W kuchni pachniało gotowaną kapustą i majerankiem, chociaż okno było uchylone od piątej rano. Za oknem, na balkonie czwartego piętra bloku przy ulicy Długiej w Lublinie, wróble wydzierały sobie skórkę od chleba, którą rzuciłam im przed świtem. A ja stałam przy kuchence i zawijałam kolejne sarmale, czując, jak drętwieją mi palce.
— Jeszcze z sześćdziesiąt — powiedziała teściowa, unosząc pokrywkę wielkiego gara i zaglądając do środka.
Spojrzałam na nią znad deski do krojenia. Jadwiga poprawiła perłowy naszyjnik, jakby przyszła na degustację, a nie do cudzej kuchni w środku gotowania.
— Nie zrobię ani jednej więcej — odparłam.
Zaśmiała się krótko, tym swoim śmiechem, który zawsze brzmiał jak odkaszlnięcie.
— Nie bądź śmieszna, Dorota. Obiecałam wszystkim sto pięćdziesiąt.
I wtedy, dokładnie o szesnastej dziesięć, dowiedziałam się, iż przyjęcie, na które zgodziłam się dla czternastu osób, rozrosło się bez mojej wiedzy do trzydziestu. Trzydziestu! Mój mąż Arek przyniósł wczoraj dwie dodatkowe zgrzewki wody i trzy butelki wódki, a zapytany, dla kogo, mruknął coś o „kuzynach z Kraśnika”.
— Komu obiecałaś? — zapytałam, wycierając ręce w fartuch.
— Rodzinie. A komu miałam obiecać?
— Jadwigo, zrobiłam prawie dziewięćdziesiąt.
— No właśnie. Zostało jeszcze z sześćdziesiąt.
Powiedziała to takim tonem, jakby chodziło o sześć, nie sześćdziesiąt. Jakby sarmale zawijały się same, a ja byłam tylko elementem dekoracji, który ma stać przy garze i uśmiechać się do gości.
Miałam czterdzieści jeden lat i byłam żoną Arka od trzynastu. Przez te wszystkie lata urządziliśmy u nas wystarczająco dużo rodzinnych obiadów, żebym znała ich scenariusz na pamięć. Zawsze zaczynało się od „zrobimy coś skromnego”, „będzie nas tylko kilkoro”, „każdy coś przyniesie”. A kończyło się tak samo: ja przy garach, oni przy stole.
Tym razem chodziło o siedemdziesiąte urodziny starszego brata Jadwigi, wujka Rysia. Teściowa zarządziła, iż robimy mu niespodziankę. U nas.
— U mnie się nie zmieścimy — powiedziała wtedy. — Możemy u was?
Zapytałam, ile osób.
— Dwanaście. Najwyżej czternaście.
Zgodziłam się. Trzy dni przed imprezą Arek wrócił z marketu z dwoma wielkimi torbami napojów.
— Dla czternastu osób? — zapytałam, patrząc na zawartość.
Nie patrzył mi w oczy.
— Doszło parę osób.
— Ile?
— Nie wiem dokładnie.
— Arek.
— Dwadzieścia parę.
Odłożyłam nóż na blat.
— Dwadzieścia parę? A skąd się wzięli?
— Mama zaprosiła kilkoro kuzynów.
— Bez pytania nas?
— Dorota, co za różnica, czy będzie kilka osób więcej?
„Kilka osób więcej” okazało się trzynastoma. Lista gości urosła do dwudziestu siedmiu, a potem — jak się właśnie dowiedziałam — do trzydziestu, bo wujek Rysio „przypomniał sobie” o sąsiadach z działek.
Wtedy powiedziałam jasno:
— Nie będę sama gotować dla trzydziestu osób.
— Nie musisz. Pomogę ci.
Uwierzyłam mu.
W dzień imprezy wstałam o piątej. O szóstej rano byłam już w kuchni. Arek zszedł na dół po lód i „brakujące napoje” o siódmej czterdzieści. Wrócił po dwóch godzinach. Potem musiał rozstawić stoły. Potem pojechał pożyczyć krzesła od sąsiada. Potem zadzwonił do niego ktoś, kto zabłądził, i przez telefon tłumaczył mu drogę z ronda.
