Valeria zmywała naczynia w kuchni, gdy wszedł tam Jan i wyłączył światło: „Jeszcze jasno, nie ma sensu marnować prądu” — mruknął. „Chciałam wstawić pranie” — odpowiedziała Valeria. „W nocy zrobisz, gdy prąd jest tańszy. I nie puszczaj takiego strumienia wody, marnujesz ją! Czy ty nie rozumiesz, ile pieniędzy wyrzucasz w błoto?” Mąż zmniejszył ciśnienie wody. Valeria westchnęła, wyłączyła kran i usiadła przy stole. „Jan, patrzyłeś kiedyś na siebie z boku?” „Codziennie” — odburknął Jan. „No i jak oceniasz siebie?” — „Jestem zwyczajny, taki jak każdy mąż i ojciec”. „Chcesz powiedzieć, iż wszyscy są tacy jak ty? Chcesz się kłócić?” Valeria wiedziała, iż odwrotu nie ma. „Wiesz, dlaczego dalej jesteś ze mną? Bo jesteś skąpy, Janie. To nie miłość, tylko pieniądze. Przez piętnaście lat ani razu nie pojechaliśmy nad morze czy za miasto na grzyby. Wszystko przez oszczędzanie”. „Oszczędzam dla rodziny” — twierdził Jan. „Naprawdę dla nas? To daj mi pieniądze na nowe ubrania dla siebie i dzieci, żebyśmy przestali chodzić w ciuchach po rodzinie. Pozwolisz mi wynająć mieszkanie, bo mam dosyć mieszkania z twoją mamą?” „Mama dała nam dwa pokoje, nie przesadzaj. Po co wydawać na ubrania, przecież dzieci mogą chodzić w używanych ubraniach po kuzynach…”. „A ja? A dla kogo ty te pieniądze zbierasz?” — „Dla was!” — „Ale na nas nie wydajesz. Wszystko trzymasz na swoim koncie, bo nie ufasz nikomu.” — „Bo wy wszystko byście wydali, a co będzie, jak się coś stanie?” — „My już żyjemy tak, jakby coś się stało, Janie! Oszczędzasz na mydle, papierze toaletowym, kremach, a choćby na prądzie. Ile jeszcze mamy tak żyć — dziesięć, dwadzieścia lat?” Jan milczał. „Może w czterdziestce, pięćdziesiątce, sześćdziesiątce pozwolisz nam żyć po ludzku?” Jan milczał dalej. „A jeżeli do tego czasu nie dotrwamy? Oszczędzamy na jedzeniu, żyjemy w ciągłym stresie…” — „Bez oszczędzania nie damy rady się utrzymać.” — „A ja mam dosyć, Janie. Odchodzę, wynajmę mieszkanie, stać mnie na to. I nie będę już słuchać twoich wykładów o energii czy wodzie. Będę kupować, co chcę, kiedy chcę, i chodzić do teatru, restauracji, jeździć latem nad morze. A twoje alimenty przeznaczę na dzieci. A pieniądze z konta podzielimy po połowie — i te też wydam. Chcę umrzeć, nie mając na koncie ani grosza, bo wtedy będę widziała, iż naprawdę żyłam!” Dwa miesiące później Jan i Valeria wzięli rozwód.

newskey24.com 1 godzina temu

Weronika zmywała naczynia w kuchni, gdy do środka wkroczył Jan. Zanim wszedł, zgasił światło.
Jeszcze jasno, nie ma co marnować prądu mruknął ponuro, jakby mówił przez zęby.
A ja chciałam puścić pranie odezwała się Weronika głosem cichszym, niż miała w zamiarze.
W nocy zrobisz odpowiedział Jan tak sucho, iż w powietrzu coś zwiędło. Wtedy prąd tańszy. I nie puszczaj takiego mocnego strumienia wody, jak odkręcasz kran. Za dużo zużywasz, Weroniko. Za dużo. Tak się nie da. Przecież to pieniądze wylewasz razem z tą wodą, nie rozumiesz?
Jan przykręcił kurek. Weronika spojrzała na męża z czymś, co przypominało mgłę we śnie czy to smutek, czy zmęczenie, czy niebo po burzy? Zakręciła wodę, otarła dłonie w kuchenną ściereczkę i opadła na krzesło jak piórko w dół.
Janie… Patrzyłeś kiedyś na siebie z boku? zapytała, słowa wyłaniały się ze snu i zapadały w ciszę.
