Kalino! Kalino, cóż ty wyprawiasz?! głos Wojciecha drżał od bezsilności. Przecie wiesz, jak czuję! Dlaczego tak robisz?!
Nie komplikuj, Wojtek! odwróciła się do okna, by nie widzieć jego oczu. Sprawa zdecydowana. Tomasz przyzwoity człowiek, stanowisko ma świetne, będziemy żyć godnie.
A miłość? To, co było między nami? Czy to nic nie znaczy?
Kalina zaciśnęła dłonie, aż paznokcie wbiły się w skórę. Znaczyło. Więcej, niż chciała przyznać. Ale mama leżała w szpitalu po kolejnym zawale, a koszty leczenia przekraczały możliwości jej i Wojciecha.
Było pięknie, ale życie bajką nie jest rzekła chłodno.
Wojciech postąpił ku niej, wyciągnął rękę, ale zawahał się.
Kalinko… Pamiętasz tamten dzień nad jeziorem? Gdy załamał się lód? Wyciągnąłem cię, przysięgaliśmy sobie…
Dość! odwróciła się gwałtownie. Nie wspominaj! Co było, minęło.
Patrzył na nią jak na obcą. Skinął powoli.
Rozumiem. Więc cóż… Zdjął kurtkę z komody. Szczęścia życzę, Kalino Marewna.
Wyszedł bez trzaskania drzwiami. Dopiero gdy jego kroki ucichły na klatce, pozwoliła łzom płynąć.
Tomasz Szczygieł był prawdziwym dżentelmenem. Pięćdziesięcioletni wdowiec, dyrektor dużej firmy, ofiarował Kalinie nie małżeństwo, ale stabilność. Gdy matka trafiła do szpitala, pokrył wszystkie koszty leczenia, żądając jedynie zgody na ślub.
Jesteś młoda, piękna, rozgarnięta mówił, trzymając jej dłoń. Ja wiekiem dojrzały, potrzebuję towarzyszki. Dobrze się uzupełniamy.
Kalina kiwała głową, czując się jak wystawiony na sprzedaż przedmiot. Wyboru nie miała. Matka wracała do zdrowia, lekarze obiecywali pełny powrót do sprawności przy drogich lekach.
Ślub odbył się cicho, w wąskim gronie. Tomasz był troskliwym mężem. Nie żądał miłości, zadowalając się szacunkiem. Kalina szczerze starała się być dobrą żoną.
Wojciecha
Halina przez wiele lat wędrowała nad zamarznięte jezioro pod Zakopane, patrząc na lód, w którym odbijała się tylko jej własna, samotna i obca sylwetka, jak gdyby czas zamarzł tamtejszego dnia zupełnie, pozostawiając jedynie pustkę głębszą niż kryształowe wody.