Ja w tym czasie zrobiłam półmiski z zakąskami. Sałatki. Mięso do piekarnika. Ciasto. I sarmale.
Jadwiga przyszła koło południa. Nie żeby gotować. Żeby sprawdzać.
— Ten półmisek postaw na tamtym dużym. — Trzeba dokupić chleba. — Dałaś wystarczająco śmietany? — Mięsa nie wysusz.
W pewnym momencie podałam jej miskę z liśćmi kapusty.
— Skoro już tu jesteś, pomożesz?
— Nie mogę teraz. Muszę zobaczyć, czy chłopcy dobrze ustawili stoły.
I zniknęła.
Teraz dochodziła piąta, a ja ledwo trzymałam się na nogach. Przez uchylone okno dochodził zapach parzonych liści z sąsiedniego mieszkania — pani Halina spod czwórki też robiła sarmale, ale dla sześciu osób, jak co niedziela.
Jadwiga patrzyła na mój gar i była niezadowolona, iż sarmal jest za mało.
— Dlaczego dokładnie sto pięćdziesiąt? — zapytałam.
— Bo tak powiedziałam.
— Powiedziałaś rodzinie, ile zrobię sarmal?
— No pewnie. Wszyscy wiedzą, jakie robisz dobre.
— I obiecałaś w moim imieniu, iż zrobię sto pięćdziesiąt?
Westchnęła teatralnie.
— Dorota, nie dramatyzuj. Mój brat ma siedemdziesiąt lat raz w życiu.
Z przedpokoju znów rozległ się dzwonek. Z dużego pokoju dochodziły już głosy gości, którzy witali się i cmokali w policzki. Jadwiga zerknęła w stronę drzwi.
— No dalej, zaczynają przychodzić. Nastaw jeszcze jeden gar i po krzyku.
— Nie.
— Jak to nie?
— Nie nastawię.
Wtedy wszedł Arek.
— Co się dzieje?
Jadwiga odpowiedziała natychmiast:
— Twoja żona mówi, iż nie zrobi reszty sarmal.
Spojrzał na blat.
— Przecież zrobiłaś ich całą masę.
— Prawie dziewięćdziesiąt.
— No widzisz? Jeszcze trochę i skończysz.
Popatrzyłam na niego.
— Kto?
— Co kto?
— Kto jeszcze trochę i skończy?
— Dorota, nie zaczynaj teraz. Ludzie przyszli.
— Jestem w tej kuchni od szóstej rano.
— Wiem.
— A ty ile w niej spędziłeś?
— Miałem inne rzeczy na głowie.
— A twoja mama?
Jadwiga uniosła głos:
— Ja zorganizowałam całe przyjęcie!
— Właśnie. — Kiwnęłam głową. — Ty je zorganizowałaś.
Nie od razu zrozumiała, do czego zmierzam.
— No pewnie. To mój brat.
— Ty powiększyłaś listę z czternastu do trzydziestu osób.
— To rodzina.
— Ty obiecałaś sto pięćdziesiąt sarmal.
— Bo wiedziałam, iż dasz radę.
— Nie pytając mnie.
— Jezu, Dorota, przecież nie kazałam ci gotować dla pułku wojska.
Arek zrobił krok w moją stronę.
— Dorota, dokończ je i pogadamy, jak goście wyjdą. Co chcesz teraz zrobić? Skompromitować nas?
Spojrzałam mu prosto w twarz.
— Nas?
— Tak, nas.
— Kto spędził w kuchni jedenaście godzin?
Nie odpowiedział.
— Kto zrobił zakąski?
Cisza.
— Sałatki?
Jadwiga przewróciła oczami.
— Znowu zaczynasz liczyć.
— Ciasto? Mięso? Sarmale?
Arek westchnął.
— Dobra, Dorota. Zrozumiałem.
— Nie sądzę.
Zakręciłam gaz pod garnkiem. Jadwiga rzuciła się do przodu:
— Co ty robisz?!
Rozwiązałam fartuch.
— Dorota, przestań robić sceny — powiedział Arek.
Zdjęłam fartuch całkowicie. Złożyłam go na pół, potem jeszcze raz. A potem włożyłam go mężowi do rąk.
Spojrzał na niego, potem na mnie.
— Co to ma znaczyć?
Wskazałam na blat. Leżały tam jeszcze liście kapusty, miska z farszem, pusty gar. Wszystko, czego trzeba.
— Zostało około sześćdziesięciu.
Podniósł wzrok.
— Mówisz poważnie?
— Bardzo.
Jadwiga zrobiła krok w moją stronę. Perłowy naszyjnik zabrzęczał, kiedy gwałtownie podniosła podbródek.
— A kto je zrobi?
Otworzyłam drzwi kuchni. Z salonu dochodził gwar — ciotki z Kraśnika witały się z sąsiadami wujka z działek, dzieci biegały między stołami, ktoś nastawiał głośniej radio.
Odwróciłam się do nich.
— Wy. Wasze przyjęcie, wasi goście, wasze obiecane sto pięćdziesiąt sarmal.
Arek przez cały czas trzymał fartuch w dłoniach.
— A ty gdzie idziesz?
— Do salonu.
— Po co?
Uśmiechnęłam się.
— Jestem gościem.
Minęłam ich oboje. W salonie ciotka Halina, którą widziałam pierwszy raz w życiu, pomachała do mnie kieliszkiem i krzyknęła, żebym wreszcie usiadła, bo „tyle razy człowiek się nie widzi”. Usiadłam przy stole, obok wujka Rysia. Pogratulowałam mu siedemdziesiątki. Nalałam sobie soku.
Z kuchni przez pierwsze pół godziny nie dochodził żaden dźwięk. Potem usłyszałam stłumiony brzęk garnka i głos Jadwigi, który pytał Arka, jak się zawija „te przeklęte liście, żeby się nie rozpadały”.
Sarmale podano o dziewiętnastej czterdzieści. Rozpadające się, niedosolone, z farszem, z którego wychodził ryż. Jadwiga wniosła półmisek z miną męczennicy. Arek niósł za nią drugi, z przepaską z mojego fartucha zawiązaną wokół pasa — widocznie chciał pokazać, iż się starał.
Goście jedli i chwalili. „Pyszne”, mówiła ciotka Halina, która nie miała pojęcia, jak smakują moje. Arek z Jadwigą siedzieli na przeciwległych końcach stołu i nie odzywali się do siebie ani do mnie.
Po wyjściu ostatnich gości Arek zamknął drzwi i stanął w progu kuchni. Zlewozmywak był zawalony garnkami, na podłodze leżały liście kapusty, a na blacie stała miska z niedokręconym farszem.
— To było poniżej pasa — powiedział.
— Co konkretnie?
— Zostawiłaś nas na lodzie. Przy wszystkich.
— A ty mnie zostawiłeś w kuchni. Na jedenaście godzin.
— Mogłaś powiedzieć.
— Mówiłam. Kilka razy.
Podniósł z krzesła fartuch, który w końcu gdzieś rzucił, i położył go na blacie.
— I co teraz?
— Teraz — powiedziałam, wyjmując z szuflady zeszyt, w którym od lat zapisywałam listę zakupów — zrobimy tak. Siądziesz i napiszemy, jak dzielimy przygotowania. Ty, ja i twoja matka. Kolumna po kolumnie. Zakupy, gotowanie, sprzątanie po.
— Nie rozumiem.
— Następne przyjęcie. Zapisz: zakupy — Arek. Gotowanie — Jadwiga. A ja robię listę gości. I zamykam ją na czternastu.
Patrzył na mnie, jakby czekał na puentę, na uśmiech, na „żartowałam”. Nie doczekał się.
— A jak mama się nie zgodzi?
Wzruszyłam ramionami, zamykając zeszyt.
— To sarmale będzie zawijać u siebie. U mnie wtedy tylko kawa i ciastko z Biedronki.
Otworzyłam zmywarkę i zaczęłam wkładać do niej pierwszy talerz. Arek stał jeszcze chwilę w progu. Potem podszedł do stołu, wziął zeszyt i otworzył go na pierwszej stronie.
Gdy wychodziłam z kuchni, słyszałam, jak skrzypi długopis. Podzielił stronę na trzy kolumny. W pierwszej napisał: „Dorota — gość”.