Codziennie patrzę, tylko to robię odburknął z gniewem.
I co o sobie myślisz?
Jako człowiek?
Jako mąż, jako ojciec dodała Weronika, a motyle w śnie zatańczyły.
Mąż jak mąż, ojciec jak ojciec odparł. Normalny chyba. Nic szczególnego. Jak wszyscy. Czego ode mnie chcesz?
Uważasz, iż wszyscy mężowie są tacy jak ty? spojrzała na niego przez mleczną ścianę snu.
Do czego dążysz? zapytał Jan, marszcząc brwi. Chcesz się pokłócić?
Weronika wiedziała, iż nie ma odwrotu, trzeba mówić, głęboko, do końca, aż ściany rozstąpią się i on zrozumie, iż to życie z nim przypomina chodzenie po dnie Wisły.
Wiesz, Janie, dlaczego jeszcze mnie nie zostawiłeś?
Jan odpowiedział pytaniem, przekrzywiając usta:
A dlaczego miałbym cię zostawić?
Bo mnie nie kochasz wyszeptała, jakby mówiła do tafli jeziora. I dzieci naszych też nie kochasz.
Chciał zaprotestować, ale Weronika była szybsza:
Nie zaprzeczaj, szkoda czasu. Chciałam powiedzieć o czymś innym. O tym, dlaczego wciąż tu jesteś.
No to czemu? Jan przygryzł dolną wargę.
Ze skąpstwa odpowiedziała Weronika, jakby wyciągała z kieszeni cienie. Bo dla ciebie rozstanie to główna strata pieniędzy. Ile już razem? Piętnaście lat? I co osiągnęliśmy? Oprócz tego, iż mamy dzieci i tę dziwną małżeńską mgłę?
Jan poszedł w zaparte:
Jeszcze wszystko przed nami.
Nie wszystko, Janie. Tylko resztka. Wiesz, ile razy jeździliśmy nad morze? Ani razu. Za granicę? Nigdy. choćby na grzyby za miasto nie. Cały urlop w bloku, w kuchni, na balkonie. Zawsze mówisz: drogo.
Oszczędzamy na przyszłość burknął.
My? A może tylko ty?
Przecież dla was! odpowiedział Jan, ale w śnie jego odpowiedź przepływała jak ciemna rzeka.
Dla nas? Naprawdę? Odkładasz i moje, i swoje pieniądze na nasze szczęście? Weronika zadrżała w głosie.
Tak, dla was! Dzięki mnie mamy już całkiem sporo odłożone!
My? Może ty. Sprawdźmy. Daj mi trochę, kupię nową sukienkę dla siebie i płaszcze dla dzieci. Bo już piętnaście lat chodzimy w tym, co zostało po twojej bratowej. Dzieci noszą ubrania po kuzynach. A ja? Będę mieszkać osobno, kupię własne rzeczy, bo mam już dosyć życia pod jednym dachem z twoją matką.
Mama wydzieliła nam dwa pokoje, powinnaś być wdzięczna mruknął Jan. Po co wydawać na bzdury, jak dzieci mogą nosić po rodzinie?
A ja? Ja co mam nosić?
A po co ci się stroić? Przecież masz trzydzieści pięć lat, dzieci, dom. Czas myśleć o poważniejszych sprawach.
O czym powinnam myśleć?
O sensie życia. O tym, iż nie szmatki są najważniejsze, tylko duch! Wznieś się ponad to wszystko uniósł palec, ale to był tylko gest, senny i pusty.
Czyli dlatego wszystko trzymasz na koncie i nam nic nie dajesz? W imię duchowego rozwoju?
Bo wam nie można ufać! wykrzyknął nagle Jan. Wszystko wydacie od razu! A jakby coś się stało, z czego będziemy żyć? Myślałaś o tym?!
Weronika spojrzała na niego z niedowierzaniem.
Ale kiedy zaczniemy żyć? Teraz już oszczędzamy, jakbyśmy mieli zaraz zanurkować w przepaść!
Jan milczał, jego oczy były jak deszcz nad Tatrami.
Oszczędzasz choćby na mydle, papierze toaletowym i serwetkach. Mydło przynosisz z fabryki, krem do rąk też.
Grosz do grosza, a będzie kokosza rzucił Jan, znów jakby powtarzał gdzieś zasłyszaną melodyjkę przez senne radio. Nie ma sensu wydawać na głupoty.
