Małgorzata zmywała naczynia w kuchni, gdy nagle wszedł tam Jan. Zanim wszedł, wyłączył światło nad blatem.
Jeszcze jest widno, nie trzeba marnować prądu burknął ponuro.
Chciałam puścić pranie odezwała się Małgorzata cicho.
W nocy puścisz odparł sucho Jan. Wtedy prąd jest tańszy. I nie odkręcaj tak mocno kranu, kiedy myjesz. Dużo za dużo wody zlewasz, Małgorzato. Dużo za dużo. Tak nie można. Nie rozumiesz, iż w ten sposób wylewasz nasze pieniądze do zlewu?
Jan zakręcił wodę do minimum. Małgorzata spojrzała z żalem na męża, wytarła ręce w szmatkę i usiadła przy stole.
Jan, patrzyłeś kiedyś na siebie z boku? zapytała cicho.
Ja cały czas tylko patrzę na siebie z boku wysyczał Jan.
I co o sobie mógłbyś powiedzieć? dopytywała Małgorzata.
Jako człowiek? dopytał Jan ironicznie.
Jako mąż i ojciec.
Mąż jak mąż, ojciec jak ojciec. Normalny, przeciętny. Taki jak wszyscy. Czego się czepiasz?
Chcesz powiedzieć, iż wszyscy mężowie i ojcowie są tacy jak ty? zapytała Małgorzata.
Do czego zmierzasz? Kłótni ci się zachciało? wycedził Jan.
Małgorzata wiedziała, iż nie ma odwrotu, iż ten dialog trzeba poprowadzić do końca. Musi w końcu dojść do Jana, iż życie z nim to męka.
Wiesz, Janie, czemu jeszcze się nie rozwiodłeś ze mną? spytała.
A czemu miałbym? parsknął Jan, krzywo się uśmiechając.
Choćby dlatego, iż mnie nie kochasz szepnęła Małgorzata. I dzieci też nie.
Jan chciał jej przerwać, ale Małgorzata mówiła dalej:
I nie mów, iż to nieprawda. Nikogo nie kochasz. O tym nie będę z tobą dyskutować, szkoda czasu. Chciałam powiedzieć o czymś innym. O tym, dlaczego dalej tu jesteś. Dlaczego mnie nie zostawiłeś.
No to powiedz odrzekł Jan.
Ze swojej skąpstwa powiedziała spokojnie Małgorzata. Przez to, jak bardzo jesteś chciwy. Bo dla ciebie rozstanie to nic innego jak ogromna strata finansowa. Ile już jesteśmy razem? Piętnaście lat? I co przez ten czas osiągnęliśmy? jeżeli nie liczyć faktu, iż mamy dzieci i jesteśmy małżeństwem. Jakie mamy osiągnięcia?
Wszystko jeszcze przed nami mruknął Jan.
Nie wszystko, Janie. Tylko reszta. Zastanów się przez te wszystkie lata ani razu nie byliśmy nad morzem. Ani razu. Nie mówię o zagranicy, ale choćby w Polsce! Urlopy zawsze w mieście. choćby na grzyby nie pojechaliśmy pod Warszawę. Bo „za drogo”.
Bo oszczędzamy powiedział Jan. Dla naszej przyszłości.
My? Małgorzata się zdziwiła. Może raczej ty?
Przecież dla was to robię! obruszył się Jan.
Dla nas? Naprawdę? Co miesiąc zbierasz na „nasze dobro”? dopytała poważnie.
A dla kogo? Dzięki mnie mamy na koncie już tyle pieniędzy!
My? powtórzyła Małgorzata. To znaczy, ty masz. Pokaż. Daj mi trochę. Chcę kupić sobie i dzieciom nowe ubrania. Od piętnastu lat chodzę w ślubnej sukience i tym, co oddaje mi żona twojego brata. Dzieci też chodzą w rzeczach po kuzynach. A najważniejsze, zamieszkam w końcu na swoim, bo mam dość mieszkania z twoją matką.
Mama dała nam dwa pokoje odparł Jan. Nie powinnaś narzekać. A ubrania… Po co kupować nowe, skoro dzieciaki mogą nosić te po kuzynach.
A ja? Mam się nosić w czym, w starych ubraniach twojej bratowej? zapytała Małgorzata.
A po co ci nowe stroje? Śmieszne to. Jesteś matką dwójki dzieci. 35 lat! Nie czas na strojenie się.
To o czym mam w takim razie myśleć? spytała Małgorzata.
O sensie życia. O wyższych sprawach! O duchowym rozwoju. Jest tyle rzeczy ważniejszych niż ubrania i te twoje głupoty.
Naprawdę? Małgorzata była zdezorientowana.
O tym powinnaś myśleć. O tym, by wznieść się ponad przyziemność mieszkania, ciuchów, zakupów.
