dotarł do okolic Saint-Eustache, niedaleko Montrealu. W rozmowie telefonicznej z dziennikarzami "The Canadian Press" przyznał, iż rozpoznawanie własnego kraju jest dla niego zaskakującym doświadczeniem. Przez lata odwiedził dziesiątki odmiennych kultur, a teraz musiał ponownie przyzwyczajać się do języka, zwyczajów i codziennego życia, które kiedyś doskonale znał.
Po 11 latach zobaczył matkę
16 października 2011 roku, w niedzielny poranek, 56-letni Béliveau dotarł do Montrealu. Wchodząc na teren miasta, przeszedł przez most, gdzie zaczęli gromadzić się ludzie oczekujący na jego powrót. Ostatnie kilometry pokonał w towarzystwie ponad stu osób, w tym członków rodziny, przyjaciół, dziennikarzy i mieszkańców. Niektórzy przyjechali z odległych miejscowości, aby choć przez chwilę uczestniczyć w zakończeniu jego wyprawy. Na Kanadyjczyka czekała również jego matka. Nie widzieli się przez całe jedenaście lat, dlatego spotkanie było dla nich szczególnie wzruszające. Béliveau przytulił ją, a następnie powitał Luce, która wspierała go podczas podróży. W uroczystości uczestniczyły także jego dzieci i wnuczki. Jedną z nich, pięcioletnią Amirę, zobaczył po raz pierwszy dopiero podczas ostatnich dni marszu przez Quebec. Spotkał również dziesięcioletnią Laury, z którą wcześniej miał okazję przebywać tylko raz. Przed ratuszem w starej części Montrealu zorganizowano oficjalne powitanie. Wśród zgromadzonych byli przedstawiciele władz i organizacji społecznych. Béliveau zabrał głos, wyjaśniając, iż chciałby przekonać rządy różnych państw do tworzenia ministerstw pokoju, które zajmowałyby się edukacją, przeciwdziałaniem przemocy i promowaniem dialogu. Uważał, iż choćby jeżeli całkowite wyeliminowanie konfliktów nie będzie możliwe, warto podejmować działania, które mogą stopniowo poprawiać sytuację na świecie. Zakończona wyprawa trwała dokładnie 4077 dni. Według różnych zestawień Kanadyjczyk przeszedł około 75–76 tysięcy kilometrów przez 64 państwa. W trakcie podróży korzystał z gościnności około 1600 rodzin, a większość jego wydatków pokrywano z darowizn oraz wsparcia najbliższych. Nie była to nieprzerwana trasa pokonana wyłącznie pieszo, ponieważ między kontynentami korzystał z samolotów i statków, a niektóre niebezpieczne lub niedostępne odcinki musiał ominąć innymi środkami transportu.
Chciał odzyskać stracone lata. Najbardziej tęsknił za poranną kawą z Luce
Po uroczystościach Béliveau przyznał, iż nie zamierza od razu podejmować kolejnej wielkiej wyprawy. Chciał odpocząć i poświęcić czas bliskim, którzy przez lata musieli radzić sobie bez jego codziennej obecności. Zdawał sobie sprawę, iż opuścił rodzinny dom na ogromną część życia swoich dzieci i wnuczek. Wiedział też, iż Luce przez ponad dekadę wykonywała wiele obowiązków związanych z organizowaniem jego podróży, często kosztem własnego czasu. Podczas rozmowy z dziennikarzami wyznał, iż jedną z rzeczy, za którymi najbardziej tęsknił, było zwykłe wspólne picie kawy o poranku. Nie brakowało mu luksusowych hoteli ani drogich przedmiotów. Marzył raczej o możliwości spędzenia spokojnego dnia w domu bez konieczności codziennego pakowania rzeczy i zastanawiania się, gdzie będzie spał następnej nocy. Powrót do normalności nie okazał się jednak tak prosty, jak początkowo przypuszczał. W rozmowie opublikowanej w 2013 roku przyznał, iż po zakończeniu wyprawy czuł się zagubiony. Przez ponad dekadę jego życie opierało się na nieustannym przemieszczaniu, poznawaniu nowych osób i dostosowywaniu się do zmieniającego się otoczenia. Teraz ponownie znalazł się w niewielkim mieszkaniu i musiał przyzwyczaić się do stałego miejsca zamieszkania. Miał wrażenie, iż świat, który kiedyś znał, zmienił się podczas jego nieobecności. Szczególnie trudne były pierwsze tygodnie po powrocie. Béliveau opowiadał, iż brakowało mu ruchu i kontaktu z przypadkowo spotykanymi ludźmi. Zaczął więc codziennie wychodzić na krótkie spacery, trwające godzinę lub dwie. Pomagało mu to stopniowo odzyskiwać równowagę i przyzwyczajać się do nowej rzeczywistości.
Napisał książkę o wyprawie
W marcu 2013 roku ukazała się książka "L'homme qui marche", czyli "Człowiek, który idzie", napisana przez Jeana Béliveau we współpracy z Géraldine Woessner. Publikacja liczyła 256 stron i zawierała również fotografie z podróży. Kanadyjczyk przedstawił w niej własne wspomnienia, opisując nie tylko pokonywane trasy, ale również osobiste kryzysy, spotkania z mieszkańcami różnych państw i zmiany w swoim sposobie patrzenia na świat. Po powrocie zaczął także prowadzić spotkania w szkołach oraz wygłaszać wykłady. Angażował się w inicjatywy zachęcające dzieci do aktywności fizycznej i promujące pokojowe rozwiązywanie konfliktów. Historia Béliveau stała się również tematem filmu dokumentalnego "Des ailes aux talons", przedstawiającego wybrane etapy jego podróży. W kolejnych latach uczestniczył w spotkaniach poświęconych podróżowaniu i opowiadał o znaczeniu bezpośrednich kontaktów z ludźmi. Podkreślał, iż najważniejszą częścią wyprawy nie były zabytki ani krajobrazy, ale osoby, które spotkał po drodze. W 2020 roku organizatorzy spotkań z Béliveau informowali, iż mieszka w otoczeniu lasów i prowadzi samotnicze życie, starając się być możliwie samowystarczalnym. Zaprasza uczestników na wspólny spacer i rozmowę o tym, jak wieloletnia podróż wpłynęła na jego późniejsze wybory.
Źródła:
https://www.abc.net.au/news/2011-10-17/canadian-man-completes-11-year-round-the-world-walk/3575502
https://www.cbc.ca/news/canada/jean-b%C3%A9liveau-s-11-years-on-the-road-1.1070673
https://globalnews.ca/news/166158/quebec-man-on-verge-of-completing-11-year-75000-km-walk-around-the-world-3/
https://www.sbs.com.au/news/article/globetrotter-finishes-11-year-walk/d5oaebyfy
https://abc7ny.com/archive/8395147/
https://www.spiegel.de/reise/fernweh/weltwanderer-jean-beliveau-11-jahre-64-laender-75-000-kilometer-a-791783.html
https://www.stern.de/panorama/75-500-kilometer--64-laender-kanadier-wandert-in-elf-jahren-einmal-um-die-welt-3770022.html
https://www.mz.de/lokal/dessau-rosslau/tibet-zu-fuss-und-ohne-geld-wie-stephan-meurisch-aus-dessau-13-000-kilometer-wanderte-1612733
https://globalnews.ca/news/166391/montreal-man-arrives-home-to-cheers-and-tears-after-11-year-global-trek/
https://www.news.com.au/breaking-news/canadian-man-56-completes-11year-walk-around-world/news-story/f9413f0c2d9f7225e9d1fa55d8a222bf
https://dailyhive.com/edmonton/jean-beliveau-walk-world-peace#google_vignette
https://www.thestar.com/news/canada/after-11-year-trek-montreal-man-returns-home/article_b2c50165-fbef-5b9e-8eaa-2fc16aac00eb.html
https://www.theglobeandmail.com/news/national/quebec-man-on-11th-year-of-walk-around-the-world-arrives-in-vancouver/article564145/
https://www.theguardian.com/lifeandstyle/2026/oct/13/karl-bushby-incredible-28-year-walk-home-goliath-expedition-hull
https://www.bbc.com/news/articles/c750vlynwrlo
https://www.yahoo.com/news/world/articles/british-adventurer-returns-home-28-182809523.html
https://www.journaldequebec.com/2013/03/31/recit-enlevant-donze-annees-autour-du-monde