To kiedy koniec tej pokuty? Dziesięć lat jeszcze? Piętnaście? Dwadzieścia? Kiedy pozwolisz nam pożyć jak ludzie? Mam trzydzieści pięć lat i wszystko na to wskazuje, iż jeszcze nie czas?
Jan milczał, a Weronika domyślała się w tym milczeniu licznych liczb i kłębów dymu.
Może czterdzieści? Wtedy już będę mogła żyć?
Cisza.
Głupstwo. W czterdziestce nikt nie zaczyna żyć… Może pięćdziesiątka? Wtedy mogłabym kupić, co chcę, nie pytać o pozwolenie?
Jan dalej zamieniał się w posąg, który śni o kamieniach.
Przecież w wieku pięćdziesięciu lat dopiero zaczyna się marzyć, iż się żyje… A może w sześćdziesiątce? Ile wtedy uzbierasz na koncie? Całą fortunę! Wtedy się rozbijemy po królewsku, co?
Jan milczał.
Ale co, jeżeli nie dociągniemy do sześćdziesiątki? głos Weroniki był już cichy jak wiatr na Mazurach. Przez twoje skąpstwo jemy byle co, najtaniej, i to w ilościach, bo takie jedzenie nie daje sytości. Myślałeś, iż to szkodzi zdrowiu? Ale gorsze jest to, iż mamy ciągle zły humor. A to, Janie, skraca życie. Nie widzisz tego?
Jakbyśmy się wyprowadzili od mamy i jedli lepiej, to nie dałbym rady oszczędzać wypowiedział Jan, prawie szeptem.
W takim razie… odchodzę powiedziała Weronika. Mam dość. Nie chcę już oszczędzać, nie chcę być twoją księgową. Lubię żyć, a nie zbierać każdą złotówkę.
Ale jak sobie poradzisz? Jan się przeraził, a w jego oczach pojawiły się senne, niebieskie zmory.
Poradzę sobie. Wynajmę mieszkanie dla siebie i dzieci. Moja pensja jest taka sama jak twoja. Starczy na czynsz, ciuchy, jedzenie. Najważniejsze nie będę musiała słuchać twoich kazań o liczeniu prądu, gazu i wody. Pralkę będę włączać wtedy, kiedy chcę. Światła nie będę gasić na siłę. Papier toaletowy będę miała najlepszy, a na stole zawsze papierowe serwetki. I będę chodzić do sklepu po zakupy wtedy, kiedy będę miała na to ochotę, a nie gdy będą promocje.
Nie odłożysz już ani grosza! Jan był zaszokowany.
Przeciwnie, odkładać będę twoje alimenty na dzieci. Choć pewnie… nie, nie będę. Bo nie chcę. Będę wydawać wszystko, co mam co do złotówki. Od pensji do pensji. A w weekendy dzieci wam z mamą przywiozę, i pojadę do teatru, kina, do restauracji, na wystawę. Latem nad Bałtyk albo w Bieszczady, nie wiem jeszcze. W końcu zdecyduję, jak tylko się od ciebie uwolnię.
Janowi pociemniało w oczach. Nie bał się o Weronikę, nie bał się o dzieci. Bał się o siebie. gwałtownie przeliczył w głowie, ile zostanie mu po alimentach i wydatkach na dzieci w weekendy. Ale najbardziej zasmuciły go te jej wyprawy nad morze. Dla Jana to nie były tylko pieniądze. To były JEGO pieniądze.
Nie powiedziałam najważniejszego, Janie dokończyła Weronika. Rachunek w banku, na którym trzymasz wszystkie pieniądze, podzielimy na pół.
Jak to na pół?
Po równo. I te pieniądze też wydam. Co za różnica, ile tam nazbierałeś przez piętnaście lat? Mam zamiar wydać je wszystkie na życie.
Jan otworzył usta, ale słowa zostały wyłowione przez milczenie. Zamarł, przykuty do miejsca przez sen.
Wiesz, czego chcę najbardziej, Janie? zapytała cicho Weronika. Chcę, żeby kiedy przyjdzie mój czas odejść na zawsze, na moim koncie nie zostało ani grosza. Wtedy będę wiedziała, iż naprawdę umiałam żyć.
Dwa miesiące później Jan i Weronika byli już po rozwodzie.

Idź do oryginalnego materiału