Teraz rozumiem. Dlatego trzymasz wszystkie pieniądze u siebie i nigdy nic nie dajesz. Dla naszego szczęścia. Żebyśmy rośli duchowo. Dobrze myślę?
Bo wam nie można nic powierzyć! wybuchł Jan. Od razu wszystko byście roztrwonili! A z czego będziemy żyć, gdyby co się stało? Pomyślałaś o tym?
Z czego będziemy żyć, gdyby coś się stało? powtórzyła Małgorzata. To jest dobre, Janie. Ale powiedz, kiedy zaczniemy żyć? Bo chyba nie zauważyłeś, ale teraz już żyjemy tak, jakby to „gdyby coś się stało” już nadeszło!
Jan milczał, gniewnie spojrzał na żonę.
choćby na mydle, papierze i serwetkach oszczędzasz! Z pracy przynosisz mydło i krem do rąk, co wam rozdają.
Grosz do grosza… odparł zimno Jan. Od takich rzeczy się zaczyna. Wydawać na drogie kosmetyki, papier, serwetki szkoda śmiać się.
To podaj choć orientacyjny termin, ile jeszcze mam wytrzymać. 10 lat? 15? 20? Kiedy skończysz oszczędzać, byśmy mogli w końcu normalnie żyć, z dobrym papierem toaletowym? Mam 35 lat i nie wygląda, by miało się zmienić. Zgadza się?
Jan znów nie odpowiedział.
Może czterdziestka? Kiedy skończę 40, wolno mi zacząć żyć?
Nie odpowiedział.
Przepraszam, głupi pomysł. W końcu 40 lat? Za młoda. To może 50? Wtedy już chyba będzie wolno?
Cisza.
Za wcześnie, wiadomo. Bo przecież gdybyśmy się roztrwonili na dobry papier, moglibyśmy wylądować na bruku. To może w wieku 60 lat? Ile wtedy będzie na koncie? Sporo! I wtedy możemy kupić ubrania! Jak myślisz?
Nie padło żadnego słowa.
Wiesz, co mi przyszło do głowy? Małgorzata mówiła już z napięciem w głosie. A jeżeli nie dożyjemy do 60-tki? Bo przez twoją sknerstwo żywimy się byle czym, ciągle złe humory, stres. Zauważyłeś, jak rzadko się śmiejesz? Z takim nastawieniem długo się nie pożyje, Janie.
jeżeli się wyprowadzimy i będziemy jeść lepiej, to już nie oszczędzimy odparł Jan.
I właśnie dlatego od ciebie odchodzę. Mam dosyć twojego oszczędzania. Ty możesz dalej to robić, ja nie.
Jak ty sobie poradzisz?! przestraszył się Jan.
Dam radę. Nie gorzej niż teraz. Wynajmę mieszkanie dla siebie i dzieci, z mojej pensji starczy. I na ubrania, i na jedzenie, i na dobre papierowe serwetki na co dzień też. Pralka pójdzie w dzień. jeżeli zapomnę wyłączyć światło świat się nie zawali. A w sklepie kupię to, na co mam ochotę, bez czekania na wyprzedaże.
Nie będziesz nic odkładać! rozpaczliwie powiedział Jan.
A dlaczego nie? Będę. Z twoich alimentów na dwójkę dzieci. No, chyba iż masz rację nie będę. Ale nie dlatego, iż nie potrafię. Po prostu już nie chcę. Wydam wszystkie pieniądze, do ostatniego grosza. Będę żyć od wypłaty do wypłaty. A dzieci na weekend przywożę do ciebie i mamy. To będzie dla mnie oszczędność: wtedy pójdę do teatru, do kina, na wystawę sztuki. Latem dzieci zabiorę nad Bałtyk. Jeszcze nie wybrałam miejsca, ale wybiorę, jak tylko się od ciebie uwolnię.
Jan zbladł. Ogarnął go strach nie o dzieci, nie o żonę. O siebie. W myślach obliczał, ile mu zostanie po alimentach i wydatkach na weekendy. Najbardziej bolało go wyobrażenie pieniędzy wydanych przez Małgorzatę na podróże. Jego pieniędzy.
Nie powiedziałam najważniejszego ciągnęła Małgorzata. Ten twój rachunek w banku też podzielimy.
Jak to podzielimy? nie rozumiał Jan.
Po połowie odpowiedziała spokojnie. I te pieniądze też wydam. Ile tam się uzbierało przez piętnaście lat? Myślę, iż sporo. To wydam. Nie będę już oszczędzać na życie. Będę żyć.
Jan poruszał ustami próbując coś powiedzieć, ale strach go sparaliżował.
Wiesz, o czym marzę, Janie? Małgorzata spojrzała mu w oczy. Chcę, by gdy przyjdzie mój czas odejścia, na koncie nie było ani grosza. Wtedy będę pewna, iż wszystko wydałam na siebie. Na prawdziwe życie.
Dwa miesiące później Jan i Małgorzata byli już po rozwodzie